Świat na bani

aktualizacja: 01.06.2012, 17:36
Foto: Fotorzepa, MW Michał Walczak

WHO oblicza, że ludzkość wypija rocznie prawie 40 milionów metrów sześciennych czystego alkoholu. Jak wypija i z jakim skutkiem?

1 czerwca to Dzień bez Alkoholu. Tekst z tygodnika Przekrój
Z prawie 250-stronicowego raportu Światowej Organizacji Zdrowia można wyciągnąć kilka interesujących wniosków. Oto one.
Pierwszy: globalnie rzecz biorąc, największym wzięciem wśród amatorów napojów wyskokowych cieszą się piwo i wódka. Wino króluje tylko w krajach śródziemnomorskich i gdzieniegdzie w Ameryce Południowej.
Drugi: zdecydowanie najbardziej rozpitym kontynentem jest Europa (ponad 12 litrów czystego alkoholu rocznie na każdego obywatela w wieku powyżej 15 lat). Europejczycy piją o wiele więcej niż mieszkańcy obu Ameryk (8,67 litra), Azji i Afryki (nieco ponad 6 litrów).
Trzeci: Polacy znowu piją więcej. Z wynikiem 13,3 litra na obywatela (dwa razy więcej niż przeciętny mieszkaniec Ziemi; norma jak na Europejczyka) dobijają do niechlubnego poziomu, który osiągnęli za Gierka. Zmieniają się tylko proporcje, wódka została wyparta przez piwo. Winem – jak zawsze – Polak generalnie gardzi.
Czwarty: w ciągu roku picie zabija dwa i pół miliona ludzi – więcej niż AIDS czy gruźlica. Alkohol jest przyczyną czterech procent wszystkich zgonów na świecie.
Piąty: picie częściej zabija mężczyzn niż kobiety.
Szósty: statystyczny konsument alkoholu jest coraz młodszy. Nie oznacza to bynajmniej, że picie hamuje procesy starzenia. Przyczyna jest znacznie bardziej banalna: po prostu młodzież coraz częściej zagląda do kieliszka.
I siódmy: picie piciu nierówne. Przykłady? Rosjanie spożywają mniej więcej tyle samo czystego alkoholu co Francuzi, ale to Rosjan dziesiątkują zgony spowodowane piciem. Ugandyjczycy są biedni, ale piją więcej niż bogaci Brytyjczycy. Azjaci z południowo-wschodniej części kontynentu zaglądają do kieliszka równie chętnie jak Europejczycy, ale upijają z niego znacznie mniej.

Dzielenie radości na trzech

Nigdy nie piją w samotności – tak o Rosjanach (15,7 litra spirytusu rocznie na osobę według WHO) mówi mi Per Dalgaard, znajomy duński dziennikarz, który od lat mieszka w Rosji. – Nawet duety to rzadkość. Kto ma flaszkę, ten szuka kompana, bo we dwóch łatwiej znaleźć trzeciego do picia. Trio to minimum przyzwoitości. Picie to radość, a radością przecież trzeba się dzielić – wyjaśnia.
Rosjanie dzielą się tą radością od niepamiętnych czasów. Picie w tym kraju prawie nigdy nie było ograniczane. Wręcz przeciwnie – władze starały się zachęcać swoich podwładnych do jak największej konsumpcji. Już około 1550 roku pierwszy car Rosji Iwan Groźny nakazał budowanie karczm, które oferowały pędzony przez siebie bimber. W ten sposób rozpoczęła się symbioza ludu i władzy. Lud miał napitek, a władza pieniądze, bo wpływy ze sprzedaży alkoholu trafiały do państwowej kasy. Z czasem doszło do tego, że stanowiły one jedną trzecią całego budżetu. Na ten układ targnęli się dopiero bolszewicy w 1917 roku, ale dali sobie spokój, gdy zorientowali się, że tracą cenne źródło finansowania państwa, bo lud przerzucił się na nielegalną produkcję. Władza radziecka szybko cofnęła więc wszystkie ograniczenia i sytuacja wróciła do normy – a nawet ją przekroczyła. W 1930 roku w Moskwie liczba zgonów z przepicia wzrosła 15-krotnie w porównaniu z czasami sprzed rewolucji.
Dalgaard mówi: – Ostre picie jest częścią rosyjskiej mentalności i kultury. Trudno zmienić mentalność. A kulturę jeszcze trudniej.
W 1985 roku błąd bolszewików powielił Michaił Gorbaczow. Ostatni przywódca Związku Radzieckiego – zaraz po tym, jak na spowodowaną ogromnym piciem marskość wątroby zmarł jego poprzednik Konstantin Czernienko – wprowadził szereg drakońskich obostrzeń. Nakazał podnieść cenę wódki o 25 procent i ograniczyć jej produkcję. Obywatele wpadli w panikę. Zaniepokojona prasa doniosła, że w kolejce przed jednym z moskiewskich sklepów monopolowych ustawiło się 3 tysiące osób. Gdy trzy lata później władza podsumowała efekt kampanii abstynenckiej, dwie rzeczy stały się jasne: spożycie nie spadło, spadły za to wpływy – i to aż o 20 milionów rubli. Ograniczenia zostały usunięte, podobnie zresztą jak autorzy pomysłu, dwaj prominentni członkowie politbiura – Jegor Ligaczow i Michaił Sołomiencew.
W 1992 roku (a więc już w czasach poradzieckich, krajem rządził wtedy stroniący od abstynencji Borys Jelcyn) statystycy przeprowadzili badanie alkoholizmu Rosjan. Próba, która objęła 12 tysięcy osób, przyniosła następujące rezultaty: 80 procent mężczyzn i 60 procent kobiet pije dziennie przynajmniej „setkę" czystego spirytusu. Autorzy raportu ostrzegli jednak, że nawet tak przerażające wyniki mogą być zaniżone, bo w ankiecie wzięły udział tylko osoby przytomne – co oznacza, że grupa badanych być może wcale nie była reprezentatywna.
Co piją nasi wschodni sąsiedzi? W legalnym obrocie królują wódka (63 procent konsumpcji) i piwo. W nielegalnym – pędzony powszechnie samogon, Eskulap (dostępny w aptekach spirytus medyczny, dwa razy tańszy od wódki) i woda „Różana" (40-procentowe eau de cologne). Najwięksi twardziele rozcieńczają spirytus przemysłowy płynem hamulcowym – jak w 2000 roku grupa syberyjskich drwali. – Chciało nam się pić, najbliższa wieś była oddalona o kilkadziesiąt kilometrów – mówił potem rosyjskiej prasie jedyny drwal, który przeżył ten raut. Jego 10 kolegom się to nie udało.
Dziś Rosja przechodzi kolejną bolesną próbę odwyku. Władze podniosły cenę wódki z sześciu do ośmiu złotych za pół litra i ograniczyły nocny handel alkoholem. Najbardziej rewolucyjną zmianą jest jednak zakwalifikowanie piwa do kategorii napojów wyskokowych (do tej pory było artykułem z kategorii żywności, a więc żadne ograniczenia go nie obejmowały). Tylko patrzeć, jak kasa znów zacznie świecić pustkami.

Dwudziestopak z ginem

W poprzednich alkoholowych rankingach przeprowadzanych między innymi przez WHO regularnie przodowała Uganda (kiedyś 20 litrów na osobę, teraz 15,2). W najnowszym nieoczekiwanie straciła prowadzenie na rzecz Mołdawii (18,2 litra). To by znaczyło, że w przeciągu zaledwie jednego roku Ugandyjczycy ograniczyli picie o 25 procent. – Z moich obserwacji wynika, że to niemożliwe – mówi mi Barbara Among, dziennikarka ugandyjskiej gazety „New Vision", autorka tekstu o alkoholizmie swoich rodaków. – Bary są pełne, produkcja alkoholu idzie pełną parą, nawet picie adżono znów stało się popularne.
Adżono to lokalne piwo z prosa. Sześć procent alkoholu, dużo witamin, żelaza i wapnia. Sączy się je zbiorowo z jednej kadzi, za pomocą epi, czyli specjalnej długiej słomki. Kiedyś wszystkich pijących obowiązywała jedna prosta zasada: po trzech minutach epi wędruje do sąsiada. Nie wszyscy się do niej stosowali, a poza tym okazało się, że picie przez jedną słomkę sprzyja rozprzestrzenianiu się gruźlicy. Adżono zaczęło wychodzić z mody. Dziś przeżywa renesans, bo właściciele barów zaczęli lansować hasło: „Każdy ma prawo do własnej słomki".
Radością picia Ugandyjczycy dzielą się ze sobą jeszcze chętniej niż Rosjanie. Piją gromadnie, przeważnie wieczorem, dowolnie długo, bo knajpy są czynne do ostatniego klienta, czyli w zasadzie 24 godziny na dobę. Piją do woli, bo adżono jest tanie. – Moim zdaniem to tu się pije najwięcej na świecie – podsumowuje Among, ale nie słychać w tym dumy.
Adżono to zaledwie kropla w morzu alkoholowej inwencji mieszkańców kraju nad Jeziorem Wiktorii. Rosjanie i pewnie każda inna nacja mogliby się sporo od nich nauczyć. Inne piwa, w których Ugandyjczycy topią swoje radości, to omuramba (z sorgo), tonto (z zielonych bananów), kweete (ze słodkiej kukurydzy) czy kidongo (piwo robione z fusów po kweete zaprawionych brązowym cukrem z wodą i odstawionym na noc, by sfermentowało). Amatorzy „normalnego" piwa mają do dyspozycji jasne Specjalne Nilowe.
Oprócz piw są mocniejsze trunki. Najbardziej powszechny to waragi – dosłownie „dżin wojenny" destylowany z bananów, prosa czy trzciny cukrowej, często pędzony na takich świństwach jak metyl, formaldehyd czy elektrolit. To właśnie taki dżin był w zeszłym roku przyczyną śmierci 80 uczestników przyjęcia weselnego. Konkurentami waragi są jeszcze dżiny kasese (z bananów) i lira lira (z manioku). Uzupełnieniem oferty jest tania whisky Bond 7 sprzedawana w saszetkach o pojemności 60 mililitrów. Pudełko z 20 takimi saszetkami kosztuje 15 złotych. W Polsce taki zestaw nazywałby się pewnie dwudziestopakiem. W Ugandzie nazywa się tot pack (kroplopak).
Uganda to biedny kraj (1200 dolarów PKB na mieszkańca), ale amatorzy picia dzielnie godzą się na rozmaite wyrzeczenia. W 2007 roku mieszkańcy wsi (87 procent populacji to wieśniacy) wydawali na alkohol i papierosy połowę swoich dochodów. I nie ograniczali się nawet po podwyżkach cen. Barbara Among przytacza przykład niejakiego Flugence'a Manirho, który zarabia na życie, wożąc pasażerów swoim boda boda – czyli zwykłym rowerem robiącym za taksówkę. Będzie musiał zaoszczędzić na mleku i mięsie, żeby móc spędzać wieczory z przyjaciółmi.

Prawie abstynenci

I Rosja, i Uganda są krajami wyjątkowymi. Pierwszy ze względu na apokaliptyczną wręcz skalę picia, drugi – bo zdecydowanie wyróżnia się na tle dość wstrzemięźliwej Afryki. Trzecim wyjątkiem jest Azja Południowo-Wschodnia. Takie kraje, jak Chiny, Tajlandia czy Japonia, przyjęły (każdy na swój sposób) zachodni styl bycia, są bogate i w żaden sposób nie reglamentują sprzedaży alkoholu. Teoretycznie więc wzorem państw zachodnich powinny plasować się w najbardziej rozpitej czołówce. Tymczasem bardzo im do niej daleko. Przeciętny Chińczyk wypija rocznie 5,9 litra alkoholu. Tajlandczyk – 7,1 litra, a Japończyk – 8 litrów.
Jedną z głównych przyczyn takiego stanu rzeczy jest fizjologia. Wielu Azjatów ma deficyt tak zwanego genu dehydrogenazy alkoholowej (ALDH2). Mówiąc prościej, ich wątroba nie trawi spożytego alkoholu i ten w postaci aldehydu octowego zatruwa organizm. Rezultat to niemal natychmiastowy ból głowy, nudności i zawroty. Na niedobór ALDH2 cierpi około 10 procent ludzkości – znakomita większość w tej grupie to mieszkańcy Azji Południowo-Wschodniej. Jak na przykład Kazuo.
Kazuo poznałem w 2006 roku w Afganistanie (zero litrów rocznego spożycia). Był pracownikiem jednej z japońskich misji humanitarnych, które pomagały w odbudowie Kabulu. Dosiadł się do nas, gdy wraz ze znajomym Afgańczykiem zaczęliśmy rozpijać butelkę whisky. Chętnie zgodził się nam w tym pomóc.
W jego przypadku brak enzymu objawił się błyskawicznie. Jego angielszczyzna, całkiem niezła na początku, stawała się coraz bardziej niewyraźna. Gdy kończył pierwszą kolejkę, przyznał, że nie przepada za whisky, bo jest za mocna. Gdy kończył drugą, śmiał się z siebie, że jak każdy Japończyk nie umie wymówić spółgłoski „l". A po trzeciej kolejce miał już problemy z większością spółgłosek. Czwartej kolejki nie było. Wykończony Kazuo podniósł się z trudem z wiklinowego krzesła i zniknął w swoim pokoju. Następnego dnia powiedział mi, że miał noc pełną przygód, i przysiągł, że już nigdy w życiu nie weźmie whisky do ust.
60 procent alkoholu spożywanego przez Japończyków to piwo albo sake – łagodne wino z ryżu. Od razu widać, kto ma problem z dehydrogenazą. Tylko Koreańczycy z południa (14,8 litra na osobę) dzielnie radzą sobie z jej niedoborem. Piją dużo i właściwie tylko mocne trunki. Taki wyjątek od wyjątku.
MAŁY PORADNIK ALKOHOLOWY

Szkoła rosyjska , czyli jak wypić dużo i nie stracić kontaktu z rzeczywistością

Wyjście bez większego szwanku z suto zakrapianej imprezy jest osiągalne dla każdego (bez względu na narodowość), kto zastosuje się do poniższej, stosowanej od wieków, trzystopniowej strategii:
PRZED Zanim odbijemy łokciem pierwszą butelkę, dobrze jest spożyć dwa gotowane ziemniaki, ewentualnie wypić dwa surowe jajka i łyżkę oliwy z oliwek.
W TRAKCIE Nie pić wina, piwa, napojów gazowanych. Jeszcze bardziej karygodne jest mieszanie alkoholi. Tylko wódka i tylko wychylana jednym haustem. Sączenie – surowo zakazane. Każdą kolejkę należy natychmiast zakąsić.
Nie zakąszać byle czym. Tylko tłustym (jak smalec z czosnkiem), kwaśnym (jak cytryna) lub słonym (jak ogórki kiszone).
Podczas picia rozmawiać, bo nic tak nie zwala z nóg jak milczenie.
PO Porannemu kacowi najlepiej zapobiega zimne piwo albo sok z ogórków kiszonych. Picie klina z wczorajszej wódki odradzają nawet Rosjanie, twierdząc, że to metoda dla zawodowych alkoholików. Normalnemu człowiekowi tylko zaszkodzi.

Szkoła europejska , czyli jak wypić mało i paść:

Należy postępować dokładnie wbrew szkole rosyjskiej
Tekst z tygodnika Przekrój, marzec 2011

POLECAMY

KOMENTARZE