Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Budżet i Podatki

Połowa samozatrudnionych na podatku liniowym może stracić na reformie podatkowej

Bloomberg
Nawet połowa samozatrudnionych płacących 19-proc. PIT może stracić na rządowych planach. Danina przeciętnej firmy może być dwa razy wyższa niż dziś.

W zespole pracującym nad reformą podatkową, która ma połączyć PIT ze składkami na ZUS i NFZ, ścierają się dwa poglądy. Część członków uważa, że nie należy zwiększać obciążeń dla małych firm, bo to dla nich ciężar nie do udźwignięcia. Są jednak głosy, że dochody z samozatrudnienia trzeba tak opodatkować, jak pracowników – wynika z informacji „Rzeczpospolitej". Na razie przeważa ten drugi nurt.

– Działalność gospodarcza będzie opodatkowana na podobnych zasadach jak osoby pracujące, ale na warunkach preferencyjnych – mówi „Rzeczpospolitej" Henryk Kowalczyk, minister koordynujący prace nad jednolitą daniną. – Preferencyjne warunki to niższa stawka, ale nie jest jeszcze rozstrzygnięte jaka.

Pojawił się pomysł, by maksymalna stawka jednolitego podatku nie przekraczała 35 proc. – Chodzi o to, by opodatkowanie PIT-owców nie było wyższe niż opodatkowanie CIT-owców i by nie prowokować migracji z jednej formy na drugą – mówi „Rzeczpospolitej" nieoficjalnie jeden z członków zespołu. Dziś podatek CIT dla małych firm to 15 proc., a podatek od dywidend dla właścicieli – 19 proc.

500 zł na wejściu

Maksymalna stawka do 35 proc. jest korzystniejszą propozycją niż ok. 40-proc., jaka ma zostać wprowadzona dla pracujących. Jednak wciąż to dużo więcej niż to, co dziś płacą zamożniejsze firmy.

Nowa danina ma łączyć podatek i składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne. Minister Kowalczyk mówi nam, że część ZUS-owska wynosiłaby 27,52 proc. dochodu, przy czym na wejściu tym dochodem była płaca minimalna. Minimalna składka na ZUS wynosiłaby więc ok. 500 zł wobec ok. 1120 zł standardowej składki obecnie.

– Jeżeli chodzi o przedsiębiorczość, samozatrudnionych i płacących PIT, istotą reformy jest to, żeby zmniejszyć ich obciążenia – przekonywał w TVN 24 Paweł Wojciechowski, główny ekonomista ZUS i szef zespołu pracującego nad jednolitą daniną. Mówił, że mali przedsiębiorcy, dziś ponoszący nadmierne obciążenia, powinni mieć preferencje, bonus za prowadzenie działalności gospodarczej.

Jednak spora część firm siłą rzeczy będzie stratna. Kto straci, a kto wyjdzie dobrze na zmianie? – Tego wciąż dokładnie nie wiemy, bo nie znamy wszystkich parametrów systemu – mówi Mirosław Gronicki, były minister finansów. Nie wiemy, jakie będę stawki jednolitego podatku, zarówno maksymalne, minimalne, jak i pośrednie. Nie znamy też progów podatkowych ani podstawy wyliczania składek na ZUS i części podatkowej. – Wiemy, że system ma być neutralny na budżetu, a to oznacza, że koszty obniżenia podatków dla osób o najniższych dochodach mają ponieść osoby o dochodach najwyższych, ale nie wiemy, jak wielkie będą to przesunięcia – podkreśla Gronicki.

Jako granicę dochodów, po przekroczeniu której firmy mogą tracić, można jednak uznać 8–10 tys. zł miesięcznie. Jak przekonywał Wojciechowski, jednolity podatek ma nie uderzyć w klasę średnią, a ona kończy się jego zdaniem na poziomie 2,5-krotności przeciętnego wynagrodzenia (czyli ok. 10 tys. zł). Z kolei minister Kowalczyk uważa, że zmiany przyniosą korzyści (lub będą neutralne) dla podatników w pierwszym progu podatkowym. Ci w drugim zapewne dopłacą.

Dodatkowe 17 mld zł od liniowców

Jak wynika z danych Ministerstwa Finansów, nawet połowa z ok. 470 tys. firm rozliczających się według 19-proc. PIT osiąga dochody ponad 85 tys. zł rocznie. W tej grupie 235 tys. firm powinno więc liczyć się z tym, że ich obciążenia znacząco wzrosną. Przeciętny liniowiec ma dochód (przed ozusowaniem i opodatkowaniem) na poziomie 205 tys. zł rocznie, czyli 17 tys. miesięcznie. Jego miesięczna składka na ZUS i NFZ to ok. 1120 zł, a podatek (po odliczeniach składek) – 2750 zł. Razem jego obciążenia wynoszą prawie 3,9 tys. zł, czyli 22,6 proc. dochodu.

W nowym systemie jego łączne obciążenia zależą od stawki jednolitego podatku. Gdyby wyniosła 35 proc., jego łączna danina sięgałaby już 5,9 tys. zł (+54 proc.). Gdyby stawka miała wynosić 40 proc., danina byłaby o prawie 80 proc. wyższa.

Podobne kalkulacja można przedstawić dla firmy o dochodach 10 tys. zł na miesiąc. Odprowadza ona daniny w wysokości ok. 2,5 tys. zł, czyli 25 proc. W systemie jednolitego podatku ze stawką 35 proc. danina wzrosłaby do 3,5 tys. zł, a przy 40 proc. – do 4 tys. zł.

Liniowcy to hipotetycznie grupa, z której rząd może ściągnąć najwięcej podatków. Łączny dochód tych firm wyniósł w 2014 r. aż 97 mld zł, a zapłacony podatek 16,7 mld zł, co stanowi średnio 17 proc. dochodu. Gdyby średnia stawka podatkowa wyniosła 35 proc., mogliby zapłacić nawet dwa razy wyższą daninę: 34 mld zł (w sumie podatek i składki na ubezpieczenia społeczne), czyli 17 mld zł więcej. Gdyby średnia stawka wynosiła 30 proc., oddaliby państwu 12 mld zł więcej, a przy stawce 25 proc. – o 7 mld zł więcej niż dziś.

Co z kartą

Kolejna bardzo duża grupa firm (1,3 mln) rozlicza się z fiskusem według skali podatkowej 18 i 32 proc. Wśród nich 100 tys. może być stratnych, bo tyle osiąga dochody ponad 85 tys. zł rocznie. Część mikrofirm (ok. 500 tys.) rozlicza się z fiskusem według karty podatkowej lub ryczałtem. Na razie jednak minister Kowalczyk w ogóle nie wspomina, co się stanie z takimi uproszczonymi formami rozliczeń.

Powiedzieli dla „Rz"

Mirosław Gronicki, były minister finansów

Ogólna idea jednolitego podatku, w którym wszystkie dochody z pracy są obłożone taką samą, rosnącą daniną, w świecie idealnym byłaby nawet prosta do wprowadzenia. Ale w warunkach polskich trzeba pomyśleć o konsekwencjach zarówno na poziomie mikro-, jak i makroekonomicznym.

Czy rząd zadał już sobie np. pytanie, jak ma wyglądać opodatkowanie dochodów emerytów, którzy nie płacą dziś składek na ZUS i dla nich jednolity podatek byłby zabójczy? Na poziomie makro z kolei efekty myślenia, że państwo powinno „doić" tych bogatszy w imię dopieszczenia biedniejszych, może przynieść opłakane skutki. Jeśli firmy będą musiały odprowadzać do wspólnego budżetu większą daninę niż obecnie, skurczy się poziom ich oszczędności, a tym samym oszczędności krajowych. A to stoi w sprzeczności z rządowym programem budowy kapitału krajowego. Niech rząd się zdecyduje, co jest celem.

Bohdan Wyżnikiewicz, wiceprezes Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową

Podwyższenie opodatkowania dla firm jest niewątpliwie niespodziewaną i niekorzystną zmianą reguł gry. Niekorzystną, bo zyskowność czy rentowność małych firm jest bardzo niska. Dopiero kilka lat temu dochody osób prowadzących działalność na własny rachunek przekroczyły, ale w niewielkim stopniu, dochody pracujących na stanowiskach nierobotniczych, czyli tzw. białych kołnierzyków. Wcześniej białe kołnierzyki zarabiały znacznie więcej. A to znaczy, że wprowadzenie podatku liniowego dla mniejszych przedsiębiorstw przez SLD w 2004 r. spowodowało rozwój przedsiębiorczości. Teraz podwyższenie podatku, praktycznie znienacka, spowoduje, że część ludzi zamknie biznesy, część przejdzie do szarej strefy, a część będzie musiała borykać się ze znaczącym spadkiem zysku. Nie ma wątpliwości, że nastąpi regres przedsiębiorczości, co jest sprzeczne w tzw. planem Morawieckiego.

Zdzisław Modzelewski, doradca podatkowy, partner praktyki podatkowej GWW

Rozumiem intencję łączenia i uproszczenia różnych danin. Jednak tak duża reforma wprowadzana w krótkim czasie nie może przynieść dobrych efektów. Z zapowiedzi wynika, że na zmianach skorzystają być może osoby najuboższe, a na pewno stracą wszystkie inne. Pozostaje to w opozycji do zapowiedzi rządu dotyczących rozwijania przedsiębiorczości. Co więcej, będzie to rewolucja nie tylko dla samych podatników i pracodawców, ale również aparatu skarbowego. Powstaje pytanie, ile będzie kosztować i ile czasu zajmie dostosowanie systemów administracji podatkowej, ZUS i NFZ. Lepiej wprowadzić jednolitą daninę dla samych pracowników i ujednolicić zasady rozliczania działalności gospodarczej, zarówno tej prowadzonej przez osoby fizyczne, jak i spółki, co teraz regulują różne ustawy.

Agnieszka Durlik, Krajowa Izba Gospodarcza

Zapowiadane połączenie PIT oraz składek ZUS i NFZ to rewolucja. Lepszym rozwiązaniem byłoby poprawienie obecnego systemu podatkowego. Rząd zapowiada, że efektem zmian będzie uproszczenie systemu. Trudno jednak będzie to osiągnąć, skoro planowane jest wprowadzenie kilku progów podatkowych, co zawsze oznacza dodatkowe komplikacje, a nie ułatwienia. Obawiam się też, że dzięki wprowadzeniu nowych progów i stawek dojdzie do podwyżki danin. W przypadku przedsiębiorców może to oznaczać dalszy spadek wydatków inwestycyjnych. Nie wiadomo również, jaki będzie efekt zintegrowania podatku PIT oraz składek ZUS i NFZ. Powstaje pytanie, czy będzie to mieć wpływ na wysokość przyszłych emerytur i czy podatnicy będą mogli zdecydować, jaką składkę na emeryturę chcą płacić.

Anna Misiak, szef zespołu ds. podatków osobistych w MDDP

Uproszczenie systemu podatkowego to dobry pomysł, ale w przypadku połączenia PIT, ZUS i NFZ nie znamy odpowiedzi na pytanie: jaki cel zmian postawili sobie autorzy projektu. Wiemy tylko, że administrowaniem płatnościami zajmie się jedna instytucja, co będzie uproszczeniem systemu. Jeśli zmiana ma być obojętna dla budżetu, to zmniejszenie obciążeń dla jednej grupy podatników zwiększy je dla innej. Czy w związku z tym przeprowadzono ocenę skutków regulacji? Czy prowadzący działalność gospodarczą będą zainteresowani związanym z nią ryzykiem większym niż praca na etacie, skoro znacząco mają wzrosnąć ich obciążenia? Jest też pytanie o dystrybucję pieniędzy: jaka część wpłaconych danin trafi do ZUS i jak wysokie będą świadczenia, np. zasiłek chorobowy, macierzyński?

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL