Edukacja

Sławomir Broniarz: Szkoła ostro skręciła w prawo

Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski
Za niepowodzenie reformy odpowiedzą samorządy – podkreśla prezes ZNP Sławomir Broniarz.

"Rzeczpospolita": Dlaczego z przeciwnika gimnazjów stał się pan ich zwolennikiem?

Sławomir Broniarz, prezes ZNP: Związek Nauczycielstwa Polskiego tak wówczas, jak i teraz, był przeciwnikiem zmian strukturalnych szkolnictwa. Uznawaliśmy, że ważniejsza jest nowoczesna podstawa programowa oraz zmiany w kształceniu i doskonaleniu nauczycieli. I tym poglądom pozostajemy wierni także dziś.

Był pan przeciwny gimnazjom, dziś jest liderem strajków w ich obronie.

Przeciwnikami reformy strukturalnej była zdecydowana większość samorządów, które dopiero co, w 1996 r., przejęły szkoły jako organy prowadzące, pamiętajmy bowiem, że proces przekształcania szkół miał kosztować, i kosztował, setki milionów złotych. Symbolem tamtych czasów były tzw. gimbusy, którymi często były przyczepy ciągnięte przez traktor. Pierwsze lata wdrażania gimnazjów ujawniły także ogromny chaos, który temu towarzyszył i dla wielu uczniów i nauczycieli był to eksperyment przeprowadzany na żywym organizmie. W ciągu kolejnych lat, dzięki wysiłkowi nauczycieli, gimnazja przyniosły dużą wartość dodaną i mają sukcesy w skali międzynarodowej, okazało się, że polscy nauczyciele należą do najlepszych w Europie, a gimnazja stały się trwałym elementem systemu oświaty. Mimo krytycznego stosunku na starcie czy uwag zgłaszanych wobec niedomagań systemu ZNP uznał reformę gimnazjalną za sukces edukacji.

ZNP myliło się wtedy, więc może myli się i dziś?

Zastanawia mnie, dlaczego nikt nie pyta o przyczynę zmiany stanowiska tych, którzy byli żarliwymi zwolennikami reformy ministra Handke, a dzisiaj są równie gorliwymi jej przeciwnikami. Dotyczy to Prawa i Sprawiedliwości, w tym także minister Anny Zalewskiej.

Część społeczeństwa do dziś nie rozumie dlaczego doszło do reformy. Dlaczego zlikwidowano gimnazja? 

To pytanie zadawaliśmy pani minister Annie Zalewskiej wielokrotnie. Padało ono także podczas wielu spotkań wszystkich, którzy na ten temat chcieli dyskutować, rodziców, nauczycieli, organizacji pozarządowych. Nigdy nie otrzymaliśmy na to pytanie jednoznacznej, wiążącej odpowiedzi. Różnego rodzaju wyjaśnienia pojawiały się w debacie, poruszano sprawy wychowawcze, organizacyjne, jakości edukacji, ale rozbierając te przyczyny na czynniki pierwsze, żadnemu z tych elementów nie możemy postawić zarzutu, który uprawniałby do dokonywania rewolucji w oświacie. Jeżeli chodzi o wyniki, to badania międzynarodowe lokują Polskę w grupie państw z najlepszymi rezultatami. Jeżeli zaś chodzi o problemy wychowawcze, to przecież te problemy związane są  z dziećmi, a nie z gimnazjami. Emocje, wiek dorastania, poziom ekspresji, przeniesie się do szkoły podstawowej, w której 14-latek zetknie się z dzieckiem 6-, 7-letnim. Zwracali na to uwagę rodzice, a MEN na te argumenty pozostawało głuche. Jedynie minister Kopeć miał stwierdzić podczas spotkania z rodzicami, że reforma ma wymiar polityczny i decyzja o jej przebiegu jest przesądzona. 

Dlaczego protesty ZNP i nauczycieli przeciwko reformie były tak nieliczne, a wcześniejsze protesty tak nieskuteczne?

To jest pytanie, które zadaje sobie wielu nauczycieli, członków Związku. Moim zdaniem, przez długi czas „reforma” Anny Zalewskiej postrzegana była jako sprawa nauczycieli. Zabrakło wśród rodziców refleksji, że to jest sprawa także ich dotycząca, bo przecież zmiany w sposób najbardziej istotny odczują uczniowie. Gdzieś zabrakło komunikacji, dobrej informacji, która poruszyłaby rodziców. Zmiana nastąpiła wraz z kampanią referendalną, która przyniosła bardzo dobry rezultat, bo w ciągu dwóch miesięcy zebraliśmy prawie milion podpisów, ale nadal w debacie publicznej nie potrafiliśmy dotrzeć do tych środowisk, które karmione propagandą TVP uważały gimnazja za siedlisko zła i patologii, mimo że fakty temu przeczyły.

Dlaczego, tak późno zabraliście się za zbieranie podpisów pod referendum edukacyjnym?

Nie mogę zgodzić się z opinią, że zbierania podpisów rozpoczęliśmy późno. Przecież istota reformy nie sprowadza się do likwidacji gimnazjów, lecz do daleko idącej przebudowy polskiego szkolnictwa, którą w najbardziej dobitny sposób ukazuje podstawa programowa do liceów i techników. W niej znajdujemy prawdziwą odpowiedź na pytanie po co była reforma. Rozpoczęcie zbierania podpisów w połowie 2016 roku trafiłoby na zarzut, że przecież nie ma żadnych projektów zmian w prawie oświatowym, że są jedynie plany ogólne pozbawione konkretów.  Projekt Zalewskiej trafił do Sejmu w końcówce listopada, liczyliśmy także na udział w debacie publicznej prezydenta Andrzeja Dudy. Jego podpis pod ustawą w styczniu 2017 roku uruchomił opór społeczeństwa, który w sposób najbardziej spektakularny wyraża liczba zebranych podpisów.

W kampanii wyborczej Andrzej Duda zapowiadał, że Polacy będą mogli wypowiadać się w referendach. Czy ZNP rozmawiało z PAD i jak oceniacie dzisiaj postawę Dudy?

Rozmowa z panem prezydentem odbyła się w styczniu 2017 roku, w trakcie pikiety organizowanej przed Pałacem Prezydenckim. Spotkanie miało niestety przypadkowy charakter, na zakończenie spotkania z panią minister Sadurską. Przebieg rozmowy uwidocznił całkowity brak zainteresowani Kancelarii Prezydenta toczącą się debatą edukacyjną. Szefowa Kancelarii Prezydenta w trakcie spotkania dowiedziała się, że ustawy przeszły przez Parlament i czekają na podpis prezydenta. W momencie, gdy przedstawiciele protestujących wychodzili z sali, gdzie odbywało się spotkanie, pojawił się prezydent Andrzej Duda. Kilkuminutowa rozmowa uwidoczniła odmienność opinii pana prezydenta w sprawie założeń reformy. Rodzi się tym samym pytanie, dlaczego pan prezydent nie stał się aktywnym uczestnikiem debaty publicznej, podczas której mógłby zaprezentować swój pomysł 3x4.

Po pierwszych dniach nowego roku minister Anna Zalewska twierdzi, że wszystko jest gotowe do rozpoczęcia roku szkolnego, sale wyremontowana, tablice z nazwą szkół zamienione, rodzice i dzieci są zadowolenie, a nauczyciele nie tylko nie zostaną zwolnieni, ale też dostana podwyżki, więc skąd protesty ZNP?

Optymizm minister Anny Zalewskiej nie znajduje pokrycia w otaczającej rzeczywistości, co wielokrotnie pokazały obiektywne media. Natomiast protesty nie dotyczą tylko środowiska ZNP. Rodzice zwracają uwagę na zmianę sieci szkół, brak podręczników i drugą zmianę, zaś nauczyciele negatywnie reagują na kłamliwe wypowiedzi dotyczące braku zwolnień. 

Minister Zalewska zapowiada gotowość do rozmów ze Związkiem Nauczycielstwa Polskiego, ale też przyznaje, że nie zna waszych postulatów. ZNP chce spotkania z panią minister?

Twierdzenie, że minister Anna Zalewska nie zna postulatów ZNP zakrawa na śmieszność. Od pierwszego spotkania w stycznia 2016 roku znane są oczekiwania ZNP dotyczące rynku pracy nauczycieli, kształcenia i doskonalenia zawodowego oraz potrzeby wzrostu wynagrodzeń. Poza tym wielokrotnie prezentowaliśmy nasze stanowisko podczas prac Zespołu ds. statusu zawodowego pracowników oświaty, a przecież ten Zespół został powołany przez minister Annę Zalewską w październiku 2016 roku i miał być miejscem ścierania się opinii i poglądów dotyczących sytuacji nauczycieli. My w nim bierzemy bardzo aktywny udział, a pani Anna Zalewska?

Czy ZNP da minister Zalewskiej rok- dwa spokoju, żeby sprawdzić jak reforma się sprawdza?

Reforma rozpoczęła się 4 września i będzie toczyła się przez pełen cykl dydaktyczny, tj. 12 lat, aż zamkniemy koło, tzn. wszyscy uczniowie zostaną objęci jej założeniami. Trudno więc mówić o roku czy dwóch spokoju, bo mogłoby oznaczać, że jeżeli to będą dwa lata niepowodzeń, to znaczy że istnieje możliwość powrotu do starego systemu, z gimnazjami. Moim zdaniem, wywyła to jeszcze większy chaos, tym bardziej że wolą Zalewskiej reforma nie rozpoczęła się od pierwszej klasy szkoły podstawowej, lecz od środkowego etapu edukacji. Jedyne co pozostaje nam dzisiaj zrobić, to działać na rzecz ograniczenia negatywnych skutków, tak organizacyjnych, jak i programowych. 

Jak reforma edukacji wpłynie na poziom nauczania dzieci i jak zmieni się zatrudnienie etatowe nauczycieli? 

Faktycznie reforma będzie odbywała się w czterech ścianach klasy. I to w ogromnej mierze od nauczyciela będzie zależał poziom przygotowania uczniów. Jakie będą tego rezultaty pokażą kolejne badania i sprawdziany międzynarodowe, jeżeli będziemy oczywiście w nich uczestniczyć, bo MEN dosyć sceptycznie wyrażał się na temat tych międzynarodowych porównań. Swoistym komentarzem niech będzie fakt zmiany zasad egzaminowania po 8 klasie. MEN ograniczyło zakres egzaminu tłumacząc to brakiem gwarancji realizacji pełnej podstawy programowej przez uczniów klasy 7 i 8. Natomiast zatrudnienie etatowe nauczycieli uległo rewolucyjnym zmianom. Likwidacja tysięcy szkół, zmiana w siatce godzin nauczanych przedmiotów doprowadziło do ogromnego zawirowania w grupie nauczycieli.

Przekształcenia generują dodatkowe miejsca pracy, mówi minister Zalewska zapewniając, że nauczyciele nie stracą pracy i pan mówiąc, że stracą wprowadza w błąd społeczeństwo.

Minister Anna Zalewska prezentuje urzędowy optymizm, próbując zachować twarz. Wystarczy zapytać pierwszego lepszego dyrektora szkoły, by otrzymać odpowiedź, jak jest naprawdę, ilu nauczycieli traci pracę, ilu staje się nauczycielami „wędrownymi” i zderzyć to z wypowiedziami Anny Zalewskiej. Pojawiające się tysiące etatów to wirtualna rzeczywistość i celowe wprowadzanie w błąd opinii publicznej. Jest dużo godzin do obsadzenia, tyle tylko, że nauczycielowi proponuje się 2, 4 godziny w jednej szkole, pozostałych szukać musi gdzie indziej. Dotyczy to nawet takich przedmiotów jak język polski i angielski.

Minister twierdzi, że jest 8 tys. ofert pracy dla nauczycieli. Czy to są etaty i czy to nie jest tak, że są to 2 czy 4 godziny lekcyjne, z czego nauczyciel nie ma szans się utrzymać?

Jeżeli byłoby 8 tysięcy ofert pracy, to by oznaczało, że mamy do zagospodarowania ponad 140 tysięcy godzin. Tyle tylko, że pani minister Anna Zalewska myli w sposób celowy i świadomy ofertę pracy w pełnym wymiarze z ofertą w wymiarze 2 -  4 godzin. Bo w każdej szkole mamy do obsadzenia kilka godzin, ale z różnych przedmiotów. Wyklucza to zatrudnienie jednego nauczyciela, natomiast zmusza do poszukiwania chętnych na owe dwie godziny, a tym samym musimy sobie zadać pytanie o efekty ich pracy. Tej reelekcji zabrakło Annie Zalewskiej, a jeżeli już jest dopytywana, to całą winę przerzuca na samorządy, w czym wtóruje jej nauczycielska „S”. Musimy także pamiętać, że praca na pół etatu powoduje także otrzymanie połowy wynagrodzenia, a bardzo często dotyczy to młodych ludzi, którzy nie mają możliwości dorobienia w innej szkole czy innym zakładzie pracy.

Ilu nauczycieli straci pracę po reformie edukacji? Ilu z tych nauczycieli stracą pracę z powodu zmiany organizacji pracy i niżu demograficznego, a ilu z powodu reformy?

W wyniku reformy nauczyciele tracą pracę, tracą źródło utrzymania, tracą stabilizację zawodową i ekonomiczną, a przecież miało być tak pięknie. Reformy miały nie zauważyć dzieci, rodzice, reforma miała być bezkosztowa. Okazuje się, że największe koszty poniosą ci, którzy są podstawą naszego systemu, czyli nauczyciele i pracownicy niebędący nauczycielami. Zasłanianie się niżem, jako jedyną przyczyną zwolnień, jest po pierwsze tezą fałszywą, a po drugie, właśnie od ministra edukacji należy oczekiwać rozwiązań systemowych, łagodzących negatywne zjawiska demograficzne. Przecież zwiększenie nakładów na edukację dałoby szansę samorządom na podjęcie działań polegających na zmniejszeniu liczebności klas lub zwiększaniu liczby pedagogów psychologów, logopedów w szkołach. Takich działań nie ma. Subwencja na rok 2018 jest większa o 0,1 procent, co oznacza, że cały ciężar zmiany i transformacji poniosą samorządy. Pełną informację dotyczącą zwolnionych nauczycieli otrzymamy ok. 20 września, wówczas szkoły przedstawią aneksy do arkuszy organizacyjnych. Nie spodziewamy się większych korekt w stosunku do danych z czerwca br., kiedy to bezrobotnych było prawie 10 tysięcy nauczycieli. Niż demograficzny w polityce kadrowej samorządy „zrealizowały” dużo wcześniej.

Co znaczy reformy dotychczasowych klas szóstych? Czy będą to zmarnowane dwa lata w szkole?

Ubiegłoroczne klasy szóste są przedmiotem eksperymentu i istnieje poważna obawa, że mimo ogromnego wysiłku ze strony nauczycieli rezultaty mogą być dalekie od oczekiwań. Obawiamy się jednak, że uwaga rodziców skupi się przede wszystkim na nauczycielach, a nie na autorce reformy. 

Reforma będzie bezkosztowa, czy samorządy zostaną narażone na szwank i w razie problemów zostaną oskarżone o niepowodzenie?

Reforma miała być bezkosztowa, a od samego początku widać było, że jest próba przerzucenia jej skutków na samorządy. Uwidoczniło się to także w zmianie retoryki minister Anny Zalewskiej z wątku „bezkosztowego” przerzuciła się na „zamożność samorządów”, podkreślając, że samorządy są bogate, zasobne, że mają siedmiomiliardową rezerwę w budżecie. Tym samym Anna Zalewska przerzuca nie tylko koszt, ale i odpowiedzialność za realizacje reformy na samorządy. Wszelkie niepowodzenia będą obciążały obecne władze samorządowe, co należy dostrzegać w kontekście wyborów samorządowych w roku 2018. To uzasadnia także pośpiech we wdrażaniu reformy.

Ma ruszyć program 500 + dla nauczycieli. Dlaczego program będzie obejmował tylko nauczycieli dyplomowanych, a nie wszystkich i co on oznacza?

Program „500+” to rodzaj kiełbasy wyborczej, to jest łowienie ryb przed siecią. Rząd chce pokazać gotowość finansowego wsparcia najlepszych nauczycieli, tyle tylko, że jest to program, który będzie wdrażany za 5 lat, a sama definicja „najlepszego nauczycieli” może budzić wątpliwości. Obiecywanie pieniędzy z wyprzedzeniem 5 lat ma także posmak pewnej nieodpowiedzialności, trudno bowiem z pełnym przekonaniem stwierdzić, że budżet państwa w roku 2022 będzie w stanie znieść nakładane na niego ciężary. Stąd pewna asekuracja, że dotyczyć to będzie tylko dyplomowanych i to z najwyższą oceną, a przecież mamy tysiące nauczycieli, bardzo dobrze pracujących, z wielkimi efektami, którzy nie są zainteresowani „papierologią” towarzyszącą awansowi zawodowemu. Jednocześnie jest to także ukryty sygnał „głosujcie na PiS, bo jak wygra Platforma, to wam tego nie da”. Zdaniem ZNP, 500+ jako dodatek powinien być wdrożony od 1 stycznia 2018 roku dla wszystkich nauczycieli.

Dlaczego „S” chce likwidacji Karty Nauczyciela i co oznaczałaby jej likwidacja?

Nie mam zwyczaju komentowania poczynań innych związków zawodowych. „Solidarność” pogubiła się w swoich działaniach, jako że najpierw zwalczała Kluzik-Rostkowską, która chciała ograniczyć Kartę Nauczyciela jako zbędny „grzyb na ścianie”, a teraz murem stoi za Anną Zalewską, która robi dokładnie to samo. Likwidacja Karty to destabilizacja zawodowa dla tysięcy nauczycieli, to także działanie wymierzone w ucznia, który nie będzie miał dostępu do najlepszych pedagogów, a stanie uczestnikiem gry rynkowej, w której „gorszy pieniądz”, czyli tańszy nauczyciel będzie wypierał z rynku tych najlepszych.

Czy obecna zmiana programowa prowadzi do upolitycznienia szkoły?

Treść podstawy programowej wyraźnie wskazuje na to, że następuje odejście od szkoły autonomicznej, szkoły autorskiej, szkoły wolnej od lewicowych czy prawicowych tendencji na rzecz ostrego skrętu w prawo. Edukacja powinna być dobra. I to jest jedyny wyróżnik, który szkole powinien towarzyszyć, wszelkie przenoszenia akcentów w lewo czy w prawo zmierzają w prostej linii do ideologizacji. Wystarczy przeczytać wstęp do podstawy programowej, cele edukacyjne i wychowawcze, przyjrzeć się propozycjom programowym języka polskiego, historii, przygotowania do życia w rodzinie, a nawet biologii, żeby zauważyć silne akcenty polityczne będące odzwierciedleniem programu i polityki historycznej Prawa i Sprawiedliwości.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL