Donald Tusk - amator w UE - Magierowski

aktualizacja: 21.12.2011, 19:00
Foto: Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek

Do indolencji obecnego rządu na arenie unijnej powinniśmy już przywyknąć – twierdzi publicysta

Pemier Donald Tusk jest Ryszardem Czarneckim unijnej polityki. Eurodeputowany PiS lubi opowiadać o swoich wpływach w partii. Szef rządu opowiada o swoich wpływach w Europie. Czarnecki szczyci się, iż ma dostęp do ucha prezesa. Tusk szczyci się swoją przyjaźnią z panią kanclerz. Czarnecki poucza tych, którzy rozbijają PiS i polską prawicę. Tusk karci wzrokiem tych, którzy rozbijają jedność Europy. Czarnecki zawsze wie, skąd wieją wiatry, i w odpowiednim momencie potrafi przytulić się do najsilniejszej frakcji w partii. Tusk także posiada tę umiejętność – a jako że w Unii najsilniejszą frakcją jest zawsze Angela Merkel, zatem Tusk przytula się do niej.
Widok europosła PiS, który niezgrabnie odgrywa rolę szarej eminencji swojego ugrupowania, może wzbudzić najwyżej litość. Ale widok premiera RP, który z kolejnego szczytu UE wraca na tarczy, mimo iż wcześniej obiecywał wszystkim złoto i frykasy, wywołuje jednocześnie smutek i irytację.

Wyszło jak zwykle

W ostatnich tygodniach zarówno sam Tusk, jak i jego minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski częstokroć podkreślali, iż nasz kraj stanął właśnie przed jedyną i niepowtarzalną szansą. Po latach niewoli, upokorzeń i gospodarczej zapaści w czasach komunizmu, po trudnym okresie transformacji, po żmudnym procesie dochodzenia do względnego dobrobytu wreszcie możemy stać się jednym z najważniejszych krajów Starego Kontynentu i kreować jego przyszłość.
Urządzono nawet w tym celu spektakl pod tytułem "Europa mówi Sikorskim". Szef polskiej dyplomacji wygłosił brawurowe przemówienie w Berlinie, udzielił wywiadu CNN, zyskał aplauz w anglosaskiej prasie, a Tusk miał na tej fali tylko dopłynąć do Brukseli i ją oczarować.
Niestety, jak mawiał nieodżałowany Wiktor Stiepanowicz Czernomyrdin: "Chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zwykle". Najpierw obwieściliśmy, że podpiszemy traktat ustanawiający unię fiskalną (zanim jeszcze ktokolwiek wymyślił doń choćby preambułę), a potem obudziliśmy się z ręką w niebieskim nocniku w złote gwiazdki. Projekt umowy nie pozostawia złudzeń: Polska nadal czeka w przedpokoju i nawet usilne starania premiera, by na zdjęciach ze szczytów występować zawsze w towarzystwie Angeli, na niewiele się zdadzą.

Polska to ma gest

Znamienne, iż po powrocie naszej delegacji do Warszawy rządowa narracja się zmieniła – sukcesem okazało się... uzyskanie "statusu obserwatora". Nie będziemy więc pełnoprawnymi członkami "jądra Unii", ale za to będziemy je pilnie "obserwować".
Należy docenić upór państwowych urzędników, którzy ratowali w ten sposób twarz. Ale na nieszczęście dla Tuska i jego dyplomatów wspomniany projekt ma tylko osiem stron, jest wyjątkowo klarowny i został sporządzony nie po grecku, lecz po angielsku. Tym samym trudniej było ukryć fakt, że rząd opowiada banialuki.
Nie było mowy o żadnym "statusie obserwatora", nie było mowy o żadnych korzyściach, jakie Polska miałaby otrzymać, przystępując do tego elitarnego paktu. "Nikt nie mówił, że w wyniku umowy zostaniemy dopuszczeni do współdecydowania o kwestiach, które dotyczą strefy euro. By tak się stało, musielibyśmy do niej należeć" – twierdzi teraz europoseł PO Paweł Zalewski. Panie pośle, czy nie pamięta pan, jak prezydent Komorowski deklarował w "Gazecie Wyborczej" chęć "bycia w unijnym centrum"?
Intrygujące były też wypowiedzi ministra Pawła Grasia. W jednym z poranków radia TOK FM Graś najpierw zachwalał porozumienie i wymieniał korzyści, jakie przyniesie ono Polsce, po czym stwierdził, że nie wiadomo jeszcze, jaką większością powinno być ratyfikowane w Sejmie, albowiem... jego ostateczny kształt jest wciąż nieznany.
W ubiegły wtorek nastąpił kolejny zwrot: minister finansów Jacek Rostowski stwierdził, że Polska będzie się dopiero starała (sic!) o status obserwatora szczytów eurolandu.
Jednak Zalewskiego, Grasia i Rostowskiego przebił Leszek Jesień, niegdyś wiceminister w rządach Marcinkiewicza i Kaczyńskiego, a dziś ekspert Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. W jego opinii z zapisów projektu rzeczywiście trudno wysnuć wniosek, iż Polska będzie "obserwatorem", ale powinniśmy umowę podpisać "w geście solidarności".
Czy Leszek Jesień, doktor nauk politycznych, słyszał kiedyś o jakiejkolwiek umowie międzynarodowej, podpisanej przez jakiekolwiek państwo "w geście solidarności"? Nasz "gest" byłby bez wątpienia ewenementem na skalę światową.

Złośliwy  żart Sikorskiego

Rząd próbował przykryć klapę szczytu wielką fetą z okazji końca polskiej prezydencji, zasypując media informacjami o osiągnięciach MSZ. Atmosfera była do tego stopnia podniosła, że gdy kilku internautów zaczęło sobie z niej żartować ("Bilans prezydencji: Donald Tusk 418 klepnięć po plecach, Radosław Sikorski 372 klepnięcia"), rzecznik ministerstwa nie wytrzymał i w dość niekonwencjonalnym stylu dał wyraz swojej wściekłości na Twitterze.
Owszem, w trakcie prezydencji udało się to i owo załatwić. Czy jednak udana mediacja w sprawie sześciopaku oraz mały ruch graniczny z obwodem kaliningadzkim przybliżają nas do "twardego jądra" UE? Czy bączki, truskawki oraz "oficjalne krawaty prezydencji" to jest właśnie to, z czego społeczeństwo powinno być dumne? Bo odnoszę wrażenie, że Tusk tego właśnie by chciał – byśmy najedli się truskawek, puścili sobie bączka na podłodze i nie zajmowali się takimi błahostkami jak "Międzynarodowa umowa o wzmocnionej Unii gospodarczej". I żebyśmy sobie jeszcze porechotali nad wyjętymi z kontekstu słowami Lecha Kaczyńskiego, który też miał ponoć marzyć o federacyjnej Europie.
Tusk tego właśnie by chciał, bo zdaje sobie sprawę, że zbyt duża dawka wiedzy i zbyt rzeczowa analiza jego posunięć mogłyby mu poważnie zaszkodzić. Dlatego woli odpowiadać na pytania typu: "Czy uprawiał pan dzisiaj jogging, panie premierze?" oraz "Kto panu szyje tak wspaniałe garnitury?", niż tłumaczyć się z bajdurzeń na temat "statusu obserwatora". Tusk wie, że wystarczy zdrapać tę cienką warstwę lukru, aby uciszyć samcze pohukiwania i obnażyć nieudolność jego ekipy.
Mylą się jednak ci, którzy utrzymują, iż premier zdradza polskie interesy, kupczy naszą suwerennością i składa ojczyznę na ołtarzu "niemieckiej Unii". Nic z tych rzeczy, Tusk nie zdradza ani nie kupczy. Przegrywa, bo jest w sprawach europejskich po prostu niekompetentny.
Było to widać już wcześniej, gdy przez kilka miesięcy milczał na temat kryzysu strefy euro, uznając, że to nie nasz problem (dziś zarzuca opozycji, że ta nie przedstawia swoich pomysłów na... wyciągnięcie strefy euro z kłopotów). Tusk ma wiele do powiedzenia w wywiadach z Janiną Paradowską i Tomaszem Lisem, ale na brukselskich szczytach już taki elokwentny nie jest. Między innymi z tego prozaicznego powodu, iż słabo zna angielski. Notabene: minister Sikorski nieustannie przypomina, iż w dyplomacji trzeba posługiwać się tym językiem biegle, bo większość interesów załatwia się podczas nieformalnych rozmów w cztery oczy. W tym kontekście słuszne skądinąd uwagi Sikorskiego brzmią jak złośliwy żart.

Bez walenia w stół

Tusk przegrywa na tej arenie także dlatego, że jego głównym doradcą jest wiceminister spraw zagranicznych Mikołaj Dowgielewicz. Człowiek od lat związany ze wspólnotowymi instytucjami, eurokrata par excellence, który przesiąkł brukselską ideologią i nowomową do szpiku kości. To prawdopodobnie od niego Tusk dowiedział się, iż miarą "kompetencji" na salonach UE jest opanowanie standardowego zestawu frazesów o integracji, jedności i solidarności, a nie sztuka czytania prawniczych dokumentów ze zrozumieniem.
Tusk nie potrafiłby uderzyć pięścią w stół nie dlatego, że ma zbyt łagodny charakter, lecz dlatego, że nie wiedziałby, w którym momencie. A Dowgielewicz mu nie podpowie, bo dla niego nadrzędnym nakazem jest mityczny, europejski konsensus. Walenie pięścią w stół w repertuarze wiceministra w ogóle nie występuje.
Wszystkie "sukcesy" premiera są niestety odłożone w czasie, więc wyborcom łatwo zapomnieć, co miało być, a co w rzeczywistości jest. Gdy za chwilę dopadną nas astronomiczne ceny energii, mało kto będzie pamiętał, że to m.in. efekt wynegocjowanego trzy lata temu przez Tuska pakietu klimatycznego. Wręcz przeciwnie: jak znam życie, winnymi podwyżek okażą się Antoni Macierewicz i ojciec Rydzyk. Zaś minister Sikorski nie omieszka znaleźć stosownej wypowiedzi Lecha Kaczyńskiego sprzed nastu lat, by dowieść, że także on wspierał walkę z globalnym ociepleniem.
Podobnie może być w wypadku nowego paktu fiskalnego. Politycy Platformy lekceważą wszelkie wątpliwości, twierdząc, że to dopiero wstępny projekt i poszczególne zapisy mogą się zmienić. Czy mamy jednak wierzyć tym samym specjalistom od prawa międzynarodowego, którzy półtora roku temu zgodzili się na prowadzenie śledztwa smoleńskiego na podstawie konwencji chicagowskiej? Którzy nie odróżniają samolotu wojskowego od cywilnego? Czy możemy teraz od nich oczekiwać, iż wywalczą dla nas ów wymarzony przez Tuska, Sikorskiego i Dowgielewicza "status obserwatora unii fiskalnej"?
Autor jest publicystą tygodnika "Uważam Rze"
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE