The Show Must Go On

aktualizacja: 29.11.2011, 15:59

O współczesnej kulturze mówi się, że żyje obrazkiem. Inaczej przeciętny widz nic z niej nie zrozumie. O podobnym mechanizmie można mówić w przypadku polityki. Ta żywi się emocją. Bez niej publika też nic nie zrozumie.

Kolejnym dowodem jest przemówienie Radosława Sikorskiego w Berlinie i reakcje nań. Jesteśmy świadkami spektaklu, w którym wątki ważne i nieważne przeplatają się w sposób trudny do logicznego uporządkowania. Skutek jest taki, że najbardziej wygrywają interpretacje najprostsze. By nie rzec najbardziej prostackie. W skrócie: rozumiejący wyzwania czasu Europejczycy kontra zaściankowi frustraci. Albo targowiczanie kontra patrioci. Publika to łyka, niezależnie, że iluś kataryniarzy z obu stron przygrywa jej z pełnym cynizmu wyrachowaniem.
Zacznijmy od tego, kto był pierwszy. Radosław Sikorski pojechał do Berlina, gdzie wysłuchało go bardzo ważne audytorium. Już to leczy nadwiślańskie kompleksy. Później dowiedzieliśmy się - my czytelnicy polskich mediów - że bardzo ważni panowie z zagranicy uznali mowę za przełomową. Każdemu Polakowi - pawiowi i papudze narodów - brakuje takich pochwał. A gdy już się zdarzają stają się najlepszym argumentem w krajowej debacie o to, kto ma słuszność w naszych tubylczych sporach.
Odpowiedzią były marsowe spojrzenia, zmarszczone czoła i słowa pełne troski. O zagrożonej niepodległości, Trybunale Stanu, kondominium. Tak się to pisze, a czyta się "zdrada".
Nieuniknionym kolejnym etapem jest zdyscyplinowane przegrupowanie najwierniejszych kibiców obu stron. Gdy nie wiemy, co myśleć spójrzmy co powiedział Sikorski, a co Jarosław Kaczyński. Wtedy sami poznamy, gdzie jest prawda. I tak będzie toczyła się debata (tym eleganckim słowem pozwolę sobie określić tę wzajemną wymianę epitetów).
Szkoda, że nie jest inaczej. Bowiem mowę Sikorskiego da się przeanalizować inaczej, zwłaszcza, gdy się ją przeczyta. Szef naszej dyplomacji, następca trony w PO, nakreślił bardzo zgrabny speech. To rzeczywiście napisane w sugestywny sposób przemówienie. Problemy zaczynają się, gdy zajrzymy wewnątrz tego opakowania.
Po pierwsze, nie wiadomo w czyim imieniu przemawiał Sikorski. Czy to, co przedstawił jest programem rządu. Być może nie, ale z drugiej strony minister ma małą swobodę przedstawianiu swoich prywatnych wizji.
Jest też problem z tym, że na przemówienie szefa dyplomacji czeka polski Sejm i akredytowany w Warszawie korpus dyplomatyczny. Zapowiedział to Donald Tusk w czasie swojego expose, zaznaczając, że wizję polityki zagranicznej przedstawi osobno szef MSZ. To skądinąd dowód na postępującą utratę realnego znaczenia Sejmu w polskim systemie politycznym. Krócej: rząd ma w nosie parlament.
Sikorski przedstawił diagnozę stanu Europy. Trzeba mu przyznać, że przygotował się do tego starannie. Dzięki temu jego uwagi robią duże wrażenie. Ma rację mówiąc, że to nie rozszerzenie jest winne kryzysowi. Bogaci dotując nowe kraje kupili sobie bezpieczne rynki zbytu. Szaleństwem byłaby też polemika z tezą, że upadek strefy euro będzie czymś dobrym dla polskiego dobrobytu.
Jednak obok diagnozy Sikorski wysuwa postulaty. W skrócie: zagwarantujmy minimum suwerenności państwom członkowskim, a kilka kluczowych rzeczy oddajmy wzmocnionej centrali. Próbuje to obwarować deklaracjami o potrzebie zwiększenia wpływu obywateli UE na wybór jej władz. I tu jest słaby punkt, bo zaproponował wprowadzenie wspólnej listy wyborczej do Parlamentu Europejskiego i chyba z aprobatą wspomniał o bezpośrednim wyborze prezydenta Unii. Szkoda, że nie dodał iż to rozwiązania promujące najliczniejszy naród w Unii.
Może jednak tak będzie, że narody unijne kiedyś dojrzeją do tego, aby stać się Stanami Zjednoczonym Europy. Na razie niewiele na to wskazuje, zwłaszcza, gdy ogląda się transparenty z greckich manifestacji. To rodzi pytanie, czy minister (ponoć miał rządowe upoważnienia) jest fantastą, czy realistą. Czy publicystą na rządowym etacie, czy też spragnionym poklasku showmanem?
Tu jest problem, ale nie uprawnia to do wezwań o Trybunał Stanu. Aby stanąć przed nim Sikorski musiałby popełnić tzw. delikt konstytucyjny. Mówienie rzeczy głupich i szkodliwych - uwzględniając to, iż wielu tak ocenia przemówienie ministra - nim nie jest. Z tego powodu trudno uznać za mądrzejsze pohukiwania PiS i Solidarnej Polski.
Prawidłowej oceny nie ułatwia też pohukiwanie o IV Rzeszy. Ono bowiem ułatwia sprowadzenie jakiejkolwiek krytyki do groteski. Przy czym niestety należy zaznaczyć ważną rzecz: apele o normalną rozmowę nie mają sensu. Przekaz z obu stron musi być bardzo prosty, bowiem kibice mogą się pogubić, gdy ktoś wskaże jakieś niuanse.
Komentarz dnia
Żródło: rp.pl

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Business Communication. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Business Communication lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE