Na swoich stronach spółka Gremi Business Communication Sp. z o.o. wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

REKLAMA
|
  • Warszawa
  • Białystok
  • Bydgoszcz
  • Gdańsk
  • Kalisz
  • Katowice
  • Kielce
  • Kraków
  • Lublin
  • Łódź
  • Olsztyn
  • Opole
  • Poznań
  • Rzeszów
  • Szczecin
  • Toruń
  • Wrocław
  • Zielona Góra
Tutaj jesteś: rp.pl » Wiadomości » Plus Minus

Plus Minus

Cyklop w fularze

Wojciech Stanisławski 05-04-2013, ostatnia aktualizacja 05-04-2013 19:00
Wojciech Stanisławski
Wojciech Stanisławski
źródło: Fotorzepa
autor: Ryszard Waniek

Nikołaj Ostrowski był tak w każdym calu zgodny z wzorcami stalinowskiego heroizmu, że sceptycy z czasem zaczęli wątpić w jego istnienie, podobnie jak w szeregowca Matrosowa, lot Gagarina i mrozoodporną pszenicę Łysenki. Owszem, w zachowanych rękopisach „Jak hartowała się stal" doliczono się 19 różnych stylów pisma – tylu redaktorów przetwarzało w książkę litery, stawiane po omacku przez niewidomego półanalfabetę. Ale Ostrowski był, był na pewno – jak akyn Dżambuł Dżabajew, jak Demian Biedny, jak dziesiątki „twórców ludowych", których biografie ostrugano z kiły, chłopięcej służby w cerkwi, ojca kułaka, po czym wciśnięto obsadkę między z trudem zginające się palce i powiedziano: „piszcie".

I pisał, jakby to był dłuższy „Życiorys", przedłożony komisji werbunkowej dywizji Budionnego, z którą w 1920 roku, nastoletni, popędził pod Lwów – czy „oddziałów specjalnych" CziON, z którymi w rok później tłumił powstanie na Tambowszczyźnie. Pawka Korczagin to nie żadna tam Emma, żona prowincjonalnego lekarza, sublimacja lęków, pragnień i marzeń autora. To nie id, lecz alter ego Ostrowskiego: ta sama błotnista wioska ukraińska, nędza, praca posługacza, to samo niespełnienie i zawiść, widoczne na kartkach książki i w skrzywieniu wąskich, płaczliwych ust. Ta sama nienawiść: jedyne fragmenty, kiedy ożywa tektura stron, to obrzydzenie, wylewane na miejscowy dworek, konie, piękną pannę, i szerzej, na petlurowców, białopolaków, biurokratów, dyplomatów, burżujów i trockistów świata całego. Jakby świeże bryzgi lawy czy – nie jest to porównanie całkiem chybione, zważywszy że Czernobyl leży raptem o 300 wiorst od rodzinnej wsi pisarza Wilia pod Równem – świeże plomby betonu na sarkofagu wypełnionym wrzącym ołowiem.

Rzadka choroba – zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa – sprawiła, że zwapnienia unieruchamiały kolejne kręgi. Jak napisał z morderczą ironią pewien eseista – „podobnie jak jego dzieło, sam Ostrowski już za życia zamieniał się w pomnik".  Do łóżka sparaliżowanego geniusza ciągnęły deputacje dokerów, stachanowców, baletnic Bolszowo Tieatra i odwiedzający akurat Moskwę André Gide. Przekłady na wszystkie języki świata, inscenizacje, poematy symfoniczne, balet i dwie opery. Nakłady? W miliony. W Polsce i tak przeszło bokiem: po 1956 roku ukazało się zaledwie pięć wydań, więdnących dziś w powiatowych bibliotekach publicznych. Ale gdzie indziej?

A teraz – cisza. Nawet Instytut Pedagogiczny w Winnicy w 1998 roku zrezygnował z patrona. Nadal czynne jest muzeum pisarza w Moskwie – i drugie w Soczi, w domu, który w grudniu 1935 roku podarowało pisarzowi hojne państwo robotników i chłopów. Niezrównany Piotr Weil, myszkując po martwych, zakurzonych, otwieranych współcześnie raz na tydzień pokojach tej drugiej placówki odkrył rzecz niezwykłą: w biblioteczce, obok tuzinów krasnych tomów, znalazło się jedyne w ZSRS, opatrzone wstępem-szczepionką Łunaczarskiego wydanie „W poszukiwaniu straconego czasu".

Marginesy pierwszych trzech tomów znaczą wykrzykniki, podkreślenia, faliste linie: zachwyt śpiewany grafitem. Kusi obraz nieszczęśnika, któremu los nie oszczędził żadnego upokorzenia: przeczytał frazę w rodzaju „Przyciskałem czule twarz do pulchnych policzków poduszki, które, pełne i świeże, są niby policzki naszego dzieciństwa" i dalej musiał dzień w dzień znosić hołdy, jakie dojarki, krytycy i kirgiscy pasterze składali jego topornym, pozbawionym wszelkiej urody zdaniom. Ale to scena zbyt piękna, by była prawdziwa: Nikołaj, sam przecież niewidomy, do ostatnich dni życia kazał sobie czytywać „Prawdę", chłonąc tyrady Andrieja Wyszyńskiego przeciw bucharinowcom, faszystowskim pomiotom psa i świni.

Stokroć bardziej prawdopodobne, że po Prousta sięgnęła jedna z muzealniczek, kradnąca kwadrans między wycieczką pionierów z Arteku i delegacji z Mołdawii. Uwiedziona, zdrajczyni, kapłanka obcych bogów – biedna Hypatia, zdradzona któregoś dnia przez żółty ołówek, który wyślizgnął się z fałdów szarej spódnicy.

Plus Minus
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Business Communication. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Business Communication lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" zamieszczonego na stronie www.rp.pl/regulamin i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem zamieszczonym na stronie www.rp.pl/licencja
Rekomenduj artykuł, oddano głosów: 

Komentarze

Dodaj komentarz

Zaloguj lub Połącz przez | Załóż konto

Wypowiadasz się teraz jako niezalogowany

Pozostało znaków: 2500

KOMENTARZ DNIA

Tu nas znajdziesz: DO GÓRY
Zamknij

Przeczytaj też: >>

Wiernikowska: Po co umierać za Majdan?

Tylko dziś, po roku, nie odwróćcie się od Majdanu, gdy się okaże, że przyjdzie nam za to zapłacić. Bo nie jesteśmy bez winy. My, co poszliśmy na Wojnę Przed Telewizorem. >>
common