Wyrzucić żabę z kieszeni

aktualizacja: 17.11.2011, 01:51
Foto: ROL

Franciszek Smuda o tych, co na niego warczą, o tym, że nie warto się bać, i o powrocie orła na koszulki

Ma pan już skład na Euro?
Franciszek Smuda: Czas strasznie szybko zleciał.  Lutowy mecz, prawdopodobnie z Portugalią, będzie już spotkaniem, w którym sprawdzę najlepszych, będę chciał zobaczyć, jak to wszystko funkcjonuje. To nie będzie ostateczny skład, bo sparingi w maju też mogą mi coś dać, ale drużynę w głowie prawie mam już teraz. Do końca najwięcej problemów będzie w obronie. Ale mamy też marzenie – wyjść z grupy. Żeby się spełniło, trzeba wierzyć. Piłkarze muszą czuć zaufanie, muszą widzieć, że nie są zostawieni sami sobie. Przed meczem z Włochami wynikła nieszczęsna sytuacja z tym logo na koszulkach, atmosfera, delikatnie mówiąc, nie była najlepsza. Przegraliśmy, ale ten mecz pokazał mi, że nie ma co się bać.
O panu mówiono, że ma pan szczęście. Nic się nie zmieniło?
Dobry trener musi mieć szczęście, bo jak ma żabę w kieszeni, to i pięć lat może nic nie wygrać.
O Arkadiuszu Głowackim mówi pan, że ma tę żabę, ale i tak buduje na nim obronę reprezentacji.
Głowacki ma problem, bo jak już osiągnie dobrą formę, to za chwilę leczy kontuzję. Kładzie serce na stół, w każdym meczu gra na sto procent i coś sobie uszkadza. Jesteśmy zmuszeni próbować każdego, nie mamy dużego wyboru. Dobrze, że Damien Perquis nie będzie grał najwyżej miesiąc. Rozmawialiśmy z jego lekarzem w Sochaux.
Kiedy obejmował pan kadrę, był pan pełen wiary w sukces. Jest pan zadowolony z tego, co udało się osiągnąć?
Jak się za coś zabieram, to kładę wszystko na jedną szalę. Zwłaszcza kiedy chodzi o reprezentację. Czasem ktoś tam warknie, gwizdnie, ale wydaje mi się, że cały czas mam poparcie kibiców. Nie chcę się tłumaczyć, nie chcę mówić, jak małe pole manewru ma selekcjoner reprezentacji. Zaskoczyło mnie, jak niewielu Polaków gra w ekstraklasie. Wiem, że jak pracowałem w klubie, to też tak było, ale jakoś to do mnie nie docierało. Ale i tak jestem zadowolony z tego, że udało mi się zbudować kręgosłup drużyny. Wiem, że z tymi ludźmi przy dobrym przygotowaniu można coś osiągnąć. Oby tylko nie było kontuzji podstawowych graczy. Messiego w drużynie nie mam, ale ci chłopcy umieją grać w piłkę. I zrozumieli, o co mi chodzi, dogadaliśmy się.
Był taki moment, kiedy poczuł pan, że nadajecie na tych samych falach?
Po zgrupowaniu w Ameryce. Na początku chciałem dać szansę wszystkim niezależnie od tego, co o nich słyszałem. Jestem niedowiarkiem, chciałem sam spróbować, zobaczyć, jak zachowują się Michał Żewłakow czy Artur Boruc.  I zrozumiałem, że z taką ekipą to już koniec. Wyrzucenie tych piłkarzy to dla reszty był sygnał, że teraz muszą wziąć odpowiedzialność na siebie, bo będę na nich stawiał. Powiedziałem: "Chłopaki, to jest wasze Euro, w waszym kraju. Musicie dbać o siebie nawzajem. Nie schrzańcie tego". Usiedliśmy sobie, piłkarze wybrali radę drużyny, w której są też młodzi, bez wielkiego doświadczenia. Wszyscy sobie zaufali i zauważyłem wspólną pracę na treningach. Oni sobie podpowiadają, a ja zrozumiałem, że można na nich postawić.
Mówi się, że drużyna chce ginąć za Smudę, od kiedy aferę obyczajową w Poznaniu wyciszył pan opowieścią o przymierzaniu garniturów w wynajętym pokoju hotelowym...
Bycie trenerem to trudna rola, a selekcjoner to jeszcze inna bajka. Niektórzy mówili, że nie dla mnie, bo ja lubię wypracować sobie wszystko codziennym treningiem w klubie, i jest w tym trochę racji. Nauczyłem się sztuki kompromisu. Z Borucem i Żewłakowem nie będę dążył do pojednania, ale taki Sławek Peszko, który nabroił, a później zrozumiał swój błąd, dostał drugą szansę.
Sztuka kompromisu to także powołanie Marcina Wasilewskiego na prośbę reszty kadrowiczów?
