Bez złudzeń - Mitt Romney

aktualizacja: 30.07.2012, 18:56
Marek Magierowski
Marek Magierowski
Foto: Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek

Polska nie powinna wiązać wielkich nadziei z ewentualną prezydenturą Mitta Romneya - pisze publicysta

Dla Mitta Romneya podróż do Wielkiej Brytanii, Polski i Izraela to tylko jeden z wielu elementów kampanii prezydenckiej - ważny, choć nie najważniejszy.
Były gubernator Massachusetts nie miał dotąd żadnego doświadczenia w polityce międzynarodowej, chciał więc pokazać się jako mąż stanu, który potrafi szybko nadrobić braki w tej dziedzinie i wypowiadać się ze swadą o relacjach z sojusznikami Stanów Zjednoczonych oraz o największych zagrożeniach dla świata, którym - jako przyszły przywódca USA - będzie musiał stawić czoła.

Waga Polonii

Jednak to, co Romney powiedział i powie podczas tej podróży, nie będzie miało wielkiego znaczenia dla przebiegu prezydenckiego wyścigu. Wybory w USA wygrywa się na polu gospodarki, a nie dyplomacji. Tym bardziej że tegoroczna elekcja odbywa się w czasie, gdy Amerykanie redukują swoje zaangażowanie w świecie - wyszli już z Iraku, za chwilę opuszczą Afganistan, a w stosunku do krajów ogarniętych arabską wiosną zachowują się nader wstrzemięźliwie. Po zabiciu Osamy bin Ladena zaś mieszkańcy Nowego Jorku, Los Angeles czy Bostonu bardziej obawiają się szaleńców strzelających do widzów w kinach niż brodatych islamskich fanatyków, podkładających bomby w samolotach.
Oczywiście Romney walczy o głosy mieszkających w USA Żydów oraz Polonii, ale także tutaj rezultaty jego wizyt nie muszą być tak jednoznaczne.
Część społeczności żydowskiej jest rzeczywiście zniechęcona do Obamy, gdyż obecny prezydent wyraźnie „schłodził" stosunki z Izraelem. Romney wielokrotnie go za to krytykował i ostentacyjnie podkreślał swoją przyjaźń z premierem Beniaminem Netanjahu. Ale w USA są też tacy Żydzi, dla których przyjaźń z Netanjahu jest kompromitująca - ci na Romneya raczej nie zagłosują.
A Polonia? Czy pobyt w Warszawie i Gdańsku przysporzy Romneyowi głosów tej części elektoratu? Najwięcej Amerykanów polskiego pochodzenia mieszka w stanach Nowy Jork oraz Illinois (w tym drugim leży Chicago). W obu przypadkach Obama może być właściwie pewny zwycięstwa - Nowy Jork i Illinois należą do tzw. niebieskich stanów (niebieski to kolor demokratów), a ostatnie sondaże dają w nich prezydentowi przewagę 15-20 punktów procentowych. Już nie wspominając o tym, że Obama w Chicago pracował i zaczynał swoją karierę polityczną.
Nawet gdyby Romney objadał się pierogami i tańczył kujawiaka, prawdopodobnie nic by mu to nie dało.

Nie będzie nowego Imperium Zła

Wizyta w Polsce jest ze strony Romneya niewątpliwie miłym gestem, lecz nie powinniśmy nadawać jej zbyt dużej rangi. Jeżeli republikanin wprowadzi się do Białego Domu, nie będzie to oznaczało automatycznej poprawy naszych stosunków z Waszyngtonem.
Część konserwatywnych komentatorów nad Wisłą podkreśla, iż wybór Romneya byłby ze wszech miar korzystny dla Polski: głównie z powodu jego poglądów dotyczących Rosji. W przeciwieństwie do Obamy, który zainicjował proces „resetu", doprowadził do ratyfikacji kolejnego traktatu rozbrojeniowego i wyraźnie unikał zadrażnień z Kremlem, Romney beształ Rosję i mówił o niej jako o „głównym wrogu" Ameryki.
Należy jednak pamiętać, że kampania wyborcza w USA, a szczególnie rywalizacja o głosy w partyjnych prawyborach, rządzi się swoimi prawami. Pretendenci walczący o nominację Partii Republikańskiej zazwyczaj pozwalają sobie na ostrzejszą retorykę, usiłując przyciągnąć do siebie wyborców skrajnych. Pozują wówczas na twardych, bezkompromisowych przywódców, gotowych na użycie siły, gdy trzeba bronić interesów Ameryki w każdym zakątku globu.
Szczególnie jeśli muszą z siebie zrzucić odium malowanego lisa o liberalnych ciągotkach tak jak Romney w roku 2012 i tak jak John McCain w roku 2008. Przypomnijmy, iż republikański konkurent Obamy sprzed czterech lat proponował wyrzucenie Rosji z G8.
McCain także później bezpardonowo atakował Władimira Putina, dostrzegając w nim - skądinąd słusznie - niereformowalnego kagiebistę. Jest jednak zasadnicza różnica między nim a Mittem Romneyem. McCain nie został prezydentem i już nim nie zostanie, a Romney ma realne szanse na zwycięstwo w listopadowych wyborach. A wtedy nie tylko nie będzie mógł sobie pozwolić na tak jednoznaczne uwagi w stosunku do Kremla, lecz także prawdopodobnie niewiele zmieni w obecnej polityce USA wobec Rosji.
Wielu przedstawicieli polskiej prawicy widzi w Romneyu nowego Reagana, który nazwie Rosję Imperium Zła i zahamuje jej mocarstwowe aspiracje w Europie Środkowej i Wschodniej. Nie możemy jednak zapominać, że prezydent Stanów Zjednoczonych dba przede wszystkim o interesy własnej ojczyzny, a nie o interesy Polski czy Gruzji. To bolesna prawda i być może dlatego polskim politykom tak trudno przyjąć ją do wiadomości.

Małe pole manewru

Zadajmy więc sobie pytanie: czy prezydentowi Romneyowi będzie zależało na zaognianiu stosunków z Rosją? Obawiam się, że nie doczekamy się tutaj żadnej gwałtownej wolty. Amerykanie i Rosjanie mają coraz więcej zbieżnych interesów, także ekonomicznych. Coraz intensywniej współpracują ze sobą koncerny energetyczne z obu krajów. USA i Rosja razem walczą z islamskim terroryzmem (choć w przypadku Kremla jest to często przykrywka dla dławienia ruchów niepodległościowych na Zakaukaziu oraz trzymaniu w ryzach byłych republik sowieckich w Azji Środkowej).
Ameryka i Rosja będą się do siebie zbliżały, a nie oddalały, także z innego powodu: wzrostu znaczenia Chin na arenie międzynarodowej. Dla Waszyngtonu osłabianie Rosji oznacza wzmacnianie Pekinu. Amerykanie mają w tej grze duże doświadczenie: 40 lat temu, gdy polityką zagraniczną USA kierowali Richard Nixon i Henry Kissinger, stosowali odwrotną taktykę: ocieplali stosunki z Chinami, by nadwerężyć pozycję Związku Sowieckiego.
Romney nie będzie miał zbyt dużego pola manewru. W niektórych dziedzinach „reset" jest już nieodwracalny. Nowy traktat START, ograniczający liczbę rosyjskich i amerykańskich głowic nuklearnych, został ratyfikowany przez Senat USA oraz rosyjską Dumę i wszedł w życie w lutym ubiegłego roku. Republikanie mówili swego czasu o zbyt daleko idących ustępstwach wobec Kremla, ale nie są w stanie już nic z tym zrobić. Ponadto Ameryki po prostu nie stać na nowy wyścig zbrojeń z Rosją. W nadchodzącej dekadzie budżet Pentagonu będzie malał z roku na rok. Oszczędności zostały wymuszone kryzysem gospodarczym, a rozpoczął je nie kto inny jak Robert Gates, były sekretarz obrony, jedyny republikanin w demokratycznej administracji Baracka Obamy. Zagrożony jest też program obrony antyrakietowej, z którym przecież wiążemy ogromne nadzieje.
Jeśli Romney wygra wybory, relacje z Rosją prawdopodobnie nie znajdą się nawet w pierwszej dziesiątce priorytetów jego prezydentury. Na oficjalniej stronie internetowej kandydata dział „Polityka zagraniczna" jest podzielony na kilka tematów: Afganistan i Pakistan, Chiny i Daleki Wschód, Iran, Izrael, Ameryka Południowa oraz Bliski Wschód. Nie znajdziemy tutaj ani Rosji, ani Europy - czyli dwóch obszarów, które nas, Polaków, interesują najbardziej. Owszem, dowiemy się, że Romney postara się zmniejszyć uzależnienie Europy Środkowo-Wschodniej od dostaw gazu z Rosji poprzez wspieranie... gazociągu Nabucco (który de facto zakończył swój żywot) oraz współpracę z „sektorem prywatnym" w promowaniu wydobycia gazu łupkowego (pierwszą firmą, która wycofała się z Polski po nieudanych odwiertach, był amerykański ExxonMobil).

Wizerunek, czyli balast

Co najmniej przez pierwszą połowę swojej kadencji Romney będzie miał na głowie nieco inne zmartwienia niż energetyczne uzależnienie Polski od Rosji. Jego administracja skupiać się będzie na walce z kryzysem gospodarczym w USA, a Romney odda się raczej lekturze statystyk dotyczących bezrobocia w Ohio i Nevadzie niż zawiłości polsko-rosyjskich sporów.
Paradoksalnie naszym największym balastem jest... polepszający się wizerunek Polski na świecie. W mediach zachodnioeuropejskich i amerykańskich ostatnie dwudziestolecie jest opisywane jako historia sukcesu. Zarówno dla demokratów, jak i republikanów Polska to kraj bezpieczny, wolny, o zaskakująco dynamicznej gospodarce. Nie stwarzamy żadnych problemów, ale z drugiej strony nie jesteśmy też jakimś wyjątkowo atrakcyjnym miejscem do inwestowania. Z punktu widzenia wielkiej geopolityki już dawno przestaliśmy być dla Ameryki państwem kluczowym.
Trudno oczekiwać, by Mitt Romney odwrócił tę tendencję.
Autor jest publicystą „Uważam Rze"
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Business Communication. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Business Communication lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE