Głowacki wierzy, że pech się skończył

aktualizacja: 09.11.2011, 22:54
Arkadiusz Głowacki (z lewej)
Arkadiusz Głowacki (z lewej)
Foto: Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak

Arkadiusz Głowacki, obrońca Trabzonsporu i reprezentacji Polski o pechu, budowaniu drużyny i przesadzonej krytyce

Wszyscy mówią - reprezentacja się rozwija, ale najwięcej problemów mamy z obroną. Zgodzi się pan?
Arkadiusz Głowacki: Dochodzą do nas te sygnały. Dużo się pisze i mówi, że trzeba poprawić grę w obronie, ale jesteśmy dorosłymi ludźmi i sami wiemy, gdzie są nasze słabości. Komentarze nie tylko powodują u nas złość, ale sprawiają, że musimy się na chwilę zatrzymać i pomyśleć. Czy ta cała krytyka jest słuszna? Oczywiście, myślę że jest jeszcze wiele do poprawienia, ale nie można powiedzieć, że nie ma żadnego postępu.
Za mecz z Niemcami dostał pan bardzo niskie noty.
Pojechano po mnie. Wiem, że to nie był mój dobry mecz.
Mówią, że Głowacki to Pan Pech.
Zastanawiałem się czy rzeczywiście tak jest czy jednak to nie są sprawiedliwe oceny. Przysiadłem nad tematem, przeanalizowałem wiele spotkań i wiem, że nazywanie mnie Pechem to przesada. Są momenty w klubie czy reprezentacji, kiedy gram kilka dobrych meczów z rzędu i nagle przytrafia się jeden niefortunny. Robi się głośno wokół mnie i zaczyna się krytyka. Ja wszystko widzę inaczej, popełniam błędy, ale one wynikają z tego, że staram się pomóc drużynie. Nie mogę mieć do siebie pretensji, że czasem się mylę.
To zawsze dzieje się w meczach ważnych. Z Niemcami czerwona kartka, z Anglią gol samobójczy... Nie wytrzymuje pan presji? Koledzy nie dają rady i trzeba ich ratować?
Nie mam zamiaru zrzucać winy na kolegów. Mam swoje wnioski i na ich podstawie się uczę, ale trzeba żyć dalej. Sportowiec nie może ciągle myśleć o tym, co było źle. Przed nami dużo meczów.
Z Trabzonsporem pokonał pan Inter w Mediolanie i zremisował u siebie. Da się porównać sposób gry tej drużyny z reprezentacją Włoch, z którą zagracie w piątek?
Myślę, że gra reprezentacji Włoch i klubów z Serie A polega na porządku i doskonałym ustawianiu się.
Dla pana to będzie szczególnie trudny mecz. Nie boi się pan, że włoscy napastnicy będą szukać rzutu karnego, albo kartki dla polskich stoperów?
Na pewno tak będzie, zdajemy sobie z tego sprawę. Włosi potrafią grać nieczysto, ale wydaje mi się, że wszystko jest w granicach normy. Musimy uważać na te elementy, ale głównie skupiać się na tym, co sami chcemy pokazać. Myślę, że damy radę.
Zagracie z czterokrotnymi mistrzami świata, ale jednocześnie drużyną, która na ostatnim mundialu zajęła ostatnie miejsce w grupie. To rywal do pokonania?
Bez względu na to, w jakiej sytuacji znajdują się teraz Włosi, zawsze są godni szacunku i mogą wygrać z każdym. Będą murowanym faworytem meczu we Wrocławiu, w reprezentacji Polski nie ma nikogo, kto myśli inaczej. Ich drużyna się odbudowuje, dobrze przeszła przez eliminacje, a na każdym turnieju zalicza się do grona potencjalnych zwycięzców. Są mocni, naprawdę nie ma sensu dopatrywać się słabszych elementów.
Dla reprezentacji Polski to także bardzo dobry moment. Nie przegraliście od pięciu meczów, historyczne zwycięstwo z Niemcami było bardzo blisko.
Też tak myślę, chociaż początki tej kadry były trudne. Mówiło się o meczach bez gola, później liczyło się godziny i minuty. Nagle coś jednak drgnęło, w każdym meczu strzelamy gole, stwarzamy sobie wiele sytuacji. Wierzę, że ciągle będziemy robić postępy.
Czy Marcin Wasilewski to rzeczywiście dobry kandydat, by partnerować panu na środku obrony?
Zanim dostał powołanie, pytano mnie o sytuację ze stoperami i upierałem się, że to nie jest problem naszej drużyny. Potem Marcin wrócił do kadry, zagrał świetnie i udowadnia, że czy na prawej stronie, czy w środku potrafi grać bardzo dobrze.
Roger czy Ludovic Obraniak po tym, jak trafili do reprezentacji Polski wydawali się otwarci i szukali kontaktu z resztą drużyny. Damien Perquis jest inny, ciągle stoi z boku. Nie chce się bratać z drużyną?
Porozumiewanie się na boisku nie jest problemem, to są proste zwroty. Wystarczy być aktywnym podczas meczu i brać na siebie odpowiedzialność. Damien prywatnie też nikomu nie przeszkadza. Są ludzie bardziej otwarci, którzy szukają kontaktu, są tacy, którzy siedzą w zaciszu pokoju i lubią poczytać książkę. Perquis jest właśnie taki, ale nie wpływa to w żaden sposób na jego kontakty z resztą drużyny.
A pan nie jest zbyt spokojny, jak na stopera? Nie wypadałoby czasem krzyknąć i ustawić kolegów na boisku?
Żeby nie być dodatkiem do drużyny, ale jej częścią nie można bać się odpowiedzialności. Każdy musi dać coś z siebie. Gra na mojej pozycji polega na dobrym ustawieniu, także kolegów przede mną i po bokach. Zapewniam, że nie mam żadnych problemów z komunikacją.
Zagrał pan świetny mecz na mundialu w Korei w 2002 roku i wydawało się, że mamy stopera na lata. Euro 2012 będzie dla pana rekompensatą za te wszystkie kontuzje?
Miałem różne problemy. Życie nauczyło mnie, że trzeba mieć sporo pokory, bo wszystko może się zmienić w jednej chwili. Musiałem wychodzić z wielu kontuzji, budować formę od początku, ale to naprawdę duża nauka. Cieszy mnie to, że po niepowodzeniach zawsze się podnosiłem. Mówi się, że co cię nie zabije, to wzmocni i taka jest prawda. Dzięki tym wszystkim przykrym doświadczeniom jestem lepszy, mocniejszy. Mam 32 lata i chciałbym teraz swoją wiedzę mądrze sprzedać na Euro.
Jak ma się zaplanowany urlop, to już tydzień wcześniej nie puszcza się dzieci do przedszkola, żeby się od kogoś nie zaraziły...
Wiem, co ma pan na myśli, ale nie mam zamiaru jakoś specjalnie podchodzić do tematu Euro 2012. Musze skupiać się na najbliższych wydarzeniach. Zagrać w najbliższym meczu, wywalczyć sobie miejsce w pierwszym składzie, dostać powołanie na kolejne zgrupowanie. W Turcji też nie mam możliwości, żeby coś odpuścić. Przez to, że liga rozpoczęła się z opóźnieniem, będziemy grać co trzy dni. Przez ostatnie 19 zagrałem w sześciu spotkaniach i nie narzekam na urazy. Wiem jedno - jeśli będzie zdrowie, będzie też forma na odpowiednim poziomie.
Nie za późno wyjechał pan zagranicę?
Za późno, teraz jestem mądrzejszy o tę wiedzę, jednak z drugiej strony - nie ma o czym mówić, bo żadnej konkretnej propozycji wcześniej nie dostałem.
Gra w Lidze Mistrzów dodaje pewności siebie?
A ile ja się w niej nagrałem? Cztery mecze? Gdyby tych spotkań było więcej, mógłbym powiedzieć, że jestem doświadczony. Chociaż rzeczywiście te rozgrywki to za każdym razem wielkie święto, hymn Ligi Mistrzów brzmi prawie tak pięknie, jak hymn Polski. Powtarzam - prawie.
Mówi się o problemach na środku obrony, tymczasem od ponad roku kontuzjowany jest Sebastian Boenisch i po lewej stronie wydaje się robić jeszcze większa wyrwa.
Znowu widzę to inaczej. Czy Boensich, czy Jakub Wawrzyniak, czy mój kolega z Trabzonsporu Piotr Brożek, który gdy tylko nie ma kontuzji zawsze ma miejsce w pierwszym składzie - wszyscy gwarantują wysoki poziom. Naprawdę da się to wszystko poukładać.
Wojciech Szczęsny za plecami daje stoperom większy spokój?
Wojtek to postać na tyle bardzo pewna siebie, że udziela się to nie tylko obrońcom, ale całej drużynie. Grałem z jego tatą w Wiśle, teraz gram z nim... Łączę pokolenia, to bardzo miłe uczucie.
Nie uważa pan, że Smuda ma komfort? Trzech z Borussii Dortmund, trzech z Trabzonsporu, dwóch z Arsenalu - wystarczy tylko nie zepsuć.
Na pewno przywozimy z klubów jakieś przyzwyczajenia, ale myślę, że Smuda i tak próbuje wprowadzić to, co robił ze wszystkimi swoimi drużynami. Gra wysokim pressingiem, szybki odbiór piłki. Cały czas się na tym skupiamy.
Z Włochami pierwszy raz zagracie w nowych koszulkach. Nie będzie panu brakowało orzełka na piersi?
Będzie brakowało, ale widocznie taki jest znak czasu, że na koszulkach pojawi się teraz logo reprezentacji. Orzełka będziemy mieć wszyscy w sercu.
Rozmawiał we Wrocławiu Michał Kołodziejczyk

POLECAMY

KOMENTARZE