W obronie euro

aktualizacja: 02.01.2012, 21:08
Mateusz Machaj
Mateusz Machaj
Foto: Archiwum

Upadek wspólnej waluty oznaczałby dla europejskich przywódców groźbę utraty władzy, a na pewno całkowitą zmianę jej formuły – uważa ekonomista

Na naszych oczach upada wariant strefy euro zaprojektowany kilkanaście lat temu. Od początków jej istnienia kwestionowano, czy w takiej formie unia walutowa jest do utrzymania. Wpisane są w nią odgórnie ekonomiczno-polityczne konflikty, które – co widać dziś jak na tacy – skazują pomysł wspólnej politycznie produkowanej waluty na porażkę. Przesądzający o tej porażce jest sposób finansowania deficytów budżetowych poszczególnych państw strefy.
Problem ten wyczerpująco opisał niemiecki ekonomista Philipp Bagus* w książce "Tragedia euro" (tytuł inspirowany tak zwanym dylematem wspólnego pastwiska). W strefie euro istnieją suwerenne wobec siebie ośrodki władzy fiskalnej. Z jednej strony istnieje urząd do kreacji pieniądza, czyli Europejski Bank Centralny, z drugiej – suwerenne rządy, które prowadzą własną politykę fiskalną i niezależnie od siebie zadłużają się na szczeblu narodowym. A jednak unia walutowa zaczęła być postrzegana jako strefa, w której istnieje pewna wspólna odgórnie sterowana polityka fiskalna. Sztorm rynkowy, który dziś obserwujemy, jest rezultatem popełnienia tego błędu.
Tymczasem żadnej unii fiskalnej nie ma. Okazało się, że ratunek dla bankrutujących państw nie jest tak pewny, jak niektórym się wydawało. A skoro niekoniecznie ratunek musi nadejść, to zaufanie, które pokładano w tej strefie, było przedwczesne. Krajom słabszym fiskalnie ufano na wyrost tylko dlatego, że stały się częścią klubu europejskiego. Obligacje rządowe Grecji czy Włoch (czyli krajów, które przed wprowadzeniem euro miały słabe waluty), zaczęto traktować jako bardzo bezpieczne papiery skarbowe.
Niebagatelną, a nawet kluczową, w tym rolę odegrał Europejski Bank Centralny, który przyczyniał się do zwiększania ilości pieniądza w strefie euro pod zastaw tych obligacji tak, jakby były równie bezpieczne co niemieckie. Dzięki tej pośredniej pomocy EBC kraje słabsze fiskalnie mogły się tanio zadłużać w mocnej walucie i finansować swój deficyt na koszt pozostałych członków strefy. Obecnie EBC odgrywa rolę jeszcze ważniejszą, gdyż skupuje te papiery mimo ich śmieciowego ratingu.

Europejski  Bank Polityczny

Warto wrócić do tego, jak rozpoczęto tworzenie wspólnej unii walutowej. By idea wspólnego europejskiego pieniądza mogła się ziścić, powołano Europejski Bank Centralny. EBC, tak samo jak każdy inny bank centralny, jest instytucją polityczną. Dlatego celem utworzenia strefy euro nie było tylko i wyłącznie wprowadzenie wspólnego pieniądza, który dawałby korzyści wszystkim krajom w wymianie międzynarodowej. Gdyby twórcy euro rzeczywiście postawili sobie taki cel, to powróciliby do pieniądza kruszcowego, który obowiązywał w Europie setki lat.
W historii Europy istniała już swobodna wymiana handlowa między krajami, swobodny przepływ ludzi, naturalna integracja europejska bez biurokratycznego serca bijącego w Brukseli. Głęboka integracja gospodarcza nie jest nowym wynalazkiem wymyślonym po drugiej wojnie światowej. Podobnie z ideą wspólnego pieniądza. Dlatego celem powołania unii walutowej było coś więcej niż tylko wspólna waluta. Było nim stworzenie bardzo silnego ośrodka władzy – europejskiej władzy kreacji pieniądza.
Pieniądz kruszcowy to, najprościej mówiąc, pieniądz oparty na obiektywnym standardzie, np. ilości złota. Istnieje więc realnie, nie tylko wirtualnie, a jego produkcja zależy od kosztów produkcji. Z tym fizycznym ograniczeniem wiążą się poważne konsekwencje gospodarcze dla systemu politycznego. Zaawansowany system redystrybucji i rozbudowany sektor finansów publicznych mogą istnieć w zasadzie tylko w warunkach pieniądza produkowanego przez bank centralny. Bez tego atrybutu państwowy sektor musiałby się poważnie skurczyć (gdyż nie mógłby korzystać z inflacji ani emitować długu publicznego na taką skalę jak obecnie).
Barierami dla wprowadzenia ekonomicznie uzasadnionego, wspólnego i niezależnego od władzy pieniądza są więc polityczne aspiracje dzisiejszych państw. By wprowadzić taki pieniądz, współczesne rządy musiałyby zrezygnować z bardzo ważnych dla nich prerogatyw. A tworzenie pieniędzy to ogromna siła, gdyż dzięki niej państwa otrzymują dodatkowe środki na realizację swych obietnic.

Komu to było na rękę?

Kraje strefy euro zdecydowały się przekazać ten przywilej instytucjom unijnym. Dlaczego rządy europejskie chętnie pozbyły się tej władzy? Zrobiły to między innymi po to, by jednocześnie osłabić Bundesbank, niemiecki bank centralny. Bank ten był straszakiem wszystkich banków centralnych Europy, ponieważ prowadził najmniej inflacyjną politykę.
Marka niemiecka była kagańcem na zapędy fiskalne wszystkich słabszych krajów, jak Grecja, Włochy czy Hiszpania. Kraje te, by móc się zadłużać, musiały płacić za to większe odsetki. Dzięki utworzeniu wspólnego banku centralnego państwa te zyskały możliwość tańszego zadłużania się w mocnej walucie na koszt pozostałych. A marka niemiecka przestała być "bezpieczną przystanią" przed konsekwencjami nieodpowiedzialnych budżetów denominowanych w drachmie, lirze i pesetach.
Dlaczego na utratę Bundesbanku zgodziły się Niemcy? Możemy rozważyć różne hipotezy. Philipp Bagus twierdzi na przykład, że kwestia sprowadza się do zjednoczenia Niemiec. W celu akceptacji takiego zjednoczenia ze strony innych państw rząd RFN miał wyrazić zgodę na projekt eurostrefy. Połączywszy obie republiki, Niemcy ponownie stały się niekwestionowanym imperium polityczno-gospodarczym ledwie 50 lat po drugiej wojnie.
A powtórne powstanie tak silnego imperium w samym centrum Europy niosło w oczach Zachodu wiele niebezpieczeństw. Francja i inne kraje europejskie miały wyrazić na to zgodę, pod warunkiem że Niemcy część władzy oddadzą instytucjom unijnym. I tą władzą miał być właśnie Bundesbank (interesującą kwestią jest to, że EBC ma siedzibę we Frankfurcie, a nie w Brukseli).
Nawet jeśli ta teoria nie jest do końca prawdziwa, wskazuje ona słusznie na to, że wszelkie rezygnacje z władzy są najczęściej realizowane w celu uzyskania profitów w innych miejscach. W każdym razie Niemcy, by uzyskać rozmaite korzyści związane z funkcjonowaniem w instytucjach unijnych, zgodziły się na utratę swojego banku centralnego.
Niezależnie od tych rozważań politycznych należy pamiętać, że wspólna waluta przynosi niewątpliwe gospodarcze korzyści, których nie zakwestionuje nawet jej największy sceptyk. W dodatku na tej walucie zyskał w ostatnim czasie niemiecki eksport. Biedniejsze kraje było stać na jego kupowanie. Silna waluta na zewnątrz Niemiec przynosiła więc korzyści dla niemieckiego sektora eksportowego. Niestety, okazało się, że odbywa się to poprzez napływy wątłego kapitału w rządowe obligacje słabych państw.
Gdy Grecja wyjdzie ze strefy euro, będzie zmuszona do oszczędności i nie będzie już jej stać na import z Niemiec. Pod tym względem rozpad strefy euro będzie wymagał również odczuwalnego dostosowania po stronie niemieckiego przemysłu. Choć jak pokazuje powojenna historia, tak silne gospodarcze kraje jak Niemcy, Japonia czy Szwajcaria potrafią szybko budować sektor eksportowy, a bardzo silna waluta wcale w tym nie przeszkadza.

Euro lepsze od marki

Niektórzy przewidują, że w dzisiejszej sytuacji Niemcom najbardziej opłacałoby się wyjście ze strefy euro i powrót do marki. Wszystko zależy od horyzontu czasowego i zmiennych, które uwzględnimy. O ile w dłuższej perspektywie po sztormie Niemcom powrót do marki mógłby się opłacić, to w ujęciu krótkoterminowym mogłoby to oznaczać bardzo kosztowne dostosowanie.
W momencie wystąpienia RFN ze strefy euro rynki momentalnie przestałyby ufać już niewspólnej walucie europejskiej. Marka niemiecka stałaby się kolejnym frankiem szwajcarskim. Ogrom kapitału zainwestowanego w euro przepływałby do marki. A tak radykalne umocnienie się nowo przywróconej waluty oznaczałoby bolesny proces przejściowy dla niemieckich eksporterów.
Głównie z tego powodu kanclerz Merkel nie chce wyjść ze strefy euro. Choć po tym sztormie gospodarkę niemiecką czekałyby prawdopodobnie korzystne wiatry, to problemem jest właśnie ten sztorm. I zamiast wyjść naprzeciw zbliżającemu się sztormowi, politycy wolą grzęznąć na bagnach, stojąc w miejscu.
W obecnej sytuacji politycznej Niemcom jest na rękę ratowanie strefy euro. Nie oznacza to, że strefa musi przetrwać w pełnym, nieokrojonym zakresie. Możliwe, że szansę na dalsze trwanie we wspólnej unii walutowej dostaną wszystkie kraje dotychczas w niej będące, ale np. jedną z sankcji grożących za nieprzestrzeganie paktu fiskalnego byłaby możliwość wyrzucenia niesfornego państwa ze wspólnej strefy.

Wszystko  w rękach polityków

Choć jeśli historia ostatnich dziesięciu lat strefy euro mogłaby nas czegokolwiek nauczyć, to niewątpliwie tego, że europejskie państwa za nic mają sobie nakładane na siebie ograniczenia fiskalne. Ostatnie miesiące mogły nas tylko w tych wnioskach utwierdzić. W końcu nawet Niemcy przez ostatnich 11 lat ledwie cztery razy zdołały spełnić kryterium deficytu budżetowego na poziomie 3 proc. PKB.
Mimo że obecne problemy wynikają z nieubłaganych praw ekonomii, to zarówno przyczyny kryzysu, jak i możliwości jego zażegnania, zależą wyłącznie od określonej woli politycznej europejskich przywódców. Niestety, demokracja jest systemem utrzymania status quo i nie sprzyja odważnym zmianom. Naciski na władzę ze strony różnych grup interesu są na tyle silne, że skutecznie paraliżują każdą nazbyt "radykalną" dla systemu społecznego decyzję.
Dlatego nie ma co liczyć na to, że władze wybiorą stosunkowo równomierną i pozytywną opcję: odpisy na obligacjach państwowych i wprowadzenie pieniądza niezależnego od władzy w miejsce Europejskiego Banku Centralnego. Dalej będą przeciągać życie bankrutującego systemu, tworzyć tajemnicze spółki specjalnego przeznaczenia a la EFSF i promować ciche interwencje EBC.
Upadek euro oznaczałby dla europejskich przywódców groźbę utraty władzy, a na pewno całkowitą zmianę jej formuły. Mimo ogromnej pracy establishmentu politycznego być może już wkrótce w kilku krajach wybory zaczną wygrywać populiści, którzy będą żądali odrzucenia traktatów europejskich. Szczególnie że po ostatnich planach pomocy finansowej Unia zaczyna tracić szerokie poparcie społeczne, którym dotąd się cieszyła.
Zdecydowane wsparcie dla euro ze strony Niemiec i Francji pokazuje, że przetrwanie wspólnej waluty jest jak najbardziej możliwe. Pytanie tylko, w jakiej formie i w jakim składzie. Bo to już wkrótce musi ulec zmianie. Kolejnej finansowej szarpaniny możemy się spodziewać najdalej do końca pierwszego kwartału 2012 roku, gdy przyjdzie czas na następny akt greckiej tragedii.
not. puo
Mateusz Machaj jest głównym ekonomistą Instytutu Misesa oraz  adiunktem w Instytucie Nauk  Ekonomicznych Uniwersytetu  Wrocławskiego
*Tekst Philipa Bagusa pt. "Państwo dobrobytu to już historia" publikowała "Rzeczpospolita"  28 grudnia 2011 r.
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE