Na czym polegał fenomen Andrzeja Wajdy?

To był wielki talent, rzadki i trochę dziki, mimo że Wajda kojarzy nam się z człowiekiem spokojnym i delikatnym. Był doskonałym obserwatorem, bez reszty oddanym pracy. A wszystko to połączone z poczuciem zobowiązania, ze społecznikostwem, z silną orientacją patriotyczną.

Skąd czerpał wzorce w powojennej Polsce?

Odbudowywało się wtedy w kraju kino z pewną tradycją, Wajda jednak nie identyfikował się z nią. W szkole filmowej w Łodzi, gdzie studiował, była dobra kadra dydaktyczna. Wykładała tam m.in. przedwojenna reżyserka Wanda Jakubowska, Antoni Bohdziewicz, wybitny historyk filmu Jerzy Toeplitz. Wajda sporo się tam nauczył. Dwukrotnie asystował przy filmach Aleksandrowi Fordowi, który miał bardzo dobrze opanowany warsztat, zrobił przed wojną kilka nowatorskich filmów i przekazał Wajdzie mnóstwo cennych wskazówek.

Inspirował się filmem zachodnim?

Zacznijmy od tego, że w młodości Wajda wcale nie był miłośnikiem kina. Nie znał się na filmach, początkowo większe zainteresowanie tym tematem wykazywała jego matka. Musiał w pewnym momencie intensywnie nadrabiać braki. Starannie przygotowywał się do egzaminów w Łodzi przez cały trzeci rok studiów malarskich (studiował wtedy w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych). Jakie miał wzory? Ciekawiło go ówczesne kino amerykańskie, które bardzo śladowo, ale jednak docierało do Polski. Wielkie wrażenie zrobił na nim w 1948 r. film brytyjski „Niepotrzebni mogą odejść”. Pojawił się wtedy neorealizm i właśnie gdzieś pomiędzy kinem anglosaskim a kinem włoskim, ocierającym się o skrajnie rozumiany realizm, klarowała się jego własna wizja kina.

Czytaj więcej

Niewygodne dyskursy, trudne pytania. Wajda kontra polityczna rzeczywistość

Już pierwsze jego filmy stały się hitami.

Miał talent, ale i szczęście – Ford miał do Wajdy wielką słabość i po prostu oddał mu swój projekt filmu „Pokolenie”. Normalnie młody twórca musiałby długo czekać na debiut, a on dostał go po prostu w prezencie. Od razu wykorzystał swój największy atut, czyli umiejętność doboru zespołu. Zwłaszcza początkowo wychodziło mu to bezbłędnie. I tak powstało „Pokolenie”, potem „Kanał”, „Popiół i diament”. To były trzy mocne uderzenia, a „Popiół i diament” był najmocniejszym. Chyba nigdy już potem lepszego filmu nie zrobił. To był szczyt kina artystycznego na skalę światową. Było odważne, nowatorskie artystycznie, doskonałe pod względem operatorskim i aktorskim.

Jak nie wpaść we frustrację, skoro wszystko, co było potem, było poniżej „Popiołu i diamentu”?

Wajda był człowiekiem bardzo silnym psychicznie. Zdumiewająco silnym. To było zadziwiające, bo z jednej strony sprawiał wrażenie, jakby był niepewny siebie, miał problemy z podejmowaniem decyzji, zmieniał zdanie, a z drugiej – był fundamentalnie niezwykle mocny. Nie poddawał się depresji, wiedział, że ma iść do przodu, pracować, poszukiwać, działać. Był cały czas aktywny, nie zostawiał sobie przestrzeni na zwątpienie i marazm. Miał za sobą serię niepowodzeń w szkole filmowej, nie udała mu się żadna etiuda, nie był z tych prac zadowolony, zupełnie jakby nie wychodziło mu to reżyserowanie. Ale kontynuował obrany kurs. Jak się okazało – słusznie, dziś jest legendą.

Czy po przełomie 1989 r. jego spojrzenie było mniej elektryzujące? Utraciło coś z pierwotnej mocy?

Rzeczywiście można było coś takiego zaobserwować. Na okres Polski Ludowej przypadła najlepsza część twórczości Wajdy. Przy czym był to długi odcinek czasu, 35 lat pracy reżyserskiej. Słuchałem kiedyś wykładu pewnego węgierskiego filmowca, który opowiadał o kinie demoludów na przykładzie „Człowieka z marmuru”, powtarzając co chwila słowo „exciting”. Połączenie nowatorskiego języka artystycznego z odwagą polityczną było faktycznie „exciting”. Wajdzie nie brakowało odwagi, zarówno tej artystycznej jak i obywatelskiej. Jego kino o coś walczyło. Po przełomie sytuacja diametralnie się zmieniła. Skończyło się ryzyko polityczne, zaczęło się ekonomiczne: film musiał podobać się publiczności. Bez elementu ryzyka i odwagi kino Wajdy nie przemawiało już tak silnie.

Jak udawało się Wajdzie zyskiwać akceptację władz na realizację filmów niewygodnych z perspektywy rządzących, np. „Człowieka z marmuru” czy „Człowieka z żelaza”? Dostawał na nie zielone światło…

On był do tego stworzony – wyczuwał swój moment, świetnie sprawdzał się w negocjacjach, był skuteczny, umiał rozmawiać, był przekonujący. Walczył nie tylko o swoje filmy, reprezentował też interesy środowiska jako szef Zespołu Filmowego „X” czy prezes Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Był świetnym liderem. Miał też szczęście do ludzi, czasem otrzymywał nieoczekiwane wsparcie, które przesądzało o losach kolejnych projektów.

Czytaj więcej

Andrzej Wajda – wojenne dzieciństwo i poszukiwanie własnej drogi

Był mocno uwikłany w polskość, a jednak rozumiano go również za granicą. Jak to możliwe? Zdawałoby się, że tak silne zakorzenienie w jednej kulturze jest pewnym ograniczeniem.

Właśnie dlatego, że był uwikłany w polskość i że bardzo szybko udało mu się wypracować własny język artystyczny, nie groziła mu nuda uniwersalności. I to przyciągało widzów na całym świecie, nawet w Japonii. Wajda przez to, że był swoisty, zdobył tak mocną pozycję. W wieku 30 lat został uznany za wielką osobowość artystyczną i tej pozycji nigdy nie stracił.

A może to jest kwestia stosowania bogatej symboliki? Naprowadzała polskiego widza na to, o czym wprost nie można było mówić, a ludziom spoza naszego kręgu kulturowego pozwalała odczytać znaki na swój sposób.

Z pewnością to również wpływało na szerszy odbiór jego dzieł. Chcąc wygrywać potyczki z cenzurą Wajda musiał używać takiego języka, który był niejednoznaczny. Dialogi, które nie przeszłyby przez cenzurę, zastępował obrazem. A taki obraz mógł być odczytywany również w innych krajach, choć na różne sposoby. Ale czynników sukcesu w przypadku filmów tego reżysera było więcej – poetyka, oddziaływanie na emocje, mówienie o ważnych sprawach, stawianie na silne kreacje aktorskie, za którymi czuć siłę osobowości.

Ekranizował wielkie dzieła literackie, m.in. Mickiewicza, Iwaszkiewicza, Żeromskiego, Andrzejewskiego, Wyspiańskiego. Co mówią o nim jego literackie wybory?

Lubił tradycyjną literaturę, miał ulubionych polskich pisarzy z Wyspiańskim i Żeromskim na czele. Nie miał jednak wielkiej pewności ocen dzieł literackich. Był wielkim miłośnikiem malarstwa i znawcą historii malarstwa, wszystkie swoje podróże zaczynał od galerii i muzeów, potrafił natychmiast odróżnić wybitne malarstwo od mniej udanego. Szybko nauczył się oceniać kino – w jego dziennikach widać, jak świetnym bywał recenzentem filmowym. Bardzo dobrze poruszał się w teatrze. Ale jako czytelnik nie był pewny swego, nie zdobywał się na ocenę literatury, co najwyżej notował cytaty. Uczył się literatury, szukał przewodników. Świetnie w tej roli sprawdził się Bolesław Michałek, kierownik literacki Zespołu Filmowego „X”, który podsuwał mu lektury, inspirował go.

O co walczył Wajda? Chciał wpływać na rzeczywistość?

Zdecydowanie tak, był jednym z ostatnich twórców, którym tak bardzo zależało na zmianie świata na lepsze. Poprzez film oddziaływał emocjonalnie na widownię. Jego obrazy miały sprawić, że ludzie staną się szlachetni, aktywni, będą wybierać lepsze rozwiązania, będą lepiej głosować w wyborach, a w razie czego będą gotowi wziąć udział w jakiejś walce.

Oddziałuje na publiczność tak jak kiedyś?

Trzeba się liczyć z tym, że moc jego filmów będzie słabła. Cudów nie ma, kino jest sztuką, która oddziałuje przede wszystkim na współczesnych. I tak zadziwiająco długo Wajda nie schodził ze świecznika. Oczywiście wybitne filmy nie umierają, do tej pory wciąż ogląda się dobre kino z lat 30. czy 40. Ale ten odbiór ogranicza się do miłośników, koneserów, a nie szerokiej publiczności. Współcześni odbiorcy będą raczej szukali obrazów, które mówić będą o ich świecie. Ale Wajda z pewnością pozostanie w gronie największych twórców kina.