Wbrew polskim interesom

aktualizacja: 16.08.2012, 19:01
Marek Jurek
Marek Jurek
Foto: Fotorzepa, Darek Golik

Dlaczego rząd Tuska, bierny w wielu sprawach, wykazuje tak niewiarygodną determinację, by wprowadzić w Polsce euro? - pyta były marszałek Sejmu

Bez większego echa przeszła podjęta w ubiegłym miesiącu decyzja o powołaniu pełnomocnika rządu do wprowadzenia euro w Polsce. Podobnie wiosną nie było poważniejszej reakcji na fragment programowego przemówienia Radosława Sikorskiego w Sejmie, w którym minister spraw zagranicznych zapowiedział, że za trzy lata będziemy gotowi do likwidacji złotego.

Miecz i waluta

Opinia publiczna nie reaguje, bo (jak często powtarzali dziennikarze i komentatorzy) nikt dziś serio nie traktuje pomysłu wchodzenia Polski do eurolandu. Sondaże pokazują, że sprzeciw wobec likwidacji złotego (68 proc. według badań CBOS) osiągnął już większe rozmiary niż poparcie, jakie kiedykolwiek miał postulat udziału w unii walutowej.
Tymczasem zza kulis rządu coraz częściej dochodzą wiadomości o przygotowywaniu wyższych urzędników państwa do uruchomienia jeszcze przez obecny gabinet procedury wymiany waluty w Polsce.
Jedynym motywem wyjaśniającym politykę premiera pozostaje jego osobista pozycja w kręgach europejskich federalistów
Rząd, tak bierny w wielu sprawach, w tej wykazuje niewiarygodną determinację, podobnie jak wcześniej w innych projektach europejskiego federalizmu: w przyspieszonej ratyfikacji traktatu lizbońskiego, w sprawie paktu stabilizacyjnego czy paktu fiskalnego (gdzie rząd rozważa nawet zareagowanie na spodziewany sprzeciw opozycji - pominięciem jej praw przewidzianych w art. 90 konstytucji).
Dla orędowników europejskiego federalizmu polityka rządu Tuska jest tym cenniejsza, im więcej sprzeciwów ta budzi w innych krajach Europy. Ostatnie badania opinii społecznej pokazują niepopularność euro w samych Niemczech, mateczniku jednej waluty. Niemcy coraz częściej uważają, że korzyści lobby eksportowego nie wyrównują wzrostu kosztów utrzymania niemieckich rodzin. Miesiące udziału Grecji we wspólnej walucie są policzone. Finlandia sprzeciwia się kosztom utrzymywania unii walutowej i wprost zaczyna mówić o jej opuszczeniu.
Europa znalazła się na zakręcie, bo chodzi o coś więcej niż cykliczny kryzys, będący przykrym, ale koniecznym jak pory roku elementem wolnej gospodarki. Obecny kryzys to załamanie polityki przekształcania Europy ze wspólnego rynku i wspólnoty współpracujących politycznie państw narodowych w federalny organizm polityczny, hybrydę o ograniczonych możliwościach ochrony swych uczestników, ale o aspiracjach wobec poszczególnych państw idących znacznie dalej niż w wypadku federalnej władzy Stanów Zjednoczonych.
Zasadniczym terenem tej polityki miała być gospodarka, uzależnienie państw przez pozbawienie ich zasadniczego elementu polityki gospodarczej w postaci własnej waluty. Romano Prodi w wywiadzie dla „Financial Times" z kwietnia 1999 r. mówił, że „dwoma filarami państwa narodowego są miecz i waluta: właśnie obaliliśmy jeden z tych filarów". Co więcej, ten sam Prodi przyznał dwa lata później w wywiadzie dla CNN, iż „wprowadzenie euro nie ma znaczenia ekonomicznego. To posunięcie w pełni polityczne".

Wbrew logice rynku

Utworzenie unii walutowej przyniosło efekty odwrotne do zapowiadanych. Pozorne pozytywy (obniżenie kosztów obsługi długów, zwłaszcza w słabiej gospodarczo rozwiniętych państwach) nie mogły zakryć faktu, że kraje, które zachowały własną walutę (jak Wielka Brytania, Dania czy Szwecja), rozwijały się szybciej od państwa, które ją porzuciły.
Zapowiedzią nadchodzącego kryzysu stało się załamanie agendy lizbońskiej. Wspólna waluta nie tylko nie wsparła konkurencyjności i innowacyjności swoich gospodarek, ale przeciwnie -  stała się balastem.
Idee uczynienia do końca pierwszej dekady XXI wieku europejskiej gospodarki najbardziej innowacyjną szybko i starannie zapomniano. Miarą jej niekonkurencyjności w tym czasie stał się natomiast wzrost kosztów pracy: w poprzedniej dekadzie wzrosły one w Stanach Zjednoczonych o 20 proc., tymczasem w Portugali o 80 proc., we Włoszech o 90 proc., w Grecji o 100 proc., a w najsilniejszej gospodarce eurolandu - w Niemczech - o 40 proc. Tak wyglądała agenda euro, która zastąpiła agendę lizbońską.
Spadek konkurencyjności państw Południa stał się dla nich nie tyle impulsem do rozwoju, ile impulsem zadłużenia. Tylko życie na kredyt tworzyło złudzenie równoprawnej konkurencji w Europie. Dzisiejsze problemy to tylko uzewnętrznienie symptomów kryzysu, który zaczął się dużo wcześniej. Podobnie jak zarzewiem kolejnego kryzysu, nową pętlą rozwojową dla słabszych gospodarek państw euro może stać się ujednolicenie podatkowe w Europie - najświeższa idée fixe oficjalnej polityki niemieckiej.
I właśnie w takiej sytuacji premier Tusk podejmuje nowe decyzje, przygotowujące Polskę do likwidacji waluty narodowej. Nie dziwi żarliwe poparcie dla tej decyzji ze strony Martina Schulza, niemieckiego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Niemcy prowadzą w tej chwili ekonomiczną kampanię w obronie strefy euro i każdy budżet, który w tę akcję można zaangażować, jest cenny. Szczególnie budżet szóstego kraju w Unii Europejskiej. Nie bez znaczenia jest również polityczno-ekonomiczne podtrzymywanie wiarygodności projektu euro. Jednak co te korzyści polityki niemieckiej mają wspólnego z polskim interesem?

Polska to Tusk?

Gdy w 2008 roku Donald Tusk deklarował w Krynicy, że w ciągu trzech lat zlikwiduje walutę narodową, można to było traktować jako ideologiczną fanfaronadę. Nieodpowiedzialność polityczną premiera mógł tłumaczyć wtedy brak zdecydowanego sprzeciwu ze strony opinii publicznej. W okresie 2007-2008 poparcie dla wprowadzenia euro i zachowania złotego było niemal jednakowe, a premier Tusk dysponował świeżo odnowionym mandatem.
Dziś jednak trwa kryzys w Europie, Polska - nie należąc do unii walutowej - ponosi koszty jej ratowania, a niezaprzeczalnym czynnikiem ochrony naszej gospodarki przed skutkami kryzysu okazało się zachowanie własnej waluty z jej elastycznym kursem. Wprowadzenie euro musiałoby zaś zmniejszyć naszą konkurencyjność na rynkach zewnętrznych i osłabić (przez wzrost kosztów życia rodzin) popyt wewnętrzny.
Premier przenosi więc argumentację w sferę traktatową (zgoda na unię walutową w traktacie akcesyjnym) oraz „polityczną" (do znudzenia powtarzany frazes o „grze w pierwszej europejskiej lidze"). Tylko właściwie o czyją wiarygodność i o czyją „grę w pierwszej lidze tu chodzi? Polski czy Donalda Tuska?
Państwo nie zyskuje na wiarygodności, kiedy działa wbrew własnym interesom. Nikt w Europie nie wyrzuca Szwecji czy Czechom, że nie chcą w przewidywalnym czasie porzucać waluty narodowej. Nikt im tego nie wyrzuca, bo nikt ich do tego nie zobowiązywał. Jedynym motywem wyjaśniającym politykę Donalda Tuska pozostaje jego osobista pozycja w kręgach europejskich federalistów.

Zmiana okoliczności

Prawo traktatowe (art. 62 konwencji wiedeńskiej z 1969 roku) zakłada, że zobowiązania państw mogą wygasnąć, jeśli nastąpiła „zasadnicza zmiana okoliczności „ w stosunku do tych, które istniały w czasie zawarcia traktatu", jeśli „istnienie tych okoliczności stanowiło istotną podstawę zgody stron na związanie się traktatem" oraz gdy „wskutek tej zmiany radykalnie przekształci się zakres obowiązków pozostałych jeszcze do wykonania na podstawie traktatu".
W wypadku unii walutowej zachodzą obie te okoliczności, a nawet więcej. Nie tylko okazało się, że Europa nie stanowi optymalnego obszaru walutowego, nie tylko kraje euro zmuszone są ponosić koszty finansowe fiaska tego projektu, więcej - jego orędownicy domagają się włączenia do unii walutowej mechanizmów kontroli podatków i budżetów państw. Pakt fiskalny oznacza, że wspólna waluta staje się nie tylko instrumentem wymiany, ale i pretekstem do kontroli nad budżetami państw narodowych. Nie na to wyrażała zgodę Rzeczpospolita i Polacy.
Dziś przyszedł moment, by Polska powiedziała jasno, że nie zamierzamy przyjmować jednej waluty, chcemy zachować własną. Pakt fiskalny zaś stanowi wyraźne naruszenie zasad, jakie zachowywać miała unia walutowa. Decyzję o zachowaniu złotego trzeba podjąć dziś - by jutro nieodpowiedzialność polityków, marzących o swoich występach „w pierwszej lidze, nie wzięła góry nad odpowiedzialnością za przyszłość Polski".
Autor, były marszałek Sejmu RP, jest przewodniczącym Prawicy Rzeczypospolitej

POLECAMY

KOMENTARZE