Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Kraj

...będę Jej patronem

Forum
Mija dziesięć lat od ogłoszenia św. Andrzeja Boboli współpatronem Polski. On sam zapowiedział to znacznie wcześniej. Sam też w oryginalny sposób zabiegał o to, by jego kult się rozwijał
16 maja przypada święto Andrzeja Boboli. Tekst z tygodnika "Uważam Rze" Po raz ostatni Bobola był widziany całkiem niedawno, bo w 1987 r. na plebanii w Strachocinie koło Sanoka. Ukazywał się tam dużo wcześniej, ale nikt nie kojarzył zjawy ze świętym jezuitą, który –  jak głosiła miejscowa tradycja – urodził się w tej dawnej wsi królewskiej, dzierżawionej przez Bobolów. Sytuacja zmieniła się dopiero w 1983 r., gdy do Strachocinia przyjechał ks. Józef Niżnik. Wizyty zjawy go nie przestraszyły, tak więc tajemnicza postać pojawiała się odtąd na plebanii przez następne trzy lata. 16 maja 1987 r., w liturgiczne wspomnienie św. Boboli, ukazała się po raz kolejny. „Jestem św. Andrzej Bobola. Zacznijcie mnie czcić w Strachocinie" – oznajmił zdumionemu ks. Niżnikowi. Rok później do kościoła sprowadzono relikwie świętego, niebawem powstało jego sanktuarium. Zjawa więcej się nie pojawiła. Nie było już potrzeby. W ten sposób św. Bobola sam doprowadził do rozwoju swego kultu w miejscowości, w której najprawdopodobniej się urodził. Wyjaśnił „białe plamy" w swoim oficjalnym życiorysie.

... temperament mocno choleryczny

Od początku nie było natomiast wątpliwości co do daty urodzenia: 1591 r. Było to na kilka lat przed zawarciem w 1596 r. w Brześciu nad Bugiem unii między katolikami i prawosławnymi, czego wynikiem było powstanie Kościoła unickiego, uznającego władzę zwierzchnią papieża z jednoczesnym zachowaniem wschodniej liturgii. Jednak unia, która miała przynieść jedność Kościoła na kresach I Rzeczypospolitej, stała się powodem podziałów i konfliktów. Wprawdzie większość z prawosławnych biskupów unię uznała, ale nie wierni, których obrońcami z czasem stali się kozacy, wpisując na swoje sztandary walkę z unią i unitami. Ofiarą konfliktów, w których sprawy religijne mieszały się z podziałami narodowościowymi i kulturowymi, kilkadziesiąt lat później stał się misjonarz Pińszczyzny Andrzej Bobola. Zanim tam trafił, przeszedł długą drogę formacyjną w zakonie jezuitów, którego powstanie było, podobnie jak podpisanie unii brzeskiej, odpowiedzią na reformację. Andrzej Bobola związał się z jezuitami w 1606 r., gdy jako 15-latek wstąpił do ich kolegium w Braniewie na Warmii, pierwszego, jakie powstało na ziemiach polskich. Pięć lat później rozpoczął nowicjat w Wilnie. Następnych dziesięć lat było w jego życiu okresem studiów filozofii, teologii oraz praktyk w szkołach jezuickich w jego Braniewie i Pułtusku. Jak wykazał biograf świętego ks. Jan Poplatek, studiowanie nie szło przyszłemu świętemu najlepiej. Wprawdzie po trzech latach nauki filozofii końcowy egzamin zdał pozytywnie, co oznaczało, że może studiować teologię na Akademii Wileńskiej, ale jednocześnie egzaminatorzy nie dopuścili go do publicznej obrony tez, aby uzyskać stopień magistra, co oznaczało, że kariera naukowa w zakonie była dla niego zamknięta. Jeszcze gorzej wypadł egzamin końcowy z teologii w 1622 r. „Wynik egzaminu był wprost fatalny; zaledwie jeden profesor uznał wiedzę Andrzeja za odpowiadającą wymaganiom, trzech innych wydało opinię zupełnie negatywną. [...] Co było powodem tak niepomyślnego wyniku ostatniego egzaminu – nie wiadomo. Może sam Bobola przez lekceważenie tej sprawy przyczynił się do tego" – zastanawiał się ks. Poplatek. Zły wynik egzaminu ze studiów teologicznych nie był przeszkodą w przyjęciu święceń kapłańskich, co nastąpiło w 1622 r., był jednak przeszkodą do złożenia czterech ślubów zakonnych, a co za tym idzie – wejścia do grona profesów. Pierwsze śluby zakonne – czystości, ubóstwa i posłuszeństwa – Bobola złożył już w 1613 r., czyli po dwóch latach nowicjatu. Były to tzw. proste, zobowiązujące ślubującego, ale nie zakon. Ale dopiero po skończeniu w 1623 r. trzeciej probacji i po trzech latach praktyki duszpasterskiej Bobola miał przystąpić do ostatecznych, publicznych ślubów. Brak egzaminu wskazywał, że powinien złożyć uroczyście tylko trzy śluby i zostać koadiutorem do spraw duchowych. Jednak litewski prowincjał zakonu Jan Jamiołkowski kilkakrotnie pisał do generała zakonu w Rzymie, przekonując, że mimo iż ks. Andrzej Bobola nie zdał egzaminu końcowego z teologii, będzie przydatny dla zakonu z uwagi na wybitne zdolności kaznodziejskie i duży, dobroczynny wpływ na ludzi, a zatem powinien złożyć cztery śluby. Inni także podkreślali jego bystry umysł oraz trzeźwość sądu. Generał Vitelleschi nakazał tylko Boboli popracować nad swoimi błędami. O co chodziło? O jego charakter. „... temperament mocno choleryczny" – pisał jeden z jego przełożonych w 1628 r. Ksiądz Bobola miał „usposobienie choleryczne, przejawiające się na zewnątrz w pewnym uporze, z jakim trzymał się swego zdania, a zwłaszcza w skłonności do nagłych wybuchów niecierpliwości". Z tego powodu przełożeni uważali, że jest niezdatny do uczenia w szkołach i bycia przełożonym, dopóki nie opanuje swego zapalnego, wybuchowego temperamentu. „Z tej głównej wady, jakby ze źródła wypływały przeważnie wszystkie uchybienia i niedoskonałości, jakie mu zarzucali współcześni obserwatorzy. To był... jego krzyż, który mu ciążył i stale towarzyszył aż do samej śmierci" – pisał w 1936 r. biograf świętego o. Poplatek. Ksiądz Bobola musiał nad swoimi temperamentem mocno pracować, skoro 2 czerwca 1630 r. został dopuszczony do złożenia czterech ślubów zakonnych. Potwierdzają to o kilka lat późniejsze opinie, które podkreślają poskromienie charakteru, panowanie nad sobą, cierpliwość, pokorę, posłuszeństwo przełożonym. Świadczą o tym także funkcje, jakie o. Bobola po 1630 r. pełnił w zakonie – był prefektem jezuickich kolegiów, dyrektorem szkoły humanistycznej, przełożonym domu zakonnego, kierował sodalicją mariańską, a oprócz tego, był kaznodzieją, spowiednikiem i misjonarzem. Pracował w Bobrujsku nad Berezyną, w Płocku, Warszawie, Łomży, Wilnie, Połocku i wreszcie Pińsku, gdzie mieszkał w latach 1642–1646, a następnie od 1652 r. – z przerwą na pobyt w Wilnie i Połocku – aż do męczeńskiej śmierci w 1657 r.

