Publicystyka
Obrazy bezkarnie fałszowane
W Polsce jest przyzwolenie części środowiska antykwariuszy i marszandów na handel podróbkami dzieł sztuki. Także państwo przymyka oko na ten proceder – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
Ujawniłem nie tak dawno w „Rzeczpospolitej” kolejną aferę z fałszywym obrazem sprzedanym przez antykwariat. Ilustracją było zdjęcie obrazu z napisem po przekątnej: FALSYFIKAT.
Po kilku dniach zadzwonił znany prawnik. Był na jarmarku staroci w podwarszawskich Broniszach. Oferowano tam ten sam falsyfikat jako oryginał Jana Rubczaka.
Podróbka zegarka lub płyty z muzyką z zasady zatrzymywana jest przez wymiar sprawiedliwości. Dlaczego fałszywe obrazy zwracane są właścicielom?
Nasz wolny rynek sztuki ma 20 lat. Jego specyfiką jest to, że znane antykwariuszom falsyfikaty krążą nie tylko po bazarach, ale także na oficjalnym rynku. Dom aukcyjny wystawia pod młotek jednorazowo średnio ok. 150 przedmiotów, najczęściej obrazów. Zostają one wybrane spośród ok. 300 – 400 oferowanych. Pośród odrzuconych obrazów zwykle kilkadziesiąt procent to oczywiste podróbki lub przedmioty o wątpliwej autentyczności. Właściciel odrzuconego w danej firmie falsyfikatu z reguły oferuje go gdzie indziej aż do skutku.
Awantury antykwariuszy
Jak to możliwe? Moim zdaniem panuje przyzwolenie części środowiska antykwariuszy i marszandów na handel fałszywymi dziełami sztuki. Można mówić także o przyzwoleniu ze strony państwa.
Kiedy widzę w obiegu fałszywą monetę np. 5 złotych, mam prawny obowiązek wezwać policję. Natomiast antykwariusz odrzuca proponowany mu fałszywy obraz, nierzadko wyceniony na kilkadziesiąt tysięcy, a potem spokojnie ogląda go w witrynie innego antykwariusza. Nie zdała egzaminu propozycja sprzed lat, aby każdy członek Stowarzyszenia Antykwariuszy Polskich (SAP) obowiązkowo informował innego antykwariusza, że w jego ofercie spostrzegł falsyfikat. Praktyka pokazała, że informowani w ten sposób antykwariusze reagowali awanturami. Ostrzeżenie odbierali jako próbę zdeprecjonowania towaru przez konkurencję.
W ubiegłym roku Ośrodek Ochrony Zbiorów Publicznych (OOZP) resortu kultury zaplanował międzynarodową konferencję na temat fałszerstw na polskim rynku sztuki. Miała się odbyć w listopadzie tego roku, powstać miał projekt prawa ograniczającego patologie na rynku sztuki. Ogłoszono długą listę prelegentów: wybitnych prawników, specjalistów z policji, historyków sztuki, antykwariuszy oraz tematy ich wystąpień. Imprezę zareklamowano w prasie i na największym portalu o handlu sztuką. Zaproszenia do udziału wysłano np. do antykwariatów, galerii, policji, sędziów, prokuratorów, wojewódzkich konserwatorów zabytków.
Po trzech miesiącach zgłosiło się siedmiu słuchaczy. Dlatego pod koniec sierpnia zapadła decyzja o odwołaniu konferencji. Ośrodek nie mógł dłużej czekać ze względu na terminy zobowiązań finansowych związanych z organizowaniem konferencji. Dyrektor OOZP Piotr Ogrodzki ma nadzieję, że uda się problem podjąć w innej formule.
Pośród wspomnianych siedmiu słuchaczy, którzy wyrazili zainteresowanie konferencją, znalazł się jeden antykwariusz! Gdy SAP zrzesza ok. 100 firm, a poza nim działa ok. 300 firm, które utrzymują przynajmniej podstawowy poziom jakości oferty. Faktem jest, że SAP, mimo kolejnych deklaracji, od lat nie jest w stanie opracować skutecznego systemu wyłaniania fachowych i rzetelnych ekspertów, którzy decydują o autentyczności, choć są gotowe europejskie wzory w tej dziedzinie. Dlatego po rynku sztuki masowo krążą ekspertyzy autentyczności bezwartościowe pod względem prawnym, pisane w poczuciu bezkarności, wystawiane przez przypadkowe osoby.
Milczenie prokuratury
Prawnik dr Kamil Zeidler, autor prac z dziedziny ochrony dziedzictwa kultury, stwierdził parę miesięcy temu na żółtych stronach „Rzeczpospolitej”: „Niektórzy eksperci swoimi działaniami legalizują podejrzane dzieła, zamiast je z rynku sztuki eliminować” („Czy rynek sztuki wymaga interwencji ustawodawcy”, „Rz”, 8.10.2008).
Faktem jest, że gdyby eksperci ostro selekcjonowali towar, antykwariusze nie mieliby czym handlować. Problemem naszego rynku antykwarycznego jest bowiem niska podaż towaru. Dodatkowo ceny dzieł sztuki wzrosłyby o koszta rzetelnych ekspertyz, co też nie jest w interesie antykwariuszy i marszandów.













