Lubimy opowiadać o polskim cudzie gospodarczym. I słusznie. Tylko rzadziej dopowiadamy, na czym naprawdę polegał. W ciągu trzech dekad przeszliśmy drogę od bankruta, poprzez kraj na dorobku aż do jednej z największych gospodarek świata. Nasz model był prosty: przyciągać inwestycje, być konkurencyjnym kosztowo, elastycznym na rynku pracy i stabilnym – w miarę - regulacyjnie. Udało się. Ale jednocześnie zapłaciliśmy za nasz sukces dość wysoką cenę. Byliśmy miejscem produkcji, a niekoniecznie jej właścicielem. Przyciągaliśmy inwestycje, ale niekoniecznie budowaliśmy własne kompetencje. Rośliśmy, ale raczej dzięki temu, że ktoś inny podejmował strategiczne decyzje.
Świat, w którym ten model powstawał, właśnie się kończy. Najpierw pandemia pokazała, że globalne łańcuchy dostaw działają idealnie tylko do chwili, gdy przestają działać. Potem wojna w Ukrainie brutalnie udowodniła, że energia nie jest tylko towarem, lecz narzędziem polityki. Na koniec, w Stanach Zjednoczonych po raz drugi prezydentem został Donald Trump. To wszystko doprowadziło nas do momentu, gdy nawet najbardziej liberalne gospodarki otwarcie mówią, że bezpieczeństwo państwa zaczyna się od przemysłu, technologii i kontroli nad produkcją.
Dlatego wracają polityki przemysłowe. Amerykanie mówią „America First”, Europa przygotowuje „Made in Europe”, a Kanada wdraża „Buy Canadian”. Wspólny mianownik: publiczne pieniądze mają budować własną produkcję, miejsca pracy i kompetencje technologiczne. „Krajowy komponent” nie jest więc tylko polskim pomysłem, lecz coraz powszechniejszą reakcją na zmianę reguł gry.
Czytaj więcej
Polska stoi dziś przed inwestycyjną falą wartą biliony złotych – w energetyce, infrastrukturze i...
Polska trafia na tę zmianę w szczególnym momencie. Przed nami fala inwestycji o skali nienotowanej od 1989 r. — transformacja energetyczna, zbrojenia, infrastruktura, nowe technologie. W ciągu dekady wydamy biliony złotych. I właśnie dlatego kluczowe nie jest to, ile pieniędzy wydamy, ale gdzie zostanie ich wartość dodana. Państwo może bowiem zbudować elektrownię, port czy sieć kolejową i jednocześnie nie zbudować własnego przemysłu. Może stworzyć popyt, który wygeneruje produkcję, zatrudnienie i podatki, ale w innym kraju. Historia gospodarcza zna wiele takich przypadków.
Polityka „local content” ma – według jej twórców - temu zapobiec. Nie poprzez zamykanie rynku, lecz poprzez świadome projektowanie inwestycji tak, aby stawały się impulsem dla krajowych firm: od dużych spółek po sektor MŚP.
Sondaże pokazują, że społeczeństwo intuicyjnie to rozumie. Blisko 90 proc. Polaków uważa, że publiczne pieniądze powinny w pierwszej kolejności trafiać do polskich firm państwowych i prywatnych. A także do zagranicznych, jeśli te uczciwie płacą podatki adekwatne do skali działalności nad Wisłą. I nie jest to przejaw protekcjonizmu. To raczej doświadczenie ostatnich trzydziestu lat, w których często zakładaliśmy, że rynek sam zbuduje kompetencje. Wiemy już, że nie zawsze tak się dzieje.
Local content nie polega na tym, by wpisać do przetargu „polska firma”. Unijne prawo na to nie pozwala. I dobrze, bo problem leży gdzie indziej. Nie we własności kapitału, lecz w kompetencjach, technologii i zdolności wejścia do łańcucha dostaw. Prawdziwym wyzwaniem local contentu będzie zdolność państwa do planowania. Przedsiębiorcy muszą wiedzieć, że projekty będą powtarzalne, harmonogramy stabilne, a decyzje nie będą się zmieniać co kadencję. Bez tego nikt rozsądny nie zainwestuje w moce produkcyjne, szkolenie pracowników czy certyfikację technologii.
To zaś wymaga polityki przemysłowej, której Polska po 1989 r. w praktyce nie prowadziła. Projekt „Local content. Polska gospodarka” rozpoczynamy w „Rzeczpospolitej” właśnie po to, by pokazać, czym ów krajowy komponent może być naprawdę: jak patrzą na niego największe spółki, jak ocenia go prywatny biznes oraz jakie warunki muszą zostać spełnione, by skorzystała na tym możliwie największa część gospodarki. Będziemy o tym rozmawiać zarówno na łamach „Rzeczpospolitej”, jak i w trakcie największych wydarzeń gospodarczych.
Bo dziś wybór jest prosty. Jeśli dobrze wykorzystamy nadchodzącą falę inwestycji, powstaną polskie firmy zdolne konkurować w Europie i na świecie. Jeśli nie — będziemy nadal miejscem budowy cudzych technologii i cudzych zysków. Największym więc ryzykiem nie jest to, że państwo wyda zbyt wiele pieniędzy. Największym jest to, że wyda je w sposób, który utrwali naszą rolę podwykonawcy. A taki kraj nigdy nie stanie się naprawdę bogaty.