Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Jak polscy emigranci tracš dzieci

archiwum
Krzyczeliœmy z mężem, że nie oddamy Kacpra. Powiedziano nam, że mamy dwa wyjœcia – dobrowolnie oddamy syna lub nas skujš na jego oczach, co będzie gorsze i dla nas, i dla niego - mówi Agnieszka Mroczkowska.

Plus Minus: Wyjechała pani za dziećmi z Anglii, w której mieszkała pani 11 lat, urodziły się tam pani córka i syn. Nie był to powrót do domu, ale dramatyczna decyzja zwišzana z wydarzeniami. Co się stało w Warrington?

Dziœ w kraju mogę o tym mówić. Wczeœniej odradzano mi kontakty z prasš – tak mówili też nasi prawnicy. Utrudniłoby mi to odzyskanie dzieci. Zaszczuto nas (pani Agnieszka wybucha płaczem). Ale chcę to opowiedzieć ludziom. Dla siebie, żeby to z siebie wyrzucić, i dla ludzi, ku przestrodze.

Dramat waszej rodziny zaczšł się w grudniu ubiegłego roku.

7 grudnia w czwartek mšż zauważył nad uchem naszej dziewięciomiesięcznej córki lekkie spuchnięcie o długoœci szeœciu centymetrów. Dopiero wtedy zwróciłam na to uwagę. Wydawało mi się, że zbiera się jej woda pod skórš. Umówiłam się do przychodni następnego dnia rano. Bianka w wieku 6,5 miesišca zaczęła raczkować i trzymajšc się np. blatu stołu, wstawała. Jest szybka i bardzo ruchliwa, ponadprzeciętnie.

Odwiozłam syna Kacpra do szkoły i pojechałam z niš do przychodni. Lekarz popatrzył i dał mi skierowanie do szpitala na przeœwietlenie głowy. Tłumaczyłam mu, że córka jest aktywna i się nieraz przewraca.

Przypomniałam sobie, że dwa dni wczeœniej Bianka była marudna i bardziej niż zwykle płaczšca. Ale jej się wyrzynajš zšbki, nie spała tego popołudnia. Ten wypadek mógł się zdarzyć właœnie w œrodę. To też mnie dziœ obcišża, że nie przyszłam od razu. A więc zdaniem niektórych chciałam coœ ukryć.

Z tego szpitala wyszła już pani bez dzieci.

Tam dowiedziałam się, że Bianka ma pękniętš czaszkę. Wtedy nie do końca to zrozumiałam po angielsku. A już było póŸno i musiałam jechać po syna. Ale już nie chcieli mnie wypuœcić. Potem dopiero się okazało, że lekarz i pielęgniarki wezwali social service oraz policję i chcieli mnie zatrzymać. Wezwali męża i zaczęli nas wszystkich przesłuchiwać: męża i mnie razem, potem nas osobno, potem syna, który miał tylko osiem lat. Nie wiedziałam, co się dzieje, do czego to wszystko zmierza. Kazali w końcu podpisać nam taki formularz S20. Wydawało mi się, że to pokwitowanie, a to była zgoda na zrzeczenie się praw rodzicielskich. Powiedzieli mi, że dzieci do domu nie wrócš, Bianka zostaje na obserwacji, a mój dom jest dla dziecka niebezpieczny. Trudno opisać to, co wtedy poczuliœmy (pani Agnieszka zaczyna płakać). Krzyczeliœmy z mężem, że nie oddamy Kacpra. Powiedziano nam, że mamy dwa wyjœcia – dobrowolnie oddamy syna lub nas skujš na jego oczach, co będzie gorsze i dla nas, i dla niego. Nam i synowi mówiono, że zostaniemy rozdzieleni tylko na weekend.

Przeżyli państwo szok.

To też, ale mnie się wtedy jeszcze wydawało, że œnię, że to jakiœ koszmar, że zaraz się to wszystko wyjaœni, a my odjedziemy do domu. To był poczštek naszej traumy.

Do tej pory pamiętam, jak zapłakany Kacper jest wyprowadzany ze szpitala sam, przez urzędników z social service w otoczeniu policji jak przestępca. Chciałam wtedy umrzeć. I jeszcze nacisk doktora na to, że musimy zajšć się córkš, a nie synem, że musimy iœć na przeœwietlenie głowy, bo czas nas goni.

Co było dalej?

Po 72 godzinach social service musi oddać dzieci lub kierować sprawę do sšdu. Zrobione zostały wszystkie badania, sprawdzono, czy dziecko nie ma starych zrostów. Wszystko było w porzšdku. Naszš sprawę social service skierował do sšdu, choć poza pęknięciem czaszki córki dzieci nie miały œladów żadnej przemocy, żadnego sygnału od sšsiadów, ze szkoły. Pracowników socjalnych nie interesowało nic poza obdukcjš lekarskš. Byli pewni, że my z mężem jš bijemy. Pracownica socjalna mówiła do Kacpra: twoja mama bije siostrę. On płakał, bo nie rozumiał tego, co się wokół dzieje.

A co wynikało z obdukcji?

Pierwsza opinia lekarska mówiła, że mogło się to stać od uderzenia przez osobę trzeciš. Ale lekarz nie był od tego specjalistš. Sędzia zleciła więc dodatkowš opinię radiologa, ale był problem z jego dostępnoœciš w szybkim terminie. Wpierw miała być gotowa w lutym, a póŸniej okazało się, że w czerwcu. W tym czasie nasze dzieci zostały zabrane do rodziny zastępczej, a my byliœmy w rozsypce. Najbardziej baliœmy się o Kacpra, który rozumiał, że coœ złego się dzieje, ale nie wiedział, co i dlaczego. Bardzo się boję, że psychicznie skrzywdzono mi syna i trudno będzie mu z tego wyjœć (pani Agnieszka zaczyna płakać).

Jak wyglšdało wtedy wasze życie?

Jak zabrali nam dzieci, nie mogłam już żyć w naszym domu. Wchodziłam tam na chwilę, ale tylko na parter, spałam u znajomych w kurtce i butach, bo mšż pracował nocami i nie mogłam być sama. Dostawałam bólów głowy, chciałam umrzeć. Pozwolono nam na kontakt z dziećmi przez 4,5 godziny w tygodniu, ale pod pełnš kontrolš opieki społecznej. Czy wie pani, że nie mogłam przy dzieciach zapłakać? Nie mogłam zadać żadnego pytania, jak się czuje syn, bo groziło mi za to zablokowanie kontaktów w ogóle. Nie mogłam do niego nawet zadzwonić, bo œwiadczyłyby to o tym, że jestem niezrównoważona psychicznie! A ja chciałam umrzeć z bólu i tęsknoty!

Kontaktów nie mieli także dziadkowie, którzy przylecieli do Anglii 23 grudnia i złożyli wniosek do sšdu o adopcję wnuków. Żeby nie zwariować, zaczęłam pisać pamiętnik. Wie pani, że sšd nigdy nie przesłuchał nauczycieli syna, sšsiadów – w ogóle go to nie interesowało? Ważne było tylko, co powie lekarz. W końcu zmienił się sędzia. Nowym został były adwokat. Na pierwszej rozprawie, a dla nas ostatniej, zapytał od razu paniš z social service, czy Bianka miała też inne obrażenia. Oczywiœcie nie miała, żadne z moich dzieci nie miało nawet sińca ani symptomów przemocy domowej. Dziœ syn mi mówi: jesteœ najlepszš mamš na œwiecie (płacz).

A pańska adwokatka? Nie próbowała państwu pomóc? Wskazać, że nie ma innych sygnałów przemocy?

Dzieci miały swoich adwokatów, my z mężem swoich. Ale kiedy pokazywałam mojej adwokat filmy z komórki, jak Bianka w wieku siedmiu miesięcy wstaje, co nie jest typowe, jak szybko raczkuje. Odpowiadała mi: mnie to nie interesuje. A przecież to była moja linia obrony!

Zostaliœmy pozostawieni sami sobie. Wiedziałam, że jak zostanę w Anglii, stracę dzieci. Tam się nikt nie patyczkuje. Kiedy w końcu Kacper trafił do rodziny zastępczej, którš znaliœmy, dowiedziałam się od nich, że pani z pomocy socjalnej mówiła im wprost: „Bianka idzie do adopcji, Kacper zostanie tu do osišgnięcia pełnoletnoœci". Dziœ jestem przekonana, że ich celem była moja œliczna córka. Byli na niš chętni.

Postawiła pani wszystko na jednš kartę – wyjechać z Anglii. Właœciwie uciec.

Wykorzystaliœmy pretekst. We wrzeœniu, zanim to się wszystko zaczęło, kupiliœmy dzieciom bilety do Polski, na ferie, w lutym. I na ostatniej rozprawie poprosiliœmy sšd o zgodę, by mogły z dziadkami wyjechać do Polski. Sędzia się zgodził. Zabrano nam paszporty.

W ostatniš sobotę przed feriami w Polsce odwieŸliœmy dzieci i dziadków na lotnisko, by już nigdy tu nie powrócić. W niedzielę spakowałam się do torby podręcznej, wzięłam 140 funtów i pojechałam na lotnisko. Polecieliœmy do Polski na dowód osobisty.

Nie bała się pani, że straż graniczna będzie miała przy pani nazwisku adnotację, że ma pani zabrany paszport? Dużo pani ryzykowała.

Ryzykowałam wszystko, ale nie miałam wyjœcia. Poza tym nie jestem o nic podejrzana ani oskarżona. Nie straciłam władzy rodzicielskiej. Tak strasznie jak wtedy na tym lotnisku jeszcze nigdy się nie bałam. Czekamy tu w Polsce na męża. Mšż teraz pakuje nasz dobytek do worków, dom wystawia na sprzedaż, zwalnia się z pracy i nigdy już do Anglii nie wrócimy.

Jak pani odnajduje się teraz w Polsce?

Wynajęliœmy mieszkanie do remontu koło dziadków. Próbujemy stanšć na nogi, syna zapisaliœmy do tutejszej szkoły. Osiem lat pracowałam w Anglii w jednej firmie. Wszystkiego się boimy, syn nawet nie chce wyjœć z domu. Cały czas powtarza: „Oni po mnie przyjdš". Boję się, że psychicznie go skrzywdzono i to w nim pozostanie. Jesteœmy polskimi obywatelami, dzieci sš Polakami, nigdy się nie zrzekliœmy obywatelstwa.

Dzieci Polaków mieszkajšcych w Wielkiej Brytanii podlegajš jurysdykcji sšdu brytyjskiego bez względu na to, jakiego sš obywatelstwa. Decyduje o tym adres zamieszkania. Według urzędników polskiego Ministerstwa Sprawiedliwoœci brytyjski sšd może nawet zdecydować o deportacji dzieci z powrotem do Anglii. Wszystko zależy od tego, jakie decyzje podjšł brytyjski sšd w państwa sprawie.

O tym dowiedzieliœmy się już tu, w Polsce – m.in. od pani z Ministerstwa Sprawiedliwoœci, która zajmowała się naszš sprawš, i od prezes sšdu w Jeleniej Górze. Pojechaliœmy do niej spanikowani, gdy dowiedzieliœmy się, że po tym, jak dzieci nie wróciły z ferii do Anglii, służby socjalne złożyły wniosek o przeniesienie naszej sprawy do sšdu wyższej instancji. Pojechałam z Kacprem do psychologa dziecięcego w Krakowie, który zdiagnozował u syna depresję po tym, co przeżył w Anglii.

Co zdecydował brytyjski sšd?

Rozprawa odbyła się 21 marca, był na niej mšż. Nadeszły dwie opinie lekarskie: radiologa i pediatry. Radiolog stwierdził, że nie jest w stanie okreœlić, skšd Bianka miała takie obrażenia – czy był to nieszczęœliwy wypadek, czy uderzenie. Pediatra natomiast wystawił nam korzystnš opinię, że ten obrzęk powstał między 24 a 48 godzin wczeœniej, że na naszš korzyœć œwiadczy fakt, że przyszliœmy z dzieckiem do lekarza, co œwiadczy o tym, że niczego nie ukrywaliœmy.

Zarzšdzono przerwę, po której social service wycofał zarzuty wobec nas. Sędzia przeprosił nas za całš sprawę i przyznał, że padliœmy ofiarš nieudolnego systemu.

Gdyby nie to, że przeżyliœcie koszmar, mogłaby pani czuć satysfakcję. Wróci pani z dziećmi do Anglii?

Czuję smutek i wœciekłoœć, bo bezpodstawnie zniszczono życie i zdrowie mojej rodziny. Syn ma napady agresji, bije się pięœciami po twarzy, boi się, powtarza: „Jestem głupi". Zawsze miałam z nim bardzo bliski kontakt, teraz nie umiem do niego dotrzeć. I boje się o niego.

Do Anglii nie wrócimy, ale wytoczymy powództwo Wielkiej Brytanii za to, co zrobiono nam, a zwłaszcza synowi. Zrobiono to dla statystyk i pieniędzy, bo za każdš takš sprawę social service dostaje ogromne pienišdze. Dowiedziałam się też, że to była pierwsza sprawa prowadzona przez nowš pracowniczkę opieki społecznej.

Chciałam o tym powiedzieć, bo czasu już nie wrócę. Z tym, co przeżyliœmy, musimy się teraz zmierzyć sami. Ale może komuœ pomoże nasza historia, może Anglicy zmieniš ten okrutny system, tak by faktycznie celem była ochrona dzieci, a nie niszczenie ich rodzin. Szukamy też prawnika, który pomoże nam walczyć o zadoœćuczynienie.

Polscy emigranci tracš dzieci

W ubiegłym roku do rodzin zastępczych trafiło 274 polskich dzieci mieszkajšcych w Wielkiej Brytanii. O 25 więcej niż rok wczeœniej – wynika z danych Ministerstwa Spraw Zagranicznych, które ujawniła niedawno „Rzeczpospolita". Tylko 54 z nich wróciło do rodziców, zostało przekazanych pod opiekę krewnych lub wyjechało wraz z rodzicami z Wysp.

Wœród nich sš dzieci państwa Mroczkowskich, których dramatycznš historię przedstawiamy w wywiadzie. Pokazuje ona, że służby socjalne mogš się mylić. Na straży prawdy stoi brytyjski sšd, który w cišgu pół roku musi zweryfikować oskarżenia. Jeœli się potwierdzš, dziecko umieszczone jest w rodzinie zastępczej praktycznie do 18. roku życia.

Dzieci odbieranych polskim emigrantom przybywa także w Irlandii (z zaledwie pięciorga w 2016 r. do 14 w ubiegłym roku) i w Niemczech, gdzie do rodzin zastępczych trafiło 64 polskich dzieci (39 dzieci rok wczeœniej). Jak podkreœla MSZ, żadne dziecko w Irlandii nie wróciło do rodziców, w Niemczech – 19, ale czeœć z nich trafiła do krewnych lub wróciła do Polski.

W Niemczech i Wielkiej Brytanii mieszka najwięcej polskich emigrantów.

To na pewno dane niedoszacowane – pochodzš bowiem ze zgłoszeń rodziców lub ich opiekunów prawnych oraz informacji władz miejscowych. Jak twierdzi MSZ, liczba ta może być większa. Także do polskiego Ministerstwa Sprawiedliwoœci trafia coraz więcej spraw dzieci polskich emigrantów. Liczba takich przypadków w cišgu roku wzrosła o ok. 40 proc. Ale sš to również sprawy sprzed kilku, a nawet kilkunastu lat.

Pod koniec 2016 r. na emigracji przebywało ponad 2,5 mln Polaków, o 118 tys. osób więcej niż rok wczeœniej. Nowszych danych GUS nie posiada.

Nie ma miesišca, by polonijne media nie nagłaœniały historii, w której polska rodzina straciła dzieci. Najczęœciej z powodu nadużywania alkoholu i przemocy fizycznej, a także zaniedbywania dzieci. Głoœno było niedawno o rodzinie mieszkajšcej w Southampton, której brytyjskie służby socjalne odebrały dwójkę dzieci, po tym jak na ciele siedmioletniego Wiktora odkryto w szkole siniaki. Dziecko miało być też agresywne. Katarzyna Ż., matka dzieci, żaliła się, że „może to spotkać każdš polskš rodzinę".

Nagłaœniane przez polskie media sš sprawy z Niemiec. W paŸdzierniku 2017 r. hamburski Jugendamt zabrał rodzicom (podczas ich nieobecnoœci) 10-miesięcznš Marcelinę. W sprawę zaangażowali się minister sprawiedliwoœci i Polskie Stowarzyszenie Rodziców przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech. Rodzice Marceliny złożyli zawiadomienie do niemieckiej prokuratury o popełnieniu przestępstwa przez Jugendamt.

– Polski system ochrony dzieci różni się od brytyjskiego. Poprzeczka interwencji w sprawie dzieci w Wielkiej Brytanii jest ustawiona znacznie niżej i wielu polskich emigrantów tego nie rozumie. Tu interes dziecka stawia się ponad wszystko – mówił nam Artur Gajewski, ekspert sšdowy w Wielkiej Brytanii i dyrektor organizacji AG Family Support, pomagajšcej rodzinom z problemami.

W różnych krajach dobro dzieci jest inaczej definiowane, inne sš też normy zachowań. W Polsce przyjmuje się, że dziecko jest własnoœciš rodzica, w krajach Europy Zachodniej, że nad dobrem dziecka czuwa państwo. Wiele problemów wynika z różnic kulturowych, odmiennego sposobu wychowania. Zderza się z tym nowa polska emigracja – głównie młodzi ludzie, którzy majš dzieci lub rodzš się one już za granicš. Polskie Ministerstwo Sprawiedliwoœci chce wprowadzić do przepisów unijnych (tzw. Bruksela 2 bis) wymóg pozwalajšcy skierować małego emigranta do rodziny mu bliskiej, także kulturowo – w rodzinie z kraju jego pochodzenia, np. do krewnych. Polskę popierajš Węgry i Łotwa.

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL