Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Anna Polony: Teatrowi brakuje urody i delikatności

Fotorzepa, Greg Noo-Wak
Z mężczyznami aktorami jest pewien problem. Często odnosiłam wrażenie, że mieli przede mnš respekt i trochę się bali. Wyczuwałam jakiœ opór, może ambicjonalnie uważali, że nie dadzš się manipulować jakiejœ babie. Dziewczyny bardziej się otwierały, czuły we mnie bratniš duszę. Rozmowa z Annš Polony, aktorkš, reżyserkš, pedagogiem.

Rz: Zaskoczyła pani ostatnio wszystkich pesymistycznš opiniš, że w dzisiejszym œwiecie nie widzi dla siebie miejsca. Ogłosiła to pani w programie „Niedziela z Annš Polony" w TVP Kultura. Tymczasem bilety na pani spektakle rozchodzš się jak œwieże bułeczki, z sukcesem powróciła pani do roli pedagoga, więc tak kategoryczne stwierdzenie brzmi jak kokieteria.

To nie kokieteria. Mówiłam o pewnym wyalienowaniu, gdyż œwiat, który obserwuję wokoło, absolutnie mi się nie podoba. Właœciwie nie œwiat, ale to, co robiš z nim ludzie. Rzeczywistoœć, która jest niby bardzo kolorowa, a tak naprawdę – pełna jazgotu i wrzasku, brzydka i pusta. Mało tego, jest wulgarna i prostacka. Co więcej, sztuka nie stara się rozwijać i uszlachetniać społeczeństwa.

Aktorka Teatru Wybrzeże Halina Winiarska podziękowała przed laty za współpracę nowemu dyrektorowi, kiedy stwierdził, że chce robić teatr o tym, co oglšda się codziennie, np. w autobusie. „Bilet do teatru kosztuje dużo drożej niż do autobusu, więc widz może uznać, że niepotrzebnie przepłaca" – powiedziała na pożegnanie.

Œwięte słowa. Myœlę, że teraz jest nawet gorzej, bo œwiat kreowany na scenie jest dużo bardziej brutalny i zdeformowany niż ten, który obserwujemy na co dzień. Krzykliwy i bardziej bezwzględny niż oglšdany w autobusie. Bo w autobusie zdarzajš się też ludzie kulturalni, którzy ustšpiš miejsca. Nie dlatego, że wiedzš, kim jestem, ale dlatego, że widzš starszš paniš, której po przeżyciu iluœ lat należy się zwykły ludzki szacunek. Niestety, sš i tacy, którzy bijš tylko dlatego, że ktoœ na przykład mówi po niemiecku lub ma inny kolor skóry.

Czego więc najbardziej brakuje pani w dzisiejszym teatrze?

Urody, subtelnoœci, delikatnoœci i poezji, która jest przecież metaforš. Reżyserzy majš w nosie intencje autora, podpisujšc afisz jego imieniem, nazwiskiem i tytułem sztuki, wjeżdżajš w niš buldożerem i nie zostawiajš nic z pierwotnego zamysłu. Postacie w ramach eksperymentu zamienia się płciami i mamy na scenie zniewieœciałych mężczyzn i pozbawione kobiecoœci panie. Wszystko jest efekciarskie i ma zrobić wrażenie lub zbulwersować widza.

Ale zagrała też pani nauczycielkę w „Lekcji" Ionesco, choć w sztuce występuje postać nauczyciela.

Tak, tylko, że pomysł Eliny Lo Voi nie polegał na tym, że miałam grać mężczyznę. Sztukę Ionesco można odczytać jako historię miłoœci starzejšcego się impotenta, do młodej nieopierzonej dziewczyny. Reżyserka stworzyła zaœ wcišgajšcš opowieœć o dwóch kobietach. Niektórzy odebrali jš wręcz jako rodzaj psychodramy. Starzejšca się, wykształcona nauczycielka spotyka młodš dziewczynę, która okazuje się kompletnš idiotkš. Rodzi się w niej wœciekłoœć i agresja. Pokazaliœmy konflikt między młodoœciš a staroœciš, między wiedzš, wykształceniem, a ich kompletnym brakiem. Przedstawienie miało więc logikę, nie straciło nic ze swojej siły. I było zaproszone do Paryża, gdzie otrzymaliœmy œwietne recenzje.

I tu płynnie przechodzimy do relacji nauczyciel - uczeń. Oglšdajšc w Teatrze Telewizji „Dom kobiet" w reżyserii Wiesława Saniewskiego z paniš w roli nestorki pomyœlałem, że można by wystawić ten utwór z paniš i jej dawnymi studentkami.

Myœlę, że spokojnie.

Jednš z ról zagrałaby z pewnoœciš Magdalena Cielecka, z której jest pani dumna, ale podobno wasze relacje nie zawsze były łatwe.

Magda od pierwszego roku była niezwykle sprawna warsztatowo. Technicznie każde zadanie wykonywała pierwszorzędnie. Gorzej było z tym „docieraniem do trzewi". Andrzej Wajda mówił o krakowskich aktorach, że grajš tak, jakby ich życie bolało. A Magda miała z tym problem. Ponieważ zachwycała niezwykłš sprawnoœciš, pedagodzy chcieli jš puœcić z drugiego roku na czwarty. A ja się nie zgodziłam. Widziałam, że ma ogromny potencjał, ale musi się otworzyć, a ona cały czas buja. Fantastycznie, ale buja. A ja, psia koœć, lubię, jak ktoœ przeżywa życie. I rzeczywiœcie jš gnębiłam, ale dało to efekty.

Już na dyplomie...

Tak. W „Klštwie" poprosiła, by zagrać jako dublerka Młodej. Sama przeżywała wtedy wielkš miłoœć. Jak sobie wyobraziła – bo wyobraŸnię zawsze miała niebywałš – że musi opuœcić swego ukochanego i pożegnać się z tym œwiatem, to tak powiedziała ostatni monolog, że mnie i mojego asystenta zatkało. Długo chodziły nam po plecach dreszcze. Spojrzeliœmy na siebie, wzięliœmy głęboki wdech, bo zrozumieliœmy, że stało się coœ naprawdę wielkiego. A w mojej karierze pedagogicznej to jej otwarcie było z pewnoœciš jednym z najpiękniejszych momentów.

Było ich pewnie więcej, bo wychowała pani wybitnych aktorów i aktorki.

Kilka razy rzeczywiœcie zapierało mi dech. Choćby przez Beatę Rybotyckš. Kojarzy się jš przede wszystkim ze spektaklami muzycznymi i komediowymi, ale obdarzona jest wielkim talentem dramatycznym. Nie do końca wykorzystanym. Do dziœ pamiętam, kiedy jako studentka mówiła monolog nad umarłym Antoniuszem. Wzruszenie œciskało za gardło.

A Sonia Bohosiewicz?

O, tak! Absolutna torpeda. O niebywałym i też nie do końca uœwiadomionym przez reżyserów talencie komediowym. Pamiętam, jak w moich ukochanych scenach szekspirowskich grała zapłakanš Febe. Pękaliœmy ze œmiechu.

Sonia Bohosiewicz i Magda Cielecka mówiš o pani z uznaniem, ale uważajš, że i tak więcej uwagi zawsze poœwięca pani studentom.

Z mężczyznami aktorami zawsze jest pewien problem. Często miałam wrażenie, że zważywszy na mój dorobek, czuli przede mnš respekt i trochę się mnie bali. Wyczuwałam jakiœ opór, być może ambicjonalnie uważali, że nie dadzš się manipulować jakiejœ babie. Dziewczyny zaœ bardziej się otwierały, bo czuły we mnie bratniš duszę. Łatwiej mi więc z nimi szło. Z chłopakami miałam więc trudniejszš przeprawę, ale często dochodziliœmy do niezłych rezultatów. Jak choćby z Krzysztofem Globiszem czy Janem Fryczem.

Jakub Przebindowski mówił mi, że w stosunku do studentów jest pani jak włoska matka. Kochajšca i opiekuńcza, ale z temperamentem. Do legendy krakowskiej szkoły teatralnej przeszło, gdy podczas dyplomu wykrzyknęła pani do jednego ze studentów „No, umrzyj wreszcie!".

Grał Nika w „Marii Stuart" i tak celebrował scenę œmierci, że miałam wrażenie, że nigdy nie dotrze do końca. I rzeczywiœcie krzyknęłam „Umrzyj już wreszcie". Ja po prostu jestem z natury niecierpliwa i nie mogę doczekać się finalnego efektu.

A jak ocenia pani dzisiejszych swoich studentów?

Przyznam, że patrzę na nich z optymizmem. Ostatnio dałam im bardzo trudne zadanie zwišzane z „Panem Tadeuszem" i wykazali się wielkš wyobraŸniš i talentem. Aż sama się dziwiłam.

O dzisiejszych studentach mówi pani z większš nadziejš niż o dzisiejszych reżyserach. Ale przecież wielki Konrad Swinarski, który miał z paniš szczególnš nić porozumienia, kiedy zaczynał, też budził wiele kontrowersji.

Z tš jednak różnicš, że to, co robił, miało głęboki sens myœlowy i artystyczny. Pewnš logikę i konsekwencję. Konrad był człowiekiem oczytanym, sporo podróżował po œwiecie, poznawał różne kultury. To pomagało mu w przenikliwym odczytywaniu ludzkich problemów i ludzkich charakterów. A teraz chodzšc do teatru coraz częœciej widzę, że na scenie nie pokazuje się ludzi w całej ich złożonoœci, tylko jakieœ bezwolne pacynki.

Swinarski chętnie obsadzał paniš w rolach heroin, postaci dramatycznych, w których doskonale się pani sprawdzała. Postać Dulskiej musiała być więc chyba sporym zaskoczeniem?

Jeszcze jakim. Kiedy Andrzej Wajda złożył mi tę propozycję, kategorycznie odmówiłam. Po pierwsze, uznałam, że jestem za młoda na zagranie tego „babona". Wajda jednak nie tylko bardzo namawiał, ale też zaproponował asystenturę, a potem współreżyserię. To mnie skusiło, bo byłam na II roku reżyserii. Potem jakoœ się wcišgnęłam i nawet koledzy aktorzy słuchali moich uwag. W czasie realizacji spektaklu „Z biegiem lat, z biegiem dni...", gdzie grałam wspomnianš Dulskš, poczułam też, że najwyższy czas zmienić swoje aktorskie emploi. By z dramatów i rzeczy lirycznych przejœć w te bardziej charakterystyczne.

Na decyzję o studiach reżyserskich wpłynęła œmierć Konrada Swinarskiego?

Tak. Tę œmierć bardzo ciężko przeżyłam Długo nie mogłam dojœć do siebie. Byłam też przekonana, że skoro tak mocno jestem przypisana do teatru Swinarskiego, to po jego œmierci żaden reżyser nie będzie chciał ze mnš pracować. Uznałam więc, że reżyseria będzie dla mnie jedynš szansš pozostania w teatrze.

Grała pani u Swinarskiego Wajdy, Jarockiego, Grzegorzewskiego, a tylko raz u Lupy. Nie znalazła pani z nim porozumienia?

To nie tak. Zawsze bardzo go ceniłam. I myœlę, że on mnie również. Zagrałam raz i to z powodzeniem. To była Erna w „Lunatykach" Potem pojawiła się kolejna propozycja, ale o tym, że nie doszła do skutku, zdecydowały względy pozaartystyczne. Podczas dyrekcji Krystyny Meissner zespół podzielił się na jej zwolenników i przeciwników, kiedy wyrzuciła...

...telewizor z teatralnego bufetu. Sprawa była głoœna.

E, bzdury, o to byœmy się nie spierali. Chodziło o zwolnienie 11 osób z zespołu, a myœmy byli jak rodzina. Reżyserzy poparli Krystynę Meissner, a większoœć aktorów ujęła się za zwolnionymi kolegami. Potem dostałam od Krystiana Lupy rolę w „Mistrzu i Małgorzacie" ale ponieważ wczeœniej obiecałam Jerzemu Stuhrowi zagranie Ciotki Róży w „Wielebnych" Mrożka, a premiery przygotowywane były równolegle, nie wypadało się wycofać.

Przykład Krystyny Meissner dobrze pokazuje, że kierowanie Starym Teatrem przypomina pracę kaskadera. Krystynę Meissner, która miała ugruntowanš pozycję w teatrze, na dyrektora Starego zaproponowali reżyserzy. W krótkim czasie jednak musiała złożyć rezygnację, bo czuła zdecydowany opór zespołu. Andrzej Seweryn, który ponoć przymierzał się do objęcia dyrekcji, też ostatecznie się wycofał.

Rzeczywiœcie prowadził z nami rozmowy, ale zorientował się, że to jest, a przynajmniej do niedawna był, zespół pełen indywidualnoœci i trudno mu będzie go zintegrować.

Jan Klata też wzbudzał kontrowersje częœci aktorów m.in. pani i Jerzego Treli. Ostatecznie odeszliœcie z zespołu.

Oboje byliœmy już na emeryturze i mieliœmy wczeœniej podpisane umowy na granie dwóch spektakli „Król umiera, czyli ceremonie" Ionesco oraz „Chłopców" Grochowiaka. Wprawdzie gdzieœ intuicyjnie czułam, że nowy dyrektor chce się nas pozbyć, ale nie z tego powodu postanowiliœmy odejœć. Czarę goryczy przelały próby do „Nie-Boskiej komedii" Krasińskiego przygotowane przez osławionego dziœ „Klštwš" Olivera Frljicia. Sięgajšc po Krasińskiego, postanowił bowiem zrobić spektakl o tym, że Swinarski był antysemitš, a młodzi aktorzy mieli w nim oskarżać starszych, że grali w takim spektaklu. Więc przyzna pan, że to jakieœ kuriozum.

Ale Klata też się z tego projektu wycofał.

Myœlę, że nie miał wyjœcia, bo wielu aktorów oddało role. Zwłaszcza ci starsi odmówili udziału w próbach. Wszyscy oni, tak jak Jerzy i ja, uznali, że spektakl będzie jakšœ niespotykanš błazenadš, a podstawowym jego celem jest zdyskredytowanie legendy Swinarskiego, który zresztš o budowaniu własnej legendy nigdy nie myœlał. Ponieważ i Jurek, i ja byliœmy bardzo zwišzani z Konradem, czuliœmy się przez niego ukształtowani artystycznie, uznaliœmy ten spektakl wręcz za prowokację. I dlatego z bólem postanowiliœmy pożegnać się ze Starym. Rzeczywiœcie coœ w tym jest, że bycie dyrektorem Starego Teatru od pewnego czasu jest sporym ryzykiem. Przynajmniej na starcie. Bo niech pan zauważy, że kiedy skończyła się kadencja Jana Klaty i powołano Marka Mikosa, zespół, w którym byli także przeciwnicy Klaty, skupił się wokół niego.

A był jakiœ dyrektor, który nie wzbudzał kontrowersji?

Stanisław Radwan... bo myœmy go sami wybrali.

A czy pani zdaniem, jest dziœ ktoœ, kto by potrafił zaskarbić sobie podobne uznanie i sympatię zespołu?

Czy ja wiem... Teoretycznie myœlę, że pewnie kimœ takim mógłby być choćby Grzegorz Jarzyna, który nas dobrze zna i do którego mamy zaufanie.

Grzegorz Jarzyna zasłynšł w Starym m.in. głoœnš „Iwonš księżniczkš Burgunda" z Magdš Cieleckš w roli tytułowej i paniš jako Królowš Małgorzatš. 15 stycznia w poniedziałkowym Teatrze Telewizji pani wielki powrót do Gombrowicza, czyli „Biesiada u hrabiny Kotłubaj". Jak odbiera pani tytułowš bohaterkę?

Postać hrabiny jest z pewnoœciš wielowymiarowa, bo u Gombrowicza postacie zwykle sš niejednoznaczne. Ma zakodowanš w sobie elegancję i szlachetnoœć, ale, jak sama przyznaje, „myœlšc o innych, trzeba też pamiętać o sobie". Za jej elegancjš, szlachetnoœciš i niewinnoœciš kryje się potwór. Wszystko wychodzi na jaw, gdy wraz z goœćmi granymi przez Barbarę Krafftównę i Bohdana Łazukę, zaprasza na swojš biesiadę niewinnego Gombrowicza granego przez Piotra Adamczyka. Ma też bardzo tajemnicze relacje z kucharzem Filipem granym przez Grzegorza Małeckiego. Jego bohater z pewnoœciš znajdzie dla siebie miejsce w każdych realiach i każdej epoce. A dla pana, jako autora scenariusza o czym jest ta opowieœć?

Dla mnie spektakl Roberta Glińskiego jest doœć gorzkš opowieœciš o tym, jak człowiek z latami pozbywa się złudzeń, wchodzi w życie jako idealista, a potem trafia na cyników, których niegdyœ brał za swoich idoli. Oni wyœmiewajš go i czołgajš z luboœciš, uœwiadamiajšc, że te wyznawane przez nich ideały i głoszone wartoœci sš tylko pustym frazesem.

Powiedzmy więc otwarcie, że jest to danie ekskluzywne dla inteligentnej publicznoœci z poczuciem humoru i wyobraŸniš. Deser być może elitarny, ale dla tych, którzy poszukujš w telewizji czegoœ więcej niż, z jednej strony taniej rozrywki, a z drugiej – martyrologii.

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL