Oko w oko z tłuszczą

aktualizacja: 26.01.2008, 01:31
Foto: Archiwum autora

Jan Tomasz Gross nie jest wcale „nowojorskim Żydem-polakożercą”. Nie jest jednak również bezstronnym historykiem, który urządza „narodowe rekolekcje”. To publicysta, który książkami spłaca dług zaciągnięty 40 lat temu u Adama Michnika

14 października 1967 roku, mieszkanie w al. Przyjaciół w Warszawie. Dym papierosowy i namiętna dyskusja. Około piętnastu młodych ludzi zebranych na przyjęciu urodzinowym rozmawia na temat mającej się odbyć niedługo demonstracji Związku Młodzieży Socjalistycznej przed ambasadą Stanów Zjednoczonych. Cel: „okazanie solidarności z narodem wietnamskim”. Pada pomysł, aby podczas wiecu rozpowszechnić opozycyjną ulotkę.
Solenizant, a zarazem nieformalny przywódca zgromadzonego w mieszkaniu towarzystwa, jest za. Jego zdaniem należy działać. To 21-letni Adam Michnik. Nieoczekiwanie napotyka na opór. Część obecnych sprzeciwia się podobnemu pomysłowi. Ryzyko może okazać się zbyt wielkie. W ich imieniu mówi student II roku fizyki Uniwersytetu Warszawskiego. Rozczochrany, o pociągłej twarzy, w okularach z rogowymi oprawkami. Żywo gestykuluje.
„Doszło do ostrej wymiany zdań pomiędzy mną a Adamem Michnikiem. Obecnie nie potrafię podać szczegółów tej dyskusji. Od tych „urodzin” datuje się moje zerwanie kontaktów z Adamem Michnikiem” – opowie pół roku później przesłuchującemu go SB-kowi. Doda, że nie utrzymuje również żadnych stosunków z otoczeniem Michnika i „nie zalicza się [już] do osób z nim związanych”. Tym młodym człowiekiem był Jan Tomasz Gross.
– Tak, to prawda. Doszło do takiego sporu. Należy jednak zaznaczyć, że o ile obaj różnili się w sprawie strategii, jaką powinniśmy wówczas stosować, ani przez chwilę nie przestali być przyjaciółmi. To trwa do dzisiaj. Adam jest chyba najbliższym przyjacielem Grossa – opowiada świadek tamtej rozmowy Barbara Toruńczyk, wówczas studentka socjologii, dziś redaktor naczelna „Zeszytów Literackich”.
Inaczej wydarzenie to zapamiętała inna ówczesna opozycjonistka, mieszkająca obecnie w USA Irena Lasota: – Michnik był wściekły. Nie mógł przełknąć tego, że ktoś mu się sprzeciwił. Mówił, że Grossa należy zgnoić, i starał się ten postulat wprowadzić w życie. Opowiadał ludziom niestworzone historie o Grossie i ostrzegał, żeby z tym „gnojem” się nie zadawać. Czyli zwalczał go mniej więcej tak samo, jak później zwalczał wielu ludzi na łamach „Gazety”. Myślę, że Gross do dziś to doskonale pamięta.
Tę wersję wydarzeń wydają się potwierdzać zeznania samego Grossa złożone w czerwcu 1968 r. Jak było naprawdę – nie wiadomo. Zarówno Michnik, jak i Gross odmówili rozmowy na ten temat. Dziś stosunki pomiędzy nimi są wzorowe. Michnik napisał wstęp do kilku zagranicznych wydań „Sąsiadów”, a „Gazeta Wyborcza” bardzo mocno angażuje się po stronie Grossa w debatach, jakie w Polsce wywołują jego książki.
– To pojednanie przyszło z czasem. Nie dość, że Gross jeszcze przed marcem poróżnił się z Michnikiem, to zaraz po wyjściu z więzienia wyjechał za granicę. A to uznawane było wówczas za najgorszą zdradę. Oczywiście z czasem zwyciężyło bardziej pragmatyczne podejście. Gross zamieszkał w Stanach Zjednoczonych, zajął tam poważne stanowisko. Stał się dla Michnika cenny. Taki przyczółek za oceanem – opowiada chcący zachować anonimowość były opozycjonista.
Według niego ostatecznie obaj panowie pogodzili się dopiero wtedy, gdy Gross zaczął pisać o stosunkach polsko-żydowskich. – To był prawdziwy przełom. Wcześniej o ile nie był bojkotowany, to przynajmniej znajdował się na uboczu – opowiada.
Aby podjąć próbę zrozumienia Grossa i odpowiedzi na pytanie, dlaczego powstali „Sąsiedzi” i „Strach”, należy się cofnąć do początku. A nawet do czasów, zanim jeszcze przyszły profesor prestiżowego Uniwersytetu w Princeton przyszedł na świat. Grossowie byli znaną, zasymilowaną od wielu pokoleń i patriotyczną galicyjską rodziną. Wielu jej przedstawicieli działało w Polskiej Partii Socjalistycznej.
Jego ojciec, Zygmunt, okupację spędził w Warszawie. To właśnie tam poznał swoją przyszłą żonę, łączniczkę Biura Informacji i Propagandy Armii Krajowej Hannę Szumańską. Pochodziła z polskiej szlacheckiej rodziny, była córką Wacława Szumańskiego, znanego przedwojennego adwokata, który bronił oskarżonych podczas procesów politycznych, między innymi w Brześciu.
Szumańska podczas okupacji przeżyła szereg straszliwych tragedii – opisała to w swoich „Pamiętnikach czasu wojny” zaprzyjaźniona z nią Zofia Nałkowska. Najpierw na Pawiaku w lutym 1943 roku zginął jej pierwszy mąż Stanisław Wertheim. W kilka miesięcy później rozstrzelano jej więzionego w Auschwitz ojca. Również rodzina Grossa została przetrzebiona, gdy Niemcy w brutalny sposób przypomnieli jej o dawno zapomnianym pochodzeniu.
Historia tego związku, polskiej szlachcianki i lewicowego intelektualisty o żydowskich korzeniach, jak w soczewce skupia w sobie horror, a zarazem heroizm okupacji. – Mama Janka uratowała jego ojca. To dlatego stawia on wszystkim Polakom tak wysoko poprzeczkę. „Jeżeli było to możliwe w przypadku mojej rodziny, to znaczy, że możliwe to było również w kilku milionach innych. Z jakiejś przyczyny tak się jednak nie stało” – tłumaczy prof. Jadwiga Staniszkis, w latach 60. zaprzyjaźniona z Grossem.
Dopiero w tym kontekście zrozumieć można ten, oderwany od okupacyjnej rzeczywistości, naiwny, ale charakterystyczny dla jego stylu fragment zbioru esejów „Upiorna dekada”: „Żadna policja nie jest w stanie egzekwować nagminnie łamanych przepisów. Gdyby jeden Polak na pięciu czy na dziesięciu – nie zaś jeden na stu czy dwustu – pomagał jakiemuś Żydowi, gestapo byłoby bezradne”. Innymi słowy: gdyby Polacy bardziej się postarali, choćby tak jak jego matka, nie zginąłby żaden Żyd.
Autor „Strachu” urodził się dwa lata po wojnie. Grossowie mieszkali wówczas na ulicy Marszałkowskiej. On został docentem na Polskiej Akademii Nauk i jako doskonały muzyk zapisał się do Związku Kompozytorów Polskich. Ona zajęła się tłumaczeniem literatury francuskiej. Beauvoir, Dumas ojciec, Hugo, Maurois, Stendhal, Zola. Zygmunt Gross, jako stary pepeesiak, należał do partii, ale nie odgrywał w niej większej roli.
– To była doskonała, aktywna towarzysko warszawska rodzina intelektualistów. Z korzeniami osadzonymi w inteligencji przedwojennej. Dlatego Gross otrzymał staranne polskie wychowanie. Czuł się Polakiem, nie miał żadnej identyfikacji żydowskiej – opowiada Barbara Toruńczyk, której rodzice przyjaźnili się z Grossami. – Gdyby Grossowie żyli sto pięćdziesiąt lat wcześniej, Adam Mickiewicz opisałby ich chyba w „Panu Tadeuszu” – dodaje Irena Lasota.
Podobnego zdania jest zaprzyjaźniony z Grossem Aleksander Smolar: – Próby tłumaczenia tego, co robi Gross, według schematu „nowojorski Żyd-polakożerca pluje na nasz kraj” są absurdalne. Janek tak naprawdę nie ma pojęcia o Żydach. Po prostu się na nich nie zna i mało go obchodzą. On pisze o Polakach, dla Polaków i jako Polak. Jako polski intelektualista zatroskany o własny naród. Człowiek o wielkiej wrażliwości moralnej.
Potwierdza to jeden z najwybitniejszych amerykańskich historyków zajmujących się powojenną Europą, a zarazem przyjaciel Grossa profesor Uniwersytetu w Nowym Jorku Tony Judt. – Jan jest oskarżany w kraju o antypolskie fobie? Niech pan nie żartuje. W Ameryce podobne stwierdzenie może wywołać tylko śmiech. On ma tu opinię ambasadora polskości, polskiej kultury i polskiej racji stanu. Poznaliśmy się chyba w 1982. Janek miał wówczas zawsze wpięty znaczek „Solidarności” w klapę. To on zainteresował mnie Mickiewiczem, Zagajewskim, polską literaturą i historią. Regularnie bywałem u niego w domu. To był polski dom.
Diametralnie inaczej o Grossie mówią przedstawiciele amerykańskiej Polonii. – Ten człowiek to niewdzięcznik. Pamiętam, jak Grossowie po 1968 roku przyjechali do Ameryki. Mieli problemy z wjazdem z powodu partyjnej przynależności ojca. Wstawił się za nimi Stefan Korboński. Wytłumaczył Amerykanom, że komunistyczny PPR siłą wchłonął „przyzwoity” PPS i że ojciec Grossa pochodził właśnie z tego nurtu – opowiada chcący zachować anonimowość polski historyk pracujący w USA.
Młody, wybitnie zdolny intelektualista „z kraju”, który szybko zrobił doktorat z socjologii na Yale, został bardzo ciepło i z dużymi nadziejami przyjęty przez elity amerykańskich Polaków. – Na początku pisał bardzo patriotyczne, antysowieckie książki. Polacy go bardzo szanowali – opowiada Frank Milewski, szef komitetu przeciwko zniesławieniom Kongresu Polonii Amerykańskiej.
Między innymi „Polish Society under German Occupation” (1979), kultowe również w drugim obiegu w kraju „W czterdziestym nas matko na Sybir zesłali...” (1983) czy wreszcie „Revolution from Abroad” (1988), błyskotliwe studium na temat sowietyzacji Kresów w latach 1939 – 1941.Prof. Ewa Thompson z Uniwersytetu w Houston niegdyś bardzo ceniła Grossa, teraz ostro go krytykuje. – Pamiętam, jak ukazała się „Revolution from Abroad”, szłam wtedy do księgarni i błogosławiłam Grossa za tę książkę. Ale wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Żadne amerykańskie czasopismo, na czele z branżowymi periodykami, nie napisało na jej temat nawet jednego słowa. Nie ukazała się żadna recenzja. Spytałam o to Grossa. Wzruszył ramionami, ale musiało mu to dać sporo do myślenia – opowiada prof. Thompson.
Chcący zachować anonimowość historyk mówi wprost: – Gross jest bardzo ambitny. Zorientował się, że pisząc książki o zbrodniach sowieckich na Polakach, nigdy w Stanach Zjednoczonych nie wypłynie na szersze wody. Nie chciał być skazany na polonijną niszę. Poczuł, skąd wieje wiatr. Zrozumiał, że nic tak nie popłaca, jak pisanie z żydowskiej perspektywy antypolskich książek. Ten zwrot mu się opłacił. Dostał profesurę w Princeton i zarobił dużo pieniędzy.
Przyjaciół prof. Grossa podobne hipotezy oburzają. – Gross i chęć zysku? To haniebne i nikczemne oskarżenie. Doskonale go znam i wiem, że pieniądze są ostatnią rzeczą, o jakiej myśli. Proszę zresztą spojrzeć na jego tryb życia, na jego ubiór – mówi Aleksander Smolar. Niemniej jednak w Grossie musiała się dokonać jakaś przemiana. Co się stało, że człowiek piszący antykomunistyczne, patriotyczne książki rozpoczął nagle krucjatę wymierzoną w „demony polskiego antysemityzmu” i „katoendecję”?
– Być może do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć. Z drugiej strony już w połowie lat 80. w wydawanym przeze mnie na emigracji „Aneksie” opublikował bardzo ważny tekst na temat stosunków polsko-żydowskich, w którym postawił mocne tezy – wspomina Smolar.
Wielu krytyków Grossa pytanych o jego nagły zwrot wskazuje jednak na amerykańskie środowisko akademickie, w którym obraca się od kilku dziesięcioleci. – Gross, chcąc nie chcąc, przesiąkł tutejszą atmosferą i zaabsorbował tutejsze prądy intelektualne – tłumaczy prof. Thompson. Amerykańscy historycy coraz częściej czynią z Holokaustu centralne wydarzenie II wojny światowej, dla którego właściwe działania wojenne, nie mówiąc już o cierpieniach innych narodów, były tylko tłem.
W takiej wersji historii zagłada Żydów staje się jedyną zbrodnią, do jakiej doszło podczas wojny. Wszelkie inne ofiary schodzą na plan dalszy, relacje ocalałych są niepodważalne, a coraz więcej winy przerzucanych jest na „nazistowskich kolaborantów”. Tak mniej więcej wygląda lista zarzutów, jakie najczęściej wysuwane są przeciwko książkom Grossa.
W rozmowach na temat motywów, jakimi kieruje się Gross, cały czas jak bumerang powraca jednak, być może najważniejsza w jego życiu, data: marzec 1968. Czyli czas, gdy – jak określono to w ubeckich papierach – „brał aktywny udział w przygotowaniu i inspirowaniu zajść na terenie Uniwersytetu Warszawskiego”, a następnie przez pięć miesięcy siedział w więzieniu.
– Gross należał do ścisłego kręgu, grupy dwudziestu, dwudziestu pięciu osób stanowiących trzon środowiska komandosów, przywódców marcowej opozycji studenckiej – opowiada inny ówczesny opozycjonista Józef Dajczgewand. Z częścią z nich poznał się jeszcze w szkole średniej – liceum im. gen. Karola Świerczewskiego – z częścią w harcerstwie. Niezwykle inteligentny i błyskotliwy młody człowiek szybko zyskał sobie szacunek kolegów. Na początku lat 60. współzakładał (m.in. z o rok starszym Michnikiem) Klub Poszukiwaczy Sprzeczności.
SB zainteresowało się nim po raz pierwszy w 1966 roku, gdy w imieniu studentów UW wygłosił odważne przemówienie na zebraniu na Politechnice Warszawskiej. Udzielono mu wówczas ostrzeżenia, że jeżeli nadal będzie „wywoływać zamęt i gloryfikować tendencje, które zostały potępione przez Partię”, może się spodziewać „konsekwencji administracyjnych i prawnych”. Gross obiecał wówczas, że sprawę przemyśli.
I podjął dobrą decyzję, bo gdy dwa lata później na Uniwersytecie rozpoczęło się opozycyjne wrzenie, odważnie rzucił się w wir wydarzeń. 10 marca pojechał do Krakowa, gdzie miał za zadanie skłonić tamtejszych studentów i wykładowców do zamanifestowania solidarności z bitymi studentami Warszawy. To właśnie ten wyjazd posłużył bezpiece jako bezpośredni pretekst do jego aresztowania.
W areszcie śledczym spędził pięć miesięcy, a po wyjściu na wolność razem z rodzicami złożył podanie o wyjazd do Izraela. Zostało błyskawicznie rozpatrzone i Grossowie na zawsze opuścili Polskę. Rozpętana przez komunistów kampania antysemicka, której padł ofiarą, a szczególnie bezpośrednie kontakty z przesłuchującym go esbekiem musiały być wielkim szokiem dla 21-letniego polskiego studenta z dobrego domu.
– Oni bardzo często używali wobec nas antysemickiej retoryki. Pamiętam, jak przesłuchujący mnie esbek powiedział: „Nie rozumiesz? Może gdybym mówił po żydowsku, tobyś zrozumiała?” – opowiada Barbara Toruńczyk. Warto postawić pytanie, czy konfrontacja z prymitywnym, odwołującym się do antysemickich resentymentów esbekiem nie odbija się przypadkiem do dziś echem w jego książkach?
Mówi Józef Dajczgewand: – Ci ludzie byli profesjonalistami, byli dobrzy w swoim fachu. W brutalny sposób złamali tego chłopaka. Myślę, że do dzisiaj tamte więzienne przeżycia są dla niego wielką traumą. Że jego książki są odpowiedzią na to, co się wówczas działo w gmachu aresztu. To widać w stylu, jakim pisze. Jego język jest językiem emocji. Gross jest stroną pewnego sporu, niejako uczestnikiem opisywanych wydarzeń. Marzec był dla niego w pewnym sensie przedłużeniem wojny. W takiej sytuacji nie ma miejsca na bezstronność.
Niewykluczone, że jeszcze bardziej od śledztwa i więzienia traumatyczny dla Grossa był sam wyjazd z Polski. – To był wielki dramat życiowy Janka. Przez pierwsze kilka lat w Stanach, a był przecież bardzo młodym człowiekiem, zupełnie posiwiał. Miał poczucie, że zostawił kolegów w trudnej sytuacji. Bo wylądował za oceanem, gdzie mógł się dalej uczyć, rozwijać, a oni zostali w tej straszliwej, szarej, komunistycznej Polsce. Myślę, że jego ostatnie książki są w dużej mierze wynikiem poczucia winy wobec Michnika – podkreśla prof. Jadwiga Staniszkis.
Gross bowiem, choć mieszkał w Stanach Zjednoczonych, żywo interesował się krajem. Angażował się w pomoc ofiarom wydarzeń 1976 roku, a później stanu wojennego. Starał się publikować w drugim obiegu. Podjął współpracę z KOR, odbudowując – zerwaną na pamiętnych urodzinach w 1967 roku – przyjaźń z Adamem Michnikiem i innymi starymi znajomymi. Po 1989 swoją wiedzę na temat wydarzeń z kraju czerpał zaś z czytanej codziennie „Gazety Wyborczej” oraz rozmów z podobnie myślącymi przyjaciółmi.
Prof. Jadwiga Staniszkis: – W ten sposób Janek otrzymywał zdeformowany, przejaskrawiony obraz polskiej rzeczywistości. Kraju, w którym siły postępu, reprezentowane przez jego znajomych, zmagają się z tradycyjnymi polskimi demonami antysemityzmu i endecji. Uwierzył, że każdy, kto w Polsce krytykuje Michnika, robi to, bo jest on Żydem. A ponieważ czuł się winny, że opuścił go w 1968, postanowił włączyć się do walki z „ciemnymi instynktami drzemiącymi w polskim narodzie”, pisząc „Sąsiadów” i „Strach”. Tak więc realny problem nierozliczenia się Polaków z trudną przeszłością powiązał z dzisiejszą walką polityczną.
Gross podjął zresztą próbę powrotu do Polski. Zaraz po upadku komunizmu wraz z żoną i dziecmi zamieszkał w Warszawie. Nastrój, jaki wówczas panował w środowisku, w którym się znalazł, wspomina zaprzyjaźniona z Ireną Grudzińską, żoną Grossa, Barbara Toruńczyk: – Byliśmy przerażeni tym, co się dzieje. Na murach swastyki i powieszone gwiazdy Dawida, straszliwe artykuły w rozmaitych dziwnych periodykach. Ludzie potrafili na ulicy człowieka wyzwać od „Żydka”. Coś, czego za komuny nie było. To wszystko, gdy nie było już nad nami komunistycznej władzy, wyszło na wierzch. Atmosfera była wyjątkowo ohydna, gdzieś zniknęła cała magia polskich robotników, która tak nas urzekła w latach 80.
Wystarczy przejrzeć roczniki „Gazety Wyborczej” z pierwszych lat po odzyskaniu niepodległości, żeby się zorientować, jak ówczesną rzeczywistość widziało środowisko, w którym obracał się Gross. Wydawać by się mogło, że niebawem mają wybuchnąć pogromy, a Polska zaraz stoczy się w otchłań skrajnie nacjonalistycznej dyktatury.
– Wtedy Gross oko w oko zetknął się z tłuszczą. Wychodząc z domu na ulicę, mógł się czuć jak podczas łapanki – opowiada Barbara Toruńczyk. Przerażony po roku wrócił do Stanów Zjednoczonych, po kilku latach wydał „Upiorną dekadę”, pierwszą z serii kontrowersyjnych książek o polskim antysemityzmie.
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE