Służba zdrowia

Medycy rozważają wielki protest

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Czarny piątek w służbie zdrowia ma pokazać rządowi, że biały personel nie akceptuje łamania postanowień porozumienia.

Czarne koszulki, a przynajmniej czarne opaski na fartuchy założą w piątek pracownicy medyczni z całej Polski w proteście przeciwko nieprzestrzeganiu przez rząd warunków lutowego porozumienia z ministrem zdrowia. – Czujemy się oszukani – mówi Tomasz Dybek, przewodniczący Porozumienia Zawodów Medycznych, które od ponad dwóch lat walczy o zmiany w ochronie zdrowia. I dodaje, że warunkiem zakończenia wielkiego protestu zawodów medycznych były obietnice zmian mających poprawić finansowanie polskiej służby zdrowia, a co za tym idzie – sytuacji polskich pacjentów. – Tymczasem zamiast dojścia w ciągu trzech lat do nakładów na ochronę zdrowia w wysokości 6,8 proc. PKB mamy zaledwie osiągnięcie 6 proc., i to w ciągu siedmiu lat, do 2025 r. Zamiast zapowiadanego przez Ministerstwo Zdrowia dialogu ze wszystkimi grupami zawodowymi jest kompletna cisza i ignorowanie naszego głosu. Pacjenci nadal są poniżani długim wyczekiwaniem na wizytę. Okazało się, że „dobra zmiana" to tak naprawdę „żadna zmiana" – argumentuje Tomasz Dybek.

Z naszych informacji wynika, że w piątkowej akcji weźmie udział kilkaset szpitali.

Wsparcie PZM deklaruje też wielu lekarzy. – Sama forma protestu, czyli założenie czarnej koszulki, jest na tyle niedokuczliwa, że wielu z nas się do niego przyłączy – mówi Damian Patecki, wiceprzewodniczący Porozumienia Rezydentów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy (OZZL). – Tym bardziej że bez przyspieszenia wzrostu nakładów na ochronę zdrowia ona padnie. Widzę to chociażby na przykładzie mojego oddziału anestezjologii i intensywnej terapii, z którego w ciągu ostatniego roku odeszła jedna czwarta lekarzy. Pozostali mają więc więcej pracy i muszą częściej dyżurować – dodaje Damian Patecki.

Czytaj także: Minister gra na czas, denerwując związki

PZM krytykuje też projekt nowelizacji ustawy o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia dla pracowników zawodów medycznych w placówkach publicznych. Podczas gdy lekarze wywalczyli na mocy lutowego porozumienia z ministrem zdrowia znaczne podwyżki dla rezydentów i specjalistów zatrudnionych w szpitalach publicznych, przedstawiciele pozostałych profesji medycznych wciąż mają w perspektywie głodowe pensje. Tomasz Dybek, który szefuje także Ogólnopolskiemu Związkowi Zawodowemu Pracowników Fizjoterapii (OZZPF), podkreśla, że fizjoterapeuta po studiach wciąż zarabia w szpitalu niewiele ponad 1500 zł netto.

Projekt ostro skrytykowały też samorząd i związek zawodowy pielęgniarek, które domagają się od ministra zdrowia włączenia podwyżki 4 x 400 zł brutto. A szefowa Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych (OZZPiP) Krystyna Ptok sprzeciwiła się sytuacji, w której pielęgniarka z tytułem magistra i specjalizacją zarabia mniej niż rezydent na pierwszym roku specjalizacji.

PZM ostrzega ministerstwo, że jeśli resort nie spełni jego postulatów, na jesieni może się liczyć z powtórką protestu sprzed kilku miesięcy. Z tym że już w ostrzejszej formie. Będzie to nieobecność w pracy z powodu dnia na żądanie, a także masowego oddawania krwi, co wiąże się także z nieobecnością w pracy. A to grozi paraliżem w służbie zdrowia.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL