Jak wygląda na chwilę obecną wdrażanie idei local content w przypadku morskiej energetyki wiatrowej?
Brakuje na gruncie polskiego prawa definicji i metodyki kalkulacji (nad którymi obecnie pracuje zespół w MAP), ale można szacować, że w I fazie offshore, na etapie realizacji inwestycji, będzie to do 15 proc., a w całym cyklu życia projektu, czyli włączając utrzymanie, możemy liczyć na ponad 20 proc. Przy czym widać progres w kolejnych projektach. Te rozpoczynane najwcześniej mają nieco niższy poziom, jeśli chodzi o polski komponent w zawartych kontraktach. Widać, że rynek uczy się tego w praktyce.
Czy proces przyspiesza? Założenia przyjęte w porozumieniu sektorowym mówią o dojściu do 45–50 proc. już w II fazie inwestycji.
Zdecydowanie tak. Teraz widać już dużą różnicę, jeśli chodzi o zrozumienie z obu stron – inwestorów i wykonawców. Zlecający projekty są zdeterminowani, by aktywować krajowe łańcuchy dostaw, nawiązują dialog z potencjalnymi podwykonawcami, normą są konferencje czy spotkania dla dostawców, na których ogłaszane są harmonogramy prac, oczekiwania inwestorów, wymagania techniczne czy technologiczne itd. To zwiększa szanse dla polskich firm. We wszystkich działach zakupowych po stronie deweloperów pojawiły się osoby czy nawet całe zespoły odpowiedzialne za zwiększanie w projektach inwestycyjnych udziału krajowego komponentu. Nie myślą już wyłącznie w kategoriach ceny, ale zajmują się szukaniem potencjału krajowych firm i rozwiązywaniem barier, przed którymi te stają. To jest już elementem strategii zakupowej czy – generalnie – strategii spółek. Sytuacja wygląda więc zupełnie inaczej niż jeszcze parę lat temu. Nastąpiła spora zmiana względem I fazy inwestycji wiatrowych na Bałtyku. Co jednak nie oznacza, że osiągnięcie tych 45 proc. będzie łatwe, wręcz odwrotnie.
Czytaj więcej
Polska stoi dziś przed inwestycyjną falą wartą biliony złotych – w energetyce, infrastrukturze i przemyśle. To może być moment przełomowy dla budow...
Realnym potwierdzeniem, jak bardzo posunęliśmy się do przodu, będzie jednak dopiero czas zawierania kontraktów w ramach II fazy.
Tak, inwestorzy, których projekty uzyskały prawo do kontraktu różnicowego w ramach aukcji grudniowej, w ciągu najbliższych dwóch lat będą musieli przesądzić, w jakiej technologii i z kim chcieliby kolejne zadania realizować, by następnie móc szukać finansowania i zmierzać w stronę ostatecznej decyzji inwestycyjnej. Najbliższych kilkanaście miesięcy będzie kluczowych z perspektywy potencjalnych krajowych wykonawców i podwykonawców. Ale trzeba też podkreślić, że najbliższe lata przesądzą również o tym, jak wyglądać będzie OPEX w przypadku projektów z I fazy, jak zostanie podzielony ten tort.
Tu apetyty są większe niż w przypadku realizacji inwestycji.
Padają publicznie deklaracje inwestorów, że celem jest osiągnięcie wskaźnika powyżej 50 proc., jeśli chodzi o wydatki na utrzymanie aktywów w perspektywie wieloletniej. Wymaga to dużo pracy, ale część operacyjna i serwisowa to jeden z priorytetów, na których powinniśmy się koncentrować. To są dekady stabilnej współpracy i gwarancja miejsc pracy.
Jak budować krajowy łańcuch dostaw, nie naruszając prawa? Jak to się powinno robić, by uniknąć zarzutów o zakłócenie konkurencyjności na rynku?
Na pewno nie jest to kwestia szukania kruczków prawnych czy wytrychów w postępowaniach zakupowych. Nie tędy droga. Nikt nie chce ograniczać konkurencyjności rynku europejskiego, którego przecież wszyscy jesteśmy częścią. Inne kraje robią to długoterminowo, świadomie i na bardzo wielu poziomach. Francja na przykład bardzo mocno postawiła na system certyfikacji, który obejmuje zarówno dostawców komponentów, jak i usług. By taki certyfikat uzyskać, trzeba wykazać się różnymi umiejętnościami i spełnić szereg warunków, m.in. posiadać francuskojęzyczną część zespołu. To jest długi i czasochłonny proces, wymagający pewnych inwestycji, jednak po jego zakończeniu zweryfikowany podmiot jest traktowany tak samo jak francuski. Więc nie mówimy tu o zamykaniu się na podmioty zewnętrzne. W przypadku rynku niemieckiego również obowiązują certyfikacje, ale do tego dochodzą wewnętrzne procedury audytowe u dużych zamawiających. Nasi wykonawcy obecni na rynku niemieckim twierdzą, że to wymagające doświadczenie, ale po spełnieniu wszystkich warunków współpraca z zamawiającymi przebiega bezproblemowo. To nie przypadek, że właśnie o tych dwóch krajach mówimy w kontekście local contentu. Tam od dekad panuje przekonanie, że trzeba wspierać swoje produkty, firmy i rodzimych specjalistów.
Wiele lat temu zachodnioeuropejski wykonawca przynosił zupełnie inną jakość i kulturę organizacyjną. Ale to się w sposób zasadniczy zmieniło
W Polsce ten sposób myślenia dopiero się pojawia.
Tak, my bardzo długo byliśmy państwem na dorobku, wzorowaliśmy się na jakości zachodniej. Wiele lat temu faktem było, że wykonawca zachodnioeuropejski przynosił zupełnie inną jakość i kulturę organizacyjną niż polski. Ale to się w sposób zasadniczy zmieniło. Tymczasem w świadomości części osób jeszcze do niedawna wciąż żywy był model sprzed dekad. I dochodziło do kuriozalnych sytuacji, że dostawcy krajowi, by dostać kontrakt od dużego zamawiającego w Polsce, musieli najpierw zdobyć referencje za granicą, by udowodnić, że są terminowi, konkurencyjni i oferują dobrą jakość. Bez tego bardzo trudno było im się przebić, mieli poczucie, że z dużo większą otwartością zadania tu w kraju zlecane są podmiotom zagranicznym. A przecież lokalni partnerzy rozumieją się lepiej, bo działają w tym samym reżimie prawnym, posługują się tym samym językiem, są w stanie szybciej rozwiązywać ewentualne spory. Szybszy ze względu na geografię jest czas reakcji, niższy ślad węglowy, mniejsze emisje w transporcie.
A same firmy mają już dziś odwagę wychodzić po większe zlecenia?
Duże tak, ale mniejsze podmioty nie mają jeszcze śmiałości, a często możliwości, by sięgać po większe kontrakty. Choćby ze względu na ryzyka kontraktowe, kary czy nawet wymagane zabezpieczenia przy kontrakcie. To powinno się zmienić, jeśli chcemy, by realizowane w tej chwili w Polsce inwestycje faktycznie przełożyły się na krajową gospodarkę, zasilając nie tylko największych przedsiębiorców, ale i tych mniejszych. Warto przemyśleć zmianę podejścia, by mniejszy podwykonawca nie kredytował zamawiającego, bo dziś wynagrodzenie wpływa często dopiero po zrealizowaniu kontraktu. To obciąża płynność mniejszych podmiotów. Trzeba też pomyśleć o uregulowaniu, np. na poziomie kodeksu cywilnego, sytuacji, gdy dochodzi do sporu między inwestorem a wykonawcą głównym. Dziś to bardzo mocno obciąża całą sieć podwykonawców. Małe firmy w takim przypadku mają zamkniętą drogę, by szukać rozwiązań, są zakładnikami tej sytuacji. W procesie aktywizacji mniejszych podwykonawców sporą rolę mają do odegrania bezpośredni dostawcy inwestora z poziomu Tier 1, którzy zlecają prace innym przedsiębiorstwom. Oni również powinni być zmotywowani, by szukać kontrahentów w obrębie najbliższej względem inwestycji gminy, powiatu, województwa, kraju, a dopiero w dalszej kolejności za granicą. Można to tłumaczyć choćby śladem węglowym i korzyściami środowiskowymi czy społecznymi.
Czytaj więcej
Polska stoi przed inwestycyjną falą wartą biliony złotych. Dlatego nie pytamy już o kwoty, tylko o to, czy dzięki temu zbudujemy własny przemysł i...
Mniejsi przedsiębiorcy rozumieją już potrzeby inwestorów? Mają odpowiedni profil, dysponują odpowiednimi technologiami?
Częściowo tak, ale ten proces wciąż trwa. Wiele jest jeszcze do zrobienia. Dlatego tak ważne jest publikowanie harmonogramów inwestycji, również międzysektorowo, uwzględniając choćby rosnące potrzeby przemysłu zbrojeniowego, bo to pokazuje, jaki będzie realny popyt na produkty i usługi. Musimy dążyć do tego, by w perspektywie najbliższych 15–20 lat nie było luk inwestycyjnych, żeby zamówienia pojawiały się w miarowy, przewidywalny dla rynku sposób. Wtedy firmy tworzące łańcuch dostaw są odważniejsze, przeprowadzają inwestycje z przekonaniem, że doczekają się zwrotu i to w stosunkowo krótkim czasie. Najlepiej byłoby, gdyby zostało to poparte strategią przemysłową kraju. Tej jednak wciąż brakuje. Taki dokument mógłby zrobić dużo dobrego dla rynku, byłby jasnym sygnałem, w jakim kierunku podążamy.
Wpisywałoby się to w ideę rozwoju przemysłu europejskiego.
Dokładnie. Sytuacja geopolityczna się komplikuje, Komisja Europejska Green Deal przekształca w Clean Industrial Deal. Następuje zwrot w kierunku europejskiej polityki przemysłowej, budowania odporności przemysłu i większego nacisku na wewnątrzwspólnotowe łańcuchy dostaw. Czekamy na Industrial Acceleration Act, którego celem jest przyspieszenie rozwoju i budowanie konkurencyjności unijnych firm przemysłowych, oparte na formule „Buy European”. Wszystko to oznacza, że i przed polskimi firmami rysuje się szansa na większe zlecenia na rynku europejskim. Tym bardziej i my powinniśmy pochylić się nad wewnętrznym dokumentem, który uwzględniałby potrzeby polskiego przemysłu i wskazywał priorytetowe kierunki jego rozwoju.