Od dekady obserwuję z bliska, jak decyzje inwestycyjne przekładają się na realny wzrost gospodarczy. Kiedy przejmowałem rodzinną firmę, zatrudnialiśmy znacznie mniej osób niż dziś, a skala inwestycji była nieporównywalna z obecną. W ciągu dziesięciu lat zwiększyliśmy zatrudnienie o połowę, przeznaczyliśmy – ostrożnie licząc – blisko 500 mln zł na rozwój i stworzyliśmy nowe segmenty biznesu, w tym najnowszy projekt, który pozwoli obywatelom ocenić własny potencjał inwestycyjny. To doświadczenie pokazuje jedno: inwestycje nie są luksusem – są warunkiem przetrwania.

Warto też spojrzeć na inwestycje przez pryzmat hasła local content. W świecie skracających się łańcuchów dostaw i narastającej rywalizacji gospodarczej państwa oraz przedsiębiorstwa coraz częściej stawiają na rozwój lokalnych kompetencji technologicznych, produkcyjnych i kapitałowych. To nie protekcjonizm, lecz pragmatyzm. Inwestując w krajowe know-how, przedsiębiorcy tacy jak my budują odporność na kryzysy, wzmacniają bezpieczeństwo ekonomiczne państwa i zatrzymują większą część wartości dodanej w kraju. Local content powinien stać się jednym z filarów strategii rozwojowej – nie jako slogan, ale jako realna zasada projektowania inwestycji i partnerstw.

Dotychczasowe przewagi naszej gospodarki – relatywnie niskie koszty pracy i łatwa adaptacja zagranicznych technologii – się wyczerpują. Nie maleją ceny energii, starzeje się społeczeństwo, a napięcia geopolityczne wciąż wpływają na ryzyko prowadzenia biznesu. Odpowiedzią na te wyzwania nie może być zachowawczość. Musi nią być inwestycyjna odwaga, zwłaszcza w nowoczesne technologie.

Tymczasem nakłady inwestycyjne przedsiębiorstw w Polsce to zaledwie 9 proc. PKB, podczas gdy średnia unijna wynosi 13 proc., a w części państw regionu sięga nawet 16 proc. Całkowite inwestycje w Polsce to 17 proc. PKB – wyraźnie mniej niż w UE czy USA, gdzie sięgają one 22 proc. Jeśli chcemy dogonić liderów regionu, potrzebujemy wzrostu inwestycji firm o prawie 300 mld zł rocznie. Bez tego grozi nam pułapka niskiego wzrostu.

Nie jest tajemnicą, że przedsiębiorcy wstrzymują inwestycje głównie z powodu niepewności, która sprawia, że kapitał zamiast pracować – czeka. Aż 92 proc. firm wskazuje ją jako barierę, znacznie częściej niż średnio w UE. To racjonalne zachowanie, bo inwestycje nie wynikają z odwagi czy ambicji, lecz z kalkulacji zwrotu względem kosztu finansowania.

Technologia jest zaś dziś tym, czym infrastruktura była w XIX wieku – fundamentem rozwoju. Firmy, które inwestują w cyfryzację, automatyzację i analitykę danych, szybciej rosną, lepiej radzą sobie z kryzysami i skuteczniej konkurują globalnie. Warunkiem powodzenia takiej transformacji jest jednak myślenie o technologii nie tylko jako o narzędziu efektywności, lecz także jako o źródle korzyści społecznych. W moich firmach wdrażamy technologie nie po to, by imponować innowacyjnością, lecz po to, by ludzie – klienci, pracownicy i obywatele – realnie zyskiwali czas, bezpieczeństwo, dostęp do usług i większą stabilność finansową.

Inwestycje to dziś polska racja stanu. Bez nich nie będzie ani wzrostu produktywności, ani silnej klasy średniej, ani bezpieczeństwa gospodarczego. Zamiast więc pytać, czy warto inwestować, powinniśmy zapytać: czy stać nas na to, by nie inwestować.

Autor jest przedsiębiorcą zatrudniającym 1400 osób. Jest właścicielem polskiej grupy technologiczno-finansowej Kaczmarski Group, z której usług korzysta 200 tys. klientów biznesowych i 1 mln konsumentów