Dobre, bo nasze – to w tej chwili najczęściej powtarzające się hasło reklamowe na świecie. Minęła fascynacja zagranicą i przekonanie, że wszystko, co niepolskie, jest lepsze. Widać to na rynku żywności, ale także w innych dziedzinach. A nerwowe poszukiwanie kooperantów na świecie zastępują ukierunkowane kontakty dwustronne.

Często pomaga w tym państwo. Nie zawsze jednak w sposób, który byłby najbardziej efektywny.  

Odwrót od globalizacji jest widoczny już praktycznie na całym świecie. „Kupuj nasze, bo dobre” – to hasło powtarza się na wszystkich rynkach. I pomagają w tym rządy.

Zdaniem przedsiębiorców Polska jeszcze wiele musiałaby się nauczyć od innych, zwłaszcza od Francuzów i Niemców. A prezydenci i premierzy składający wizyty zagraniczne otrzymują konkretne zalecenie, co jest głównym celem ich podróży. 

Te wizyty i stosunki dwustronne są teraz ważniejsze nawet niż w przeszłości, kiedy światowa gospodarka została rozchwiana przez politykę celną Donalda Trumpa. I nie ma pewności, kiedy i za co jakiś kraj zostanie ukarany niebotycznymi stawkami.

Więc dzisiaj europejscy szefowie państw i rządów jadą do Chin i nie pouczają gospodarzy, że powinni przestrzegać praw człowieka.

Czytaj więcej

Morska energetyka wiatrowa wzmacnia lokalną gospodarkę

Bądź miły, to pomoże zmniejszyć deficyt

Kiedy w końcu lutego do Pekinu pojechał kanclerz Niemiec Friedrich Merz, otrzymał konkretne zadanie: ma zrobić wszystko, aby zmniejszyć deficyt handlowy, który wynosi 87 mld euro, i zachęcić chińskie firmy do inwestowania w Niemczech. Samolotowi kanclerza towarzyszyła druga maszyna. Na jej pokładzie znaleźli się przedsiębiorcy i to nie tylko szefowie koncernów, ale także z firm średnich, a nawet całkiem małych. 

– Stosunki polityczne zawsze mają bezpośredni wpływ na sukces niemieckich firm w Chinach. Dlatego dla nas jest najważniejsze, żeby kanclerz zasygnalizował, jak ważne są nasze interesy i chęć do dialogu – mówił przed wizytą Oliver Oehms, prezes Niemieckiej Izby Handlu w Północnych Chinach, gdzie fabrykę ma m.in. BMW.

A sam kanclerz otrzymał listę z wypunktowanymi wskazówkami, co ma robić, a czego nie. Przygotował mu ją Joerg Wuttke, doradca ds. stosunków z Chinami i znawca tego kraju, bo mieszkał tam przez 30 lat.

Kanclerz miał być miły, pełen zrozumienia i szacunku, a ustanowienie dobrych relacji z prezydentem Xi Jinpingiem to podstawa. Miał także postawić jasno sprawę deficytu, który wystrzelił z 20 mld euro w roku 2024 do 87 mld euro w 2025.

Jednocześnie miał zachęcić Chińczyków do inwestowania w Niemczech i zapowiedzieć ułatwienia dla chińskich profesjonalistów, którzy chcieliby pracować w Niemczech. 

No i przede wszystkim miał ustrzegać się błędów, jakie w stosunkach dwustronnych popełniali jego poprzednicy. A więc w żadnym wypadku nie odzywać się z wyższością. 

– My już niczego Chińczyków nie możemy nauczyć. Jeśli będziemy im wytykać coś palcem, niczego nie osiągniemy. Trzeba się skupić na gospodarce, a nie na ideologii. Chińskie powiedzenie mówi: Każdy człowiek ma dwoje uszu i jedne usta. To dlatego lepiej jest słuchać, niż mówić – komentował swoją listę Joerg Wuttke. I kanclerz Merz go posłuchał. Tuż przed wylotem z Chin zademonstrował postawę przywódcy gotowego do współpracy. I nawiązał do Roku Ognistego Konia, który niedawno się zaczął. – Mówi się, że koń nie jest w stanie pokazać swojej siły, kiedy jest sam, tylko wówczas, gdy ciągnie wóz wspólnie z innymi – mówił niemiecki kanclerz, którego wizytę oceniono w Pekinie pozytywnie. 

Zwykle chodzi o drobiazgi

Przedsiębiorcy towarzyszą także polskim politykom w misjach zagranicznych. – Wsparcie rządu dla przedsiębiorstw zawsze jest ważne.  W końcu to rząd kształtuje środowisko mające wpływ na biznes. Misje zagraniczne prowadzone przez ministrów, premiera czy prezydenta to z jednej strony demonstracja możliwości polskiego przemysłu, technologii czy usług, a z drugiej szansa na skrócenie całej drogi uwiarygodniania firm wobec zagranicznych gospodarzy – mówi Antoni Mielniczuk, prezes firmy konsultingowej zajmującej się projektami w krajach Zatoki Perskiej: Królestwie Arabii Saudyjskiej, Królestwie Bahrajnu, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Omanie i Katarze. Czyli w krajach obecnie przeżywających kryzys związany z wojną USA i Izraela z Iranem, ale nadal jak najbardziej perspektywicznych z punku widzenia polskich przedsiębiorstw.

To właśnie w Królestwie Arabii Saudyjskiej na początku lutego z misją gospodarczą przebywał minister finansów i gospodarki Andrzej Domański. Towarzyszyli mu przedstawiciele agencji rządowych i instytucji rozwojowych oraz delegacja przedsiębiorców (niemal 70 przedstawicieli firm działających w sektorach o kluczowym znaczeniu dla rozwoju współpracy dwustronnej, takich jak energetyka, infrastruktura, gospodarka cyfrowa – w tym IT, fintech i AI – rolnictwo oraz przemysł spożywczy).

Czytaj więcej

Balczun, MAP: Local content wzmocni potencjał Polski

Jak podkreślają eksperci, zwykle rzecz jest w drobiazgach. Tego typu misje muszą być bardzo dobrze przygotowane. Żeby było wcześniej wiadomo: kto pojedzie z przedstawicielem rządu i dlaczego jest to właśnie ta firma i ta osoba, która z kolei musi być świadoma, na jakie typu spotkania może liczyć w kraju, do którego udaje się delegat rządowy. Nie może być w tym przypadku jakiejkolwiek przypadkowości.

– Tu trafiamy na schody. Polska służba zagraniczna nie należy do licznych, nawet jeśli porównujemy ją ze znacznie mniejszymi krajami. Co więcej, nie do końca wiadomo, kto tak naprawdę zajmuje się w polskich placówkach sprawami gospodarczymi. Kiedyś były to osoby o statusie radcy handlowego, ale biura radców handlowych zlikwidowano. Pojawiły się inne szczeble i tytuły – podkreśla Mielniczuk.

– Mamy Polską Agencję Inwestycji i Handlu, którą – moim zdaniem – zbudowano trochę na zasadzie leczenia polskich kompleksów. Jesteśmy wielcy i ważni na całym świecie! Tak wielkie możliwości ma polska gospodarka. Placówki są więc małe, a ich możliwości udzielania praktycznej pomocy są adekwatne – dodaje ekspert.

Jego zdaniem powinno się rozważyć zmniejszenie przedstawicielstw PAiH w krajach UE i przeprowadzenie głębokiej analizy dotyczącej tego, jaki potencjał i kierunki rozwoju mają poszczególne kraje i regiony. W kolejnym etapie zaś – wzmocnienie placówek tam, gdzie jest potencjał. 

Minister finansów i gospodarki Andrzej Domański przewodził niedawnej polskiej misji gospodarczej do

Minister finansów i gospodarki Andrzej Domański przewodził niedawnej polskiej misji gospodarczej do Królestwa Arabii Saudyjskiej

Chodzi o to, żeby stworzyć sprawnie funkcjonujące, dobrze wynagradzane, kilkuosobowe źródła wiedzy. Tylko wtedy będzie możliwość zorganizowania sprawniejszych wizyt misji gospodarczych z/bądź nawet bez udziału rządu.

– Uczestniczyłem w misji z ministrem finansów i gospodarki Andrzejem Domańskim. Saudyjczycy z ogromną atencją przywitali ministra i z nie mniejszą atencją grupę towarzyszących mu przedstawicieli polskich firm. Wszystko to fajnie wyglądało, ale równolegle do wizyty naszej odbywały się dwie przeogromne imprezy w Rijadzie, które skanalizowały niestety możliwości spotkań z przedstawicielami saudyjskich firm. Kilka dni po naszym wyjeździe rozpoczął się ramadan, zmiana gospodarczego rytmu Arabii.  Nawiązane wtedy kontakty będą potrzebowały odnowienia. Uczestnicy w dużym stopniu byli po raz pierwszy w Arabii Saudyjskiej, zobaczyli dynamiczny, pulsujący rynek, ale teraz muszą sami przejawić aktywność, kontynuować i rozwijać kontakty – wskazuje Antoni Mielniczuk.

Podniebny przekład

Najbardziej globalnymi firmami na świecie są linie lotnicze. To one przeszły wielką przemianę i kiedy tylko mogą, podkreślają, że są „narodowe”. 

Spektakularną przemianę od „global” do „local” przeszły British Airways, które w 1997 r. przeprowadziły szeroko zakrojony rebranding, „Projekt Utopia” i zastąpiły tradycyjną brytyjską flagę namalowaną na ogonach samolotów 50 wzorami typowymi dla najważniejszych rynków, narysowanymi przez artystów z wybranych krajów. Była wśród nich także łowicka wycinanka. Projekt spotkał się z zachwytem na świecie i wielką krytyką w samej Wielkiej Brytanii. Ostatecznie w 2001 r. został zarzucony, a na ogony BA wróciła flaga brytyjska. Czyli powrót z „global” do „local”.

W znacznie mniejszym zakresie, ale pod mocnym naciskiem polityków na zaznaczenie „polskości” zdecydował się LOT, który wprowadził specjalne, biało-czerwone malowanie z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości w 2018 r. Wzór, inspirowany powiewającą polską flagą, do dzisiaj zdobi dwa samoloty: Boeinga 787-9 Dreamlinera oraz Boeinga 737 MAX 8. Inne samoloty zyskały także „bardziej polskie” malowanie, tyle że z dyskretnie wymalowaną polską flagą na ogonie maszyn. Maszyny te mają promować Polskę na trasach dalekiego i średniego zasięgu.

Rząd w Polsce się zmienił, ale LOT nie zmienił strategii w tym przypadku. Co więcej, poszedł za ciosem i poza malowaniem wprowadził na swoje pokłady szkło z Krosna, fajans z Bolesławca, kosmetyki z Phenome. Polski przewoźnik wypromował na swoich pokładach polskie wina, a ich producenci nie mogą się nachwalić skuteczności tej promocji. I teraz mają problem z niewystarczającą produkcją. Fotele w nowych Boeingach 737 MAX pochodzą z fabryki w Świebodzinie.

Przy tym LOT nie jest wyjątkiem. Swoją „narodowość” promuje większość przewoźników. Nawet bardzo międzynarodowy Ryanair na ogonie swoich Boeingów ma wymalowany irlandzki symbol – harfę. W tym przypadku nie wiadomo, czy bardziej na tym zyskuje zawsze ciepło postrzegana Irlandia, czy sam Ryanair.