Akcja czteroodcinkowej produkcji rozgrywa się w drugiej połowie XVIII w. Skupia się wokół romansu carycy z feldmarszałkiem Potiomkinem. W rolę tytułową wciela się Helen Mirren, która już wcielała się w koronowaną głowę – w 2007 r. zdobyła Oscara za rolę Elżbiety II w „Królowej". Aktorka jest także producentką wykonawczą serialu i wydaje się, że stworzyła projekt pod siebie. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie chłód wiejący z ekranu.
Siermiężny ton opowieści przeczy charakterowi dumnej monarchini idącej pod prąd patriarchalnemu systemowi. W serialu HBO brakuje pogłębionego portretu psychologicznego i rozwoju emocjonalnego postaci. Wydarzenia historyczne zostają zepchnięte na margines. Szkoda, bo to fascynujący okres nie tylko w historii Rosji. Zamiast tego dostajemy miłosną grę z Potiomkinem i relacje z synem Pawłem Romanowem, którego bohaterka traktuje pobłażliwie.
„Katarzynie Wielkiej" brakuje oddechu. Wydaje się, że zabrakło czasu (cztery godzinne odcinki) na pogłębienie scenariusza i rozwinięcie wątków. Reżyser Philip Martin stworzył rażący sztucznością melodramat. Imperialistyczny charakter opowieści usiłował wykreować przytłaczającymi kostiumami i monumentalnymi wnętrzami. Nie wyszło.
Na uwagę zasługuje za to odważny gest 74-letniej aktorki grającej w pierwszym odcinku o 30 lat młodszą bohaterkę. Ale choć Helen Mirren bardzo się stara oddać złożoność osobowości carycy – zaangażowanej politycznie, a zarazem rozsmakowanej w mężczyznach – końcowy efekt przytłacza.