Local content to zjawisko, które występuje na całym świecie. Wprawdzie na terenie Unii oznacza nakierunkowanie uwagi na firmy i produkty unijne, ale polski rząd zapowiada starania i działania, żeby w ramach tych unijnych były to firmy i produkty polskie. Przyzwolenie na takie działania, sympatia dla protekcjonizmu, rośnie na całym świecie. Jeśli jedni zaczęli na niespotykaną dotąd skalę, to inni nie bardzo mają wyjście – muszą odpowiedzieć podobnymi działaniami – mówi „Rz” ekonomista prof. Witold Orłowski.
Czy działania związane z local content będą korzystne dla naszej gospodarki? – Oczywiście. Im więcej w Polsce zostaje, tym lepiej. Wystarczy porównać planowane zakupy zbrojeniowe w ramach programu SAFE z tymi w Korei, z których ani złotówka nie trafiła do naszego kraju – przypomina prof. Orłowski.
A co na to najbardziej zainteresowani, czyli prezesi polskich firm?
Głos prywatnego biznesu
– Local content to standard, który funkcjonuje we wszystkich krajach G20 i szerzej, bo ich rządom i ministrom finansów zależy na tym, by pieniądz krążył w ich gospodarkach, a nie wyciekał na zewnątrz. W przypadku kraju, który zadłuża się tak szybko jak Polska, jest szczególnie potrzebne. W związku z tym ta inicjatywa jest jak najbardziej właściwa. I prawdę mówiąc, powinniśmy tę zasadę stosować od 35 lat. Ale ciągle jesteśmy jeszcze na etapie uczenia się kapitalizmu – ocenia w rozmowie z „Rz” Krzysztof Domarecki, założyciel i główny akcjonariusz Grupy Selena.
Zwraca uwagę, że kiedy Hiszpania wchodziła do UE, otrzymała bardzo duże środki na budowę autostrad, podobnie jak później Polska. Nie miała wtedy firm, które miałyby doświadczenie w budowie dużych projektów infrastrukturalnych jak autostrady, ale tak przekierowała pieniądze unijne, że hiszpańskie firmy, nawet jeśli na początku popełniły trochę błędów, nieprawdopodobnie urosły, zdobyły doświadczenie i nie dość, że dziś realizują wszystkie kontrakty w tym kraju, to wyszły w świat, m.in. do Ameryki Południowej i Afryki Północnej.
Czytaj więcej
Polska stoi przed inwestycyjną falą wartą biliony złotych. Dlatego nie pytamy już o kwoty, tylko...
– Local content to potężny impuls, który będzie rozwijał polskie firmy. Nawet te, które być może nie robiły dotąd tak dużych kontraktów, jakie mogą teraz dostać. To szansa na rozwój polskiego biznesu – przekonuje Domarecki.
– Bardzo dobrze, że coś takiego jest przygotowywane, że zaczynamy o tym mówić, bo do tej pory mówiło się, że kapitał nie ma narodowości, a to przecież nieprawda – stwierdza Ryszard Florek, założyciel i prezes Fakro. – Teraz chodzi o to, żeby nie skończyło się tylko na dyskusjach, jak to już wielokrotnie bywało w przeszłości – ostrzega.
Szef Fakro opowiada o swoich doświadczeniach z local content z czasów, gdy przed laty ze swoimi produktami wchodził na rynek szwajcarski. Okazało się, że jego tamtejsi kontrahenci woleli kupować miejscowe produkty, choć były one o 30 proc. droższe.
– Wtedy tego nie rozumiałem, dziś wiem, że jeśli coś produkujemy w kraju i udaje nam się to sprzedać, to w ten sposób zwiększamy nasze PKB, tym samym zwiększając średnią wynagrodzeń, a więc płace dla naszych pracowników. Jeżeli nie będziemy myśleć o tym, żeby PKB, a więc wartości dodanej, było w Polsce jak najwięcej, będziemy tylko wyrobnikami bogatych krajów zachodnich – tłumaczy Ryszard Florek.
Wskazuje, że bardzo ważne w tym wszystkim jest to, żeby polski dostawca był konkurencyjny. – Państwo nie może go gnębić. Musi mu maksymalnie pomagać – mówi prezes firmy Fakro. – Na przestrzeni 35 lat stworzyliśmy w naszej firmie 4 tys. miejsc pracy. Gdyby państwo polskie nam nie przeszkadzało, gdyby nie szkodziła nam biurokracja, tych miejsc pracy byłoby 8 tys., nasze produkty byłyby tańsze, a pracownicy mogliby zarabiać o 30 proc. więcej. Chodzi o to, żeby polskie firmy mogły się zajmować swoją działalnością, rozwojem gospodarki, a nie biurokracją i walką z urzędnikami – dodaje.
Czytaj więcej
Polska stoi dziś przed inwestycyjną falą wartą biliony złotych – w energetyce, infrastrukturze i...
Zwraca też uwagę, że polskie firmy często przegrywają ostrą walkę konkurencyjną z firmami z Chin, Korei, Stanów Zjednoczonych czy Niemiec. – Wielkie koncerny mają olbrzymią przewagę kapitału, olbrzymią przewagę skali. Jeśli nie mają u nas konkurenta, robią, co chcą. Jeśli go mają, poświęcają zyski, obniżają ceny tak, by ten konkurent był droższy. A ponieważ dziś decydującym kryterium jest zazwyczaj cena, to po prostu eliminują polskiego dostawcę, konkurenta. Tak to działa, a my nic z tym nie robimy – rozkłada ręce Ryszard Florek.
Jego zdaniem pomocą może być unijne prawo zakazujące nadużywania pozycji dominującej, które jest w Unii Europejskiej bardzo dobre – problem w tym, że Polska ma najsłabszy system ochrony konkurencji.
– Musimy po nie sięgać, musimy pomagać naszym przedsiębiorcom, a obywatelom tłumaczyć, że w ten sposób pomagamy gospodarce, co z korzyścią przełoży się na ich płace. Wszystko to pomoże budować local content – mówi prezes firmy Fakro.
Państwowy biznes też widzi szanse
Local content podoba się także szefom dużych firm państwowych. – Wszystko, co wzmacnia polski rynek i promuje wewnętrzny transfer technologii, zasługuje na uwagę jako inwestycja w przewagę konkurencyjną kraju – mówi nam Beata Stelmach, prezeska zarządu Totalizatora Sportowego. – W Totalizatorze Sportowym widzimy w idei local content ogromny potencjał, sami jesteśmy przecież spółką działającą wyłącznie na polskim rynku. Mamy rozbudowaną sieć dostawców i partnerów, którzy realizując dla nas usługi, zwiększają skalę swojej działalności i sami czerpią z tego tytułu dodatkowe dochody. Widzimy zatem, jak komponent krajowy świetnie sprawdza się w praktyce – dodaje.
– To jest bardzo dobry kierunek. I jest to jest kierunek, który jest powszechny we wszystkich rozwiniętych gospodarkach – przyznaje Sebastian Mikosz, prezes zarządu Poczty Polskiej. Wskazuje, że local content to w pierwszej kolejności forma wspierania ludzi, którzy są lokalnymi poddostawcami, ale też mają lokalne patenty czy technologie. – To baza gospodarki chińskiej czy amerykańskiej. Ale debaty na temat local content, próby jego wprowadzania trwają też w wielu krajach Unii Europejskiej. Dlatego to, że my wchodzimy w tę debatę, jest jak najbardziej uzasadnione i potrzebne – mówi szef Poczty Polskiej.
Wskazuje, że polskie firmy są dziś w stanie skutecznie dostarczać rozwiązania i technologie potrzebne naszej gospodarce. – Praktycznie każda zagraniczna technologia ma swój polski odpowiednik. Nie mamy polskiego samochodu, ale mamy polskie IT, polskie rozwiązania satelitarne, radarowe, cybernetyczne czy te w zakresie cyberbezpieczeństwa – wylicza Mikosz.
Tłumaczy, że w tym wszystkim nie chodzi tylko o pieniądze i zlecenia. – Chodzi też o to, że firmy, które pracują lokalnie, na przykład w sferze cyberbezpieczeństwa, budując swoje doświadczenia w tym zakresie i zyskując referencje, mają potem większe szanse na zdobycie innych kontraktów. To dla nich rodzaj koła zamachowego – podsumowuje prezes Poczty Polskiej.