Nikt mi Wasyla nie wciskał, nikt mi nie podpowiadał. Spotykaliśmy się w Krakowie, kiedy Marcin wracał do siebie po kontuzji. Pytałem, czy chce mu się ze mną pracować na moich zasadach, czy tak jak Boruc woli balować, niż grać. Wasilewski powiedział, że ma rodzinę i takie życie go nie interesuje, a o kadrze nie przestał marzyć. Jak odzyskał formę, to go powołałem.
Rozmawia pan ze swoimi piłkarzami o taktyce?
Nawet namawiam ich do dialogu. To ich i moje Euro, najwięcej możemy zrobić wspólnie, ale musi być pełne zrozumienie. Ja też się zmieniłem, od kiedy objąłem kadrę. Miałem swój plan, ale musiałem go skorygować.
Nie męczą pana zajęcia związane z marketingiem wokół kadry? Ciągle kręcenie reklam Orange, Biedronki, Nike...
To normalne, że moja praca nie ogranicza się do zgrupowań. Żona mi mówi, że w domu w Krakowie jestem teraz rzadziej, niż kiedy byłem trenerem Lecha Poznań i czasami wpadłem nawet na dwa dni. Ciągłe rozjazdy, ciągłe pakowanie... Jak kończy się zgrupowanie, jeżdżę na mecze ligowe, za tydzień lecę do Turcji zobaczyć Kamila Grosickiego w meczu z Galatasaray, mam zebranie w PZPN, ustalanie kalendarza kwalifikacji do mundialu, wybieranie ośrodków na obozy w Belek na grudzień i w Austrii tuż przed mistrzostwami. Nie ma mnie w domu do samych świąt.
Podobno zadeklarował  pan, że niezależnie od wyniku po Euro rezygnuje pan  z pracy.
Nawet o czymś takim nie myślałem, głowę mam zajętą czym innym. Chciałbym wyjść z grupy, czyli – jak to niektórzy mówią – zdobyć to nasze mistrzostwo świata. A na tym Euro nie ma słabych, więc nie będzie łatwo.
Ma pan wymarzonych rywali?
Trzeba czekać, co nam Pan Bóg da, nie wybierać przed losowaniem. W Rio, gdy dobierano grupy eliminacji mundialu 2014 i losowali Francję, pomyślałem, że nie może nam się trafić. No i się udało.
Ma pan wierne grono krytyków. Przejmuje się pan nimi?
Różnie. Jak krytykuje ktoś, kto się zna, to się martwię, myślę, po czyjej stronie jest racja. Ale jak mnie Alex (pseudonim Jana Tomaszewskiego podejrzewanego o współpracę z wywiadem – przyp. red.) krytykuje, to przecież wiem, że nie ma co się przejmować. Szkoda moich nerwów, ten człowiek powiedział, że wstydzi się za reprezentację Polski, więc piłkarze powiedzieli, że wstydzą się za tego człowieka.
Nie tylko Tomaszewski krytykuje pana za seryjne powołania dla piłkarzy, którzy nie mówią po polsku.
Gdy zostałem selekcjonerem, dziennikarze, którzy teraz mnie krytykują, podsuwali mi kartkę z listą nazwisk piłkarzy polskiego pochodzenia, którym powinienem się przyjrzeć. Krzyczeli mi, że Maora Meliksona mam brać natychmiast, ale wiedziałem, że do niczego nie dojdzie, bo Maor się boi. Jestem spokojny, nikt mi nie zarzuci, że przegapiłem jakąś okazję, zaniedbałem obowiązki.
Zagracie na Euro z orzełkami na piersi?
Nie uczestniczę w tym biznesie, nie wtrącam się. Dla mnie liczy się drużyna i nic więcej. Początkowo nie zawracałem sobie głowy tą sprawą, bo nie myślałem, że oddźwięk będzie tak niesamowity. Może uda się jeszcze wszystko naprawić? Może PZPN pójdzie na jakiś kompromis?
Przed turniejem będzie zgrupowanie, a przed zgrupowaniem – wspólne wakacje piłkarzy z rodzinami. To pomysł zaczerpnięty od Juergena Klinsmanna?
Niczego nie kopiuję, wiele drużyn w Europie ma taki system. UEFA nakazuje zawodnikom minimum dziesięć dni odpoczynku po lidze, więc nie ma co żałować paru groszy i warto zadbać o jeszcze silniejszą integrację piłkarzy i ich rodzin. A stamtąd pojedziemy do Austrii, gdzie będzie tylko praca.
Nie boi się pan, że już na początku Euro będziecie mieli siebie dość?
Nie zauważyłem, by w zespole były jakieś grupki, wszyscy razem jedzą, ci, co nie mówią po polsku, też się świetnie aklimatyzują. Na Euro zostaniemy tyle, ile będziemy chcieli. Jeśli się sobą rzeczywiście znudzimy, to nie wyjdziemy z grupy, ale jestem przekonany, że wszyscy chcieliby się nudzić ze sobą jak najdłużej.
—rozmawiał  Michał Kołodziejczyk
NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE

POLECAMY

KOMENTARZE