Boży gwałtownik

Z kolegium w Pińsku o. Andrzej Bobola wyruszał na wyprawy misyjne w okolice Janowa Poleskiego, gdzie religijność ludności żyjącej wśród lasów i bagien była w stanie opłakanym. Bobola chodził po wsiach, rozmawiał z wieśniakami, uczył katechizmu, spowiadał, udzielał chrztu, komunii św., błogosławił małżeństwa. Ewangelizował katolików, unitów oraz prawosławnych, których namawiał do powrotu do jedności z Rzymem. A że miał zdolności kaznodziejskie i duży wpływ na ludzi, jego wyprawy misyjne kończyły się nie tylko wzrostem pobożności katolików, ale i konwersjami prawosławnych na uniatyzm. Za jedno z największych jego osiągnięć uznano w zakonie przejście na katolicyzm dwóch wsi – Bałandycze i Udrożyn. To z tego powodu katolicy na Pińszczyźnie zaczęli nazywać Bobolę „łowcą dusz", a prawosławni – „duszochwatem". Trwający przy Moskwie uważali Bobolę za wroga, podobnie jak jezuitów symbolizujących posłuszeństwo Rzymowi. Bobola zwany też „bożym gwałtownikiem" w 1657 r., gdy zginął, miał 66 lat. Był „średniego wzrostu, o zwartej, muskularnej i silnej budowie ciała. Twarz miał okrągłą, pełną, policzki okraszone rumieńcem, przez jasną, przyprószoną siwizną fryzurę z lekka przeświecała łysina"; miał też brodę krótko przystrzyżoną. W ikonografii przedstawiany jest z laską w ręku, gdy przemierza bezdroża Pińszczyzny, albo z narzędziem zbrodni, którym zadano mu śmierć. W połowie maja 1657 r. kozacy pod wodzą Zdanowicza zajęli Pińsk, mordując katolików, unitów i żydów. Z miasta zdołali uciec najbardziej zagrożeni jezuici, w tym ks. Andrzej Bobola, który ukrył się w na dworze w Peredyle. Dopadli go jednak tu kozacy, którym prawosławni wskazali go jako wielce im szkodzącego z powodu licznych przejść do unitów. Bobola zawleczony przez kozaków do Janowa Poleskiego został zatłuczony w rzeźni. Torturowany nie wyrzekł się wiary katolickiej, do czego go wzywano. Obcięto mu język, nos, uszy, zdzierano paznokcie, skórę z pleców na kształt ornatu, skórę z rąk, głowy, odcięto palce, przypalano ogniem, wydłubano oko, powieszono do góry nogami u sufitu, po dwóch godzinach odcięto sznur, by zadać ostatnie ciosy... Ciało męczennika pochowano w krypcie kościoła Jezuitów w Pińsku. Generał zakonu był przekonany, że Bobola, i inny zakonnik, który zginął z rąk kozaków (Szymon Maffon) „otrzymali wieniec męczeństwa, gdyż [...] nie można wątpić, że zadano im śmierć z nienawiści do wiary". Ksiądz Bobola energiczny, pełen temperamentu i uporu za życia nie pozwolił zapomnieć o sobie po śmierci. Gdy zdawało się, że pamięć o nim powoli odchodzi 16 kwietnia 1702 r., a zatem 45 lat po śmierci, ukazał się rektorowi kolegium pińskiego Marcinowi Godebskiemu. Najpierw zrobił mu wymówkę, że szuka wsparcia w kłopotach kolegium nie tam, gdzie trzeba, a następnie zapowiedział, że on sam otoczy je opieką, pod warunkiem że o. Godebski poleci odnaleźć jego ciało i umieści je oddzielnie od innych. Po otwarciu trumny okazało się, że ciało zakonnika nie uległo rozkładowi. Widoczne były na nim ślady tortur, w ranach zakrzepła, zdawało się, świeża krew, mięśnie nie straciły elastyczności.

Proroctwo dla Polski

Wieść o tym szybko rozniosła się po okolicy i do trumny Boboli zaczęli przybywać wierni, obdarzani za jego pośrednictwem łaskami i cudami. Od tego momentu rozpoczęła się historia kultu relikwii Andrzeja Boboli. Jezuici rozpoczęli przygotowania do procesu beatyfikacyjnego, który niestety trwał długo, bo aż do 1853 r., raz z powodu kłopotów samego zakonu, z kasatą włącznie, dwa – z uwagi na upadek niepodległej Rzeczypospolitej. Bobola musiał więc uczyć się cierpliwości także po śmierci. Długo też czekał na kanonizację (w 1938 r.) oraz ogłoszenia go patronem Polski. Bobola zapowiedział to już w 1819 r. dominikaninowi o. Alojzemu Korzeniewskiemu. Pokazał mu „film" z przyszłości: walczących na równinie pińskiej żołnierzy różnych narodowości, po czym zapowiedział, że gdy ta wojna się skończy, Polska zostanie odbudowana, a on zostanie jej głównym patronem. Stało się to niemal 200 lat później, w 2002 r. Niemniej już w okresie międzywojennym uważano Bobolę za patrona Polski. W sierpniu 1920 r., gdy bolszewicy podchodzili pod Warszawę, kard. Aleksander Kakowski nakazał w kościołach modlitwy błagalne do Matki Bożej, bł. Władysława z Gielniowa i bł. Andrzeja Boboli, którego relikwię ręki niesiono w procesji 8 sierpnia po ulicach stolicy. Ciała męczennika jeszcze w Warszawie nie było. Znajdowało się wówczas w Połocku na Kresach, skąd dwa lata później zrabowali je bolszewicy i jako „osobliwość" umieścili w Muzeum Higieny w Moskwie. Rok później zgodzili się oddać relikwię Watykanowi w podzięce za pomoc żywnościową dla Rosji. Sowieci postawili jednak warunek: ciało nie może być transportowane przez Polskę i nigdy tu nie wróci. Istotnie, trumnę przewieziono do Rzymu drogą okrężną, ale drugiego warunku Pius XI, wcześniej nuncjusz apostolski w Polsce, nie zamierzał dotrzymywać. Na Wielkanoc 1938 r. kanonizował Bobolę, a już w czerwcu ciało świętego było w Warszawie. Powrót do Polski był triumfalny. Na placu Zamkowym ciało świętego jezuity w szklano-srebrnej trumnie witało 300 tys. osób. Po II wojnie światowej władze komunistycznej Polski długo, bo aż do 1980 r., nie pozwalały na budowę sanktuarium świętego przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Powodem była nie tylko polityka ateizacji społeczeństwa, ale może przede wszystkim pamięć o duchowym współudziale świętego w Cudzie nad Wisłą oraz jego pracy misyjnej na terenach dzisiejszej Białorusi i Ukrainy. Włodarzom ówczesnej Polski nie mogła się też podobać encyklika Piusa XII z 1957 r., poświęcona św. Boboli, w którym apelował do Polski, aby była nadal przedmurzem chrześcijaństwa. Dopiero w wolnej Polsce, 16 maja 2002 r., św. Andrzej Bobola – za zgodą Watykanu, ale przy sprzeciwie polskich prawosławnych, dla których jest symbolem prozelityzmu – został ogłoszony współpatronem Polski (drugorzędnym, obok św. Stanisława Kostki; pierwszorzędni to: Matka Boża oraz święci Wojciech i Stanisław). Biskupi, w specjalnym liście pasterskim, uznali św. Bobolę patronem ewangelizacji w trudnych czasach. „Odzyskana dziś wolność polityczno-społeczna stanowi ciągłe wyzwanie i wymaga pogłębienia przez odnowę religijną i moralną. Potrzebujemy duchowego odrodzenia, zarówno w obliczu podziałów, ujawnionych po upadku komunizmu, jak i w perspektywie nowej ewangelizacji jednoczącej się Europy". Jezuici nie tracą nadziei, że ich święty współbrat, który był ofiarą braku jedności Kościoła, poprzez odnowę wiary pomoże w dążeniach do pojednania z prawosławiem. Korzystałam m.in. z książek ks. Jana Poplatka T.J. „Błogosławiony Andrzej Bobola", Kraków 1936 r. i ks. Mirosława Paciuszkiewicza, „Andrzej Bobola", Kraków 2001.
Źródło: Uważam Rze

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL