Komisja Europejska w swojej „Wizji dla rolnictwa i żywności” uznaje produkcję zwierzęcą za istotny element sektora rolnego UE i szerszego łańcucha wartości żywności i między innymi dlatego włączyła do swojego programu prac na 2026 r. strategię w zakresie produkcji zwierzęcej jako jedną z najważniejszych inicjatyw. Tymczasem państwo polskie zdaje się nie zauważać produkcji zwierzęcej. Owszem, rządzący lubią się pochwalić na przykład polskimi mleczarniami, bo są takie nowoczesne, od czasu do czasu pokażą polskie mięso i wędliny na światowych targach, ale zachowują się przy tym jak dziecko, które jest przekonane, że pieniądze biorą się z bankomatu albo w bardziej adekwatnym przykładzie, że mleko jest ze sklepu. Zresztą państwo zdaje się nie dostrzegać roli całego sektora rolno-spożywczego dla polskiej gospodarki. Sektora mającego najwyższy udział w wartości sprzedanej polskiego przemysłu (blisko 20 proc.). To zastanawiające o tyle, że kolejne kryzysy, których doświadcza światowa gospodarka (od pandemii, poprzez wojnę w Ukrainie aż po obecny konflikt w Zatoce Perskiej), pokazują jak ważna jest suwerenność żywnościowa i jednocześnie jak łatwo sięga się po żywność jako broń.
Produkcja zwierzęca dla zapewnienia tejże suwerenności lub bezpieczeństwa żywnościowego jest absolutnie kluczowa. Jej ograniczenie lub (jak chcą niektóre organizacje prozwierzęce takie jak Otwarte Klatki) całkowita jej likwidacja oznaczałyby katastrofę nie tylko w postaci braku polskiego schabowego, ale też olbrzymią nadprodukcję zbóż, których większość jest przeznaczana na pasze, brak nawozów naturalnych i przede wszystkim brak surowca dla najnowocześniejszego przemysłu rolno-spożywczego w UE. A to w konsekwencji oznaczałoby jego upadek, likwidację setek tysięcy miejsc pracy itd.
To nie jest czarny scenariusz kreślony przez przesadnego pesymistę. To scenariusz, który może się ziścić szybciej, niż nam się wydaje, o ile nie dostrzeżemy znaczenia produkcji zwierzęcej i nie przestaniemy blokować jej rozwoju.
Czytaj więcej
Mamy plan na biliony złotych inwestycji. Ale najpierw musimy nauczyć się sobie ufać – pisze prezes zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informac...
A blokowana jest na wielu płaszczyznach. Świadomościowej – poprzez tolerowanie, a nawet wspieranie narracji o szkodliwości (wbrew faktom i badaniom naukowym) hodowli dla środowiska i ludzi. Kulturowej – poprzez propagowanie niechęci do diety mięsnej. I wreszcie prawnej – poprzez rozwiązania, które budowę nowoczesnej chlewni czy kurnika traktują na równi z wielką instalacją przemysłową (w pewnym momencie nawet pojedyncza krowa miała mieć status instalacji przemysłowej) i jednocześnie wspierają możliwości jej oprotestowywania i wydłużania procedur przez wiele lat.
Efektem jest z jednej strony pozywanie rolników za to, że „śmierdzi”, a z drugiej uniemożliwianie budowania nowoczesnych, zgodnych z najwyższymi standardami obiektów hodowlanych. Jesteśmy, jako Wipasz, przykładem takich działań. Nasze Zielone Fermy są chwalone na świecie jako wzorcowy przykład zrównoważonej hodowli, mają najbardziej wartościowe certyfikaty i są stale nitorowane oraz badane przez renomowane placówki naukowe, a mimo to jesteśmy obiektem systemowej obstrukcji. Inny z naszych projektów, który miał wspierać rozwój polskiej hodowli trzody chlewnej i na który uzyskaliśmy dofinansowanie unijne, był wskutek protestów przeciągany tak długo (prawie cztery lata), że musieliśmy z niego rezygnować. Najgorsze jednak dopiero przed nami. W tym roku gminy uchwalają plany ogólne.
To, co miało uporządkować gospodarkę przestrzenną, a także ułatwić procesy inwestycyjne, staje się narzędziem do walki nie tylko z hodowlą, ale nawet z biogazowniami, które bez hodowli zwierzęcej praktycznie nie będą mogły funkcjonować. W większości znanych mi przypadków uchwalane są bowiem rozwiązania uniemożliwiające inwestycje związane z hodowlą czy właśnie z budową biogazowni. I dzieje się to w momencie, kiedy płonie największa na śiecie instalacja do skraplania LNG, a premier zapowiada setki iliardów inwestycji w OZE!