Polska gospodarka potrzebuje większych oszczędności narodowych. Załamanie się inwestycji w 2016 roku i ich stagnacja przez pierwsze trzy kwartały ubiegłego roku sprawiły, że niedostatek oszczędności nie jest co prawda wiążącym ograniczeniem, jednak jeśli mamy w przewidywalnej perspektywie dołączyć do krajów najzamożniejszych, to udział inwestycji w PKB nie może pozostać na poziomie 18 proc., najniższym od połowy lat 90., musi wzrosnąć do ok. 30 proc. W każdym razie poza Hongkongiem w każdym kraju, który dołączył do państw najzamożniejszych, a w przeszłości dzielił go od nich podobny co Polskę dystans pod względem dochodu na mieszkańca, udział ten znajdował się w okolicach przynajmniej 25 proc.
Żeby pożądany wzrost inwestycji nie zagroził stabilności makroekonomicznej kraju, nie może prowadzić do narastania zadłużenia zagranicznego. Musi więc być finansowany przede wszystkim z narodowych oszczędności. Powinny one finansować także większość bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Wtedy ten rodzaj inwestycji stałby się czystym transferem technologii z zagranicy, bez jakichkolwiek skutków ubocznych (w postaci np. presji na umacnianie złotego osłabiającej kosztową konkurencyjność krajowych firm).
Ale pracownicze plany kapitałowe (PPK) wbrew zapowiedziom rządzących nie rozwiążą problemu niedostatecznych oszczędności narodowych ani nawet go nie złagodzą. Z jednej strony podbiją koszty pracy i uderzą w zyski przedsiębiorstw, które są źródłem oszczędności firm. O ile pracownicy mają możliwość wycofania się z PPK (jakkolwiek są do programu zapisywani z automatu), o tyle ich pracodawcy zostali pozbawieni wyboru: jeśli dany pracownik nie wypisze się z PPK, to i oni będą za niego musieli odprowadzać osobną składkę.
Z drugiej strony PPK zastąpią część istniejących oszczędności gospodarstw domowych, zamiast je powiększyć. Są bowiem kierowane w pierwszej kolejności do pracowników dużych i średnich firm, którzy relatywnie dobrze zarabiają (odpowiednio o połowę oraz jedną trzecią więcej niż w mikrofirmach) i – w efekcie – stanowią grupę, w której najwięcej się oszczędza.
Policzone dni PTE
Przede wszystkim jednak PPK mają zakończyć oszczędzanie w otwartych funduszach emerytalnych, w których wciąż 2,1 mln osób co miesiąc odkłada 2,92 proc. swojego wynagrodzenia, a 16,3 mln osób posiada oszczędności emerytalne (z których większość dochodów też jest oszczędzana). Wkrótce całość składki emerytalnej ma służyć finansowaniu bieżących wypłat emerytur. Państwo ma przejąć co najmniej 25 proc. (propozycja premiera Morawieckiego) do nawet 100 proc. (żądanie min. Rafalskiej) oszczędności z filara kapitałowego. Wyłączenie powszechnych towarzystw emerytalnych z możliwości oferowania PPK sygnalizuje, że dni tych instytucji finansowych są policzone.
PPK nie złagodzą problemu niedostatecznych oszczędności narodowych w Polsce, a nasilą inne słabości strukturalne polskiej gospodarki. Po pierwsze, uderzą w rynek pracy, bo podbiją pozapłacowe koszty pracy. Nawet przy najniższej składce na PPK (2 proc. pracowniczej składki plus 1,5 proc. składki pracodawcy powiększonej o obciążający ją PIT płacony przez pracownika), koszty te mogą sięgnąć 52 proc. płacy brutto, bo jednocześnie rządzący postanowili znieść limit składek emerytalno-rentowych.
Przy maksymalnej składce na PPK ten odsetek może poszybować aż do 57 proc. płacy brutto. Tak wysoki jego poziom nasili ucieczkę pracowników w samozatrudnienie i ograniczy rozmiary polskich firm, a w efekcie – możliwości czerpania przez nie korzyści z dużej skali działania.
Samozatrudnienie umożliwi ograniczenie obciążeń publicznoprawnych nawet o dwie trzecie i to bez wliczania wielu wydatków w koszty uzyskania przychodów, na co ono pozwala. Tymczasem już teraz odsetek samozatrudnionych w naszym kraju ustępuje jedynie temu w Grecji i we Włoszech, a odsetek pracujących w firmach zatrudniających więcej niż dziewięciu pracowników jest najniższy w całej Europie.
Możliwa ucieczka miejsc pracy
Innym skutkiem ubocznym PPK (i zniesienia limitu składek) będzie przenoszenie przez firmy międzynarodowe najlepiej płatnych miejsc pracy z Polski za granicę. Zahamuje to w szczególności rozwój sektorów świadczących wyspecjalizowane usługi, np. teleinformatyczne czy finansowe. W tych sektorach koszty pracy stanowią zasadniczą część kosztów, a niemal wszyscy pracownicy dobrze zarabiają.
Można postawić pytanie, czy np. bank JP Morgan wybrałby Warszawę jako siedzibę swojego centrum wsparcia przenoszonego z Londynu, gdyby był informowany o takiej podwyżce pozapłacowych kosztów pracy, jaka nastąpi z początkiem przyszłego roku?
Ponadto PPK poszerzą sferę partyjnych wpływów w gospodarce. Uprzywilejowaną pozycję w oferowaniu tych programów ma mieć państwowy PFR. Będzie on zarówno prowadził PPK, jak i zarządzał portalem, na którym inne instytucje finansowe będą przedstawiać swoje oferty.
Za samo dopuszczenie do portalu instytucje te będą musiały zapłacić PFR 1 mln zł, a następnie co roku do 0,1 proc. wartości aktywów zgromadzonych w PPK za udział w portalu i 1 zł miesięcznie za każdego ubezpieczonego za prowadzenie ewidencji PPK. Gdyby sprawdziły się prognozy rządowe i do PPK przystąpiło 8,6 mln osób, to tylko z tytułu tej z pozoru niewielkiej opłaty za prowadzenie ewidencji PFR otrzymywałby rocznie ponad 100 mln zł.
Dodatkowo do PFR trafią składki każdego pracownika, którego pracodawca nie podpisze umowy o zarządzanie PPK z inną instytucją. Z automatu przejmie on też oszczędności z tych TFI, które przestaną spełniać warunki dopuszczenia do udziału w PPK.
Jakby tego było mało, PFR przechwyci zapewne także większość z aktywów filara kapitałowego. W przeszłości rządzący „uspokajali", że zadowolą się dwoma latami poboru partyjnego haraczu, a po dwóch latach uczestnicy OFE zyskają prawo do przeniesienia tego, co zostanie z ich oszczędności emerytalnych, z PFR do niezależnych od rządu instytucji. Ale jak będzie ostatecznie, wciąż nie wiadomo.
Tymczasem już teraz w żadnym kraju OECD własność państwowa nie jest tak szeroka jak u nas (np. w Australii nie ma państwowych firm). Upartyjnione firmy działają w Polsce w 39 z 43 sektorów gospodarki. W tak delikatnym sektorze, jak bankowość, zaczynają odgrywać zbliżona rolę, jak na Ukrainie czy w Rosji.
Potrzebne szerokie porozumienie
Dodatkowe oszczędzania na emeryturę jest potrzebne, bo na skutek obniżenia wieku emerytalnego trzy czwarte osób urodzonych po 1975 r. jest zagrożonych skrajnym ubóstwem na starość. Ale musi ono uzupełniać, a nie zastępować istniejące oszczędności. Nie powinno też podbijać kosztów pracy, a więc nie tylko pracownicy, ale i pracodawcy powinni mieć opcję wyjścia z programu.
Nie może rodzić ryzyka finansowania politycznych projektów ani prowadzić do upartyjnienia kolejnych firm. Wymaga stabilnych ram prawnych, których nie zbuduje się bez szerokiego porozumienia. Grożenie poważnymi sankcjami przedsiębiorcom, w tym dwoma latami więzienia, za zniechęcanie do PPK nie sprzyja takiemu porozumieniu. Każdy z warunków sukcesu programu dodatkowego oszczędzania na emeryturę mógłby spełnić dodatkowy dobrowolny system emerytalny, którego koncepcję przedstawiło Towarzystwo Ekonomistów Polskich w czerwcu 2016 r. (jeden z nas był jej współautorem, a drugi – przewodniczył TEP). PPK nie spełniają niestety żadnego.
Andrzej Rzońca, Wiktor Wojciechowski
Andrzej Rzońca jest głównym ekonomistą Platformy Obywatelskiej, w latach 2016–2017 był przewodniczącym Towarzystwa Ekonomistów Polskich.
Wiktor Wojciechowski jest głównym ekonomistą Plus Banku, w 2016 r. kierował zespołem, który przygotował raport TEP „Dodatkowy, dobrowolny system emerytalny w Polsce"