Ekonomia

Garnitury szyte na miare

Fotorzepa, Rafał Guz rg Rafał Guz
To już nie stary krawiec w zakurzonej kanciapie, ze szpilkami w zębach. Do męskiego szycia na miarę weszło młode pokolenie. Wykształcone, obyte, światowe. Tacy sami są klienci
– To wełna Dormeuil, to kaszmir Zegna, to flanele Holland & Sherry, stabilne, piękne materiały w brytyjskim stylu, dużo krat. A tu mamy Fintes, jedwab z wełną, stoosiemdziesiątka, ultralekki – wyjaśnia Marek Buczyński w swojej warszawskiej pracowni na ulicy Narbutta.
Dotykamy gotowych ubrań, które czekają na odbiór. Buczyński zdejmuje z wieszaka granatowy płaszcz dyplomatkę z brązowym kołnierzykiem z alcantary. Czy angielski klasyk, płaszcz ministra Sikorskiego, znalazł naśladowców? – Mieliśmy sporo takich zamówień – odpowiada Marcin Konarski z pracowni Buczyńskiego. Marek Buczyński, 31 lat (szara marynarka z pomarańczową podszewką, granatowe wąskie spodnie, brązowe buty, skarpetki w kolorowe paski) działał w branży doradztwa strategicznego.
Dziesięć lat mieszkał, studiował i pracował za granicą – w Afryce Południowej, Niemczech, Holandii, Austrii. Od kiedy dostał pierwszy garnitur, marzył o stworzeniu firmy krawieckiej dla klientów w swoim wieku. Po powrocie do Polski udało się to marzenie zrealizować. Jego firma szyje ubrania made to measure. Po polsku – krawiectwo pasowane lub półmiarowe. Wystarczy jedna przymiarka, w czasie której zdejmuje się miary i ocenia właściwości sylwetki. Klient może przymierzyć próbniki, czyli ubrania, które pozwalają mu wyobrazić sobie, jak będzie wyglądał produkt końcowy. Ubranie dostosowuje się do wymiarów: szerokości ramion, talii, długości nogawek i rękawów. Ceny: od 3 tysięcy w górę. Inaczej działa bespoke – krawiectwo na miarę. Tu wykrój sporządza się indywidualnie. Wymagania i wymiary klienta przekłada się na niepowtarzalny, stworzony tylko dla niego wykrój. Miary są trzy, na każdej wykrój jest korygowany. Oko krojczego ma decydujące znaczenie. Jego wyczucie proporcji i stylu pomoże ukryć wady figury klienta i wydobyć jej mocne strony. W takim systemie działa najbardziej znana warszawska pracownia Zaremba i Kamiński Bespoke Tailors. „Od 116 lat szyjemy garnitury, smokingi, fraki i płaszcze słynną metodą bespoke" – reklamują się na Facebooku. Zaremba ma 29 lat, Kamiński 38. Od półtora roku prowadzą rodzinny interes wcześniej należący do rodziny Zarembów. Na wystawie zakładu wisi smoking z 1938 roku. Tu ceny startują od 6 tysięcy w górę. Firma niechętnie zdradza nazwiska klientów, ale wiadomo, że w swojej długiej historii ubierała ministrów, dyplomatów i artystów. Za czasów PRL cudzoziemcy, robiąc użytek z korzystnej wymiany dolara, zamawiali po kilka garniturów. Tu szyli telewizyjne i cywilne ubrania Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski, zamawiał garnitury Radosław Sikorski. Ze współczesnych klientów udaje mi się wydobyć nazwisko Marcina Prokopa, co do pozostałych panowie są dyskretni. – Przychodzą do nas przedsiębiorcy, dyplomaci, kadra zarządzająca. Największą grupę, 80 proc., stanowią prawnicy. Odręczna dokumentacja klientów przechowywana jest w grubym zeszycie. Guziki z rogu i podszewki zamawia się we Włoszech. Każde ubranie poza metką firmy otrzymuje wszytą w wewnętrzną stronę wewnętrznej kieszonki karteczkę z ręcznie wypisanym nazwiskiem klienta, datą, numerem ubrania, rodzajem tkaniny, nazwiskiem krawca i krojczego. [srodtytul]Ile waży garnitur[/srodtytul] Krawiectwo na miarę miewa się dobrze. Nie naruszyło go ani rozluźnienie stylu, ani ogromna oferta ubrań gotowych z ich agresywnym marketingiem. Krótkotrwałe tąpnięcie branży nastąpiło po 1990 roku, kiedy ludzie zachłysnęli się importem modnej konfekcji. Ale wkrótce sytuacja wróciła do normy. Teraz grupa mężczyzn, którzy potrafią docenić jakość ubrania szytego na miarę, rośnie. Wszyscy moi rozmówcy są zgodni co do tego, że gotowe ubrania pasują na wszystkich i na nikogo. I nikt nie ma dobrego zdania o stylu polskich mężczyzn. – Marynarka za długa, za szeroka w ramionach, spodnie o 10 cm za długie, za długie rękawy w marynarce – wyliczają przewinienia Maciej Zaremba i Piotr Kamiński. Te same grzechy zauważa Marek Buczyński. – Społeczeństwo się zmienia – tłumaczy. – Dużo pracy, mało ruchu. Za sukces mężczyźni często płacą sylwetką. Brzuch, zgarbione plecy, skrzywione biodra, opadające ramiona. Wady postawy to także odłożone w czasie skutki ciężkich tornistrów. Ale to wszystko można skorygować dobrze uszytym garniturem – pociesza. Wojciech Szarski, autor blogu macaronitomato poświęconego klasycznej męskiej elegancji, znawca tematu: – Gdy patrzę na posłów i polityków, mam wrażenie, że wszyscy noszą za duże ubrania. Kto im wmówił, że rękaw ma sięgać do połowy dłoni? W niedopasowanym ubraniu człowiek źle się czuje i, co za tym idzie, źle wygląda. Kto raz włożył ubranie szyte na miarę, już nigdy nie wróci do gotowego. Podstawą stylu jest dopasowanie, potem kolor, na trzecim miejscu jakość materiału.W czasie naszej rozmowy do pracowni Buczyńskiego po odbiór garnituru przychodzi klient. Około trzydziestki, średniego wzrostu, niezbyt szczupły, w sportowym ubraniu. Gdy wychodzi z przymierzalni w granatowym garniturze, wygląda, jakby stracił 10 kg wagi. – Podkrój kroku zrobiliśmy wysoko – mówi Buczyński, pochylając się nad ubraniem. – A jak uda? – pyta. – Nogawka nie za wąska? Długość nogawki, pół centymetra ponad obcasem, będzie widać dopiero, gdy klient włoży buty do garnituru. Mężczyźni marzą o garniturze wygodnym, w którym pięć godzin w samochodzie czy w samolocie nie będzie problemem. Mają także życzenia indywidualne. Wzmocnienie kieszeni, bo noszą w niej klucze, podszewkę na całej długości spodni, bo mają alergię na wełnę. Nie chcą podszewki na całej długości marynarki, bo jest w niej za gorąco. [srodtytul]O kaszmirze godzinami[/srodtytul] Najbardziej znane są u nas tkaniny Dormeuil, ale mamy też firmy mniej znane – Drago, Ariston, Taglia Delfino. Wełny, kaszmiry, mieszanki z jedwabiem – wyjaśnia Marek Buczyński. Maciej Zaremba pokazuje katalogi z próbkami. – Loro Piana, Vitale Barberis Canonico, Botto Giuseppe, William Halstead Limited, Harris Tweed – wylicza. Większość to niewielkie manufaktury szyjące na potrzeby krawców. Sprawdzamy tkaniny, zanim polecimy je klientom. O materiałach krawcy mogą rozmawiać godzinami. Z czułością dotykają lśniących wełen, przesuwają dłonie po jedwabistych kaszmirach. Wyjmują dziesiątki próbek, każda z nazwą producenta, dokładnymi parametrami oraz próbnikami w różnych kolorach. Kraje pochodzenia to na ogół Włochy lub Anglia, rzadziej Francja i Belgia. Na pytanie o bielskie fabryki Maciej Zaremba smutno kręci głową. – Te materiały są sztywne, ciężkie. Nie nadają się. Na ubrania do pracy Zaremba i Kamiński polecają wełnę 100 procent, najczęściej 120 albo 130. Ta liczba oznacza, że z 1 kg surowca można uzyskać 100 km włókna, z którego następnie tka się materiał. Inne oznaczenie dotyczy wagi. Letni garnitur będzie bardzo lekki, gdy uszyje się go z wełny 200. Metr kwadratowy waży 200 gramów. Letnie szyje się z 200 – 280, całoroczne są cięższe, ok. 300. Włosi lubią wełny lżejsze 260, Anglicy od 300. Swoje wtajemniczenia mają smokingi i fraki. Lubią wełnę owczą z domieszką młodego kozła, to nadaje im sprężystości i sztywności. Przed sezonem ślubów do krawców zgłaszają się klienci okazjonalni, którzy szyją garnitur raz w życiu. Przyszłym panom młodym Marek Buczyński poleca tkaniny lekkie. – Ślub to nerwy, zmęczenie – mówi. – Nie można wstać z klęcznika w pogniecionym ubraniu. – Czy dzienny frak ze sztuczkowymi spodniami zdobywa popularność? – pytam. – To wciąż rzadkość – odpowiada Zaremba. – Panny młode boją się, że strój mężczyzny odwróci od nich uwagę – żartuje Buczyński. Maciej Zaremba pokazuje mi kupon wielbłądziej wełny na płaszcz, który zamówił dyplomata z ambasady holenderskiej. Materiał jest piękny, ale płaszcz będzie kosztował ok. 10 tysięcy. Klejonka – to słowo, które wykopało przepaść między krawiectwem miarowym a tym, co gotowe i półprzemysłowe. W ustach moich rozmówców słowo „klejony” brzmi jak obelga. W ich pracowni nikt by się do tego nie posunął. Ale o co chodzi? – Klejonka to fizelina, którą wszywa się do materiału, żeby lekko go usztywnić – wyjaśnia Wojciech Szarski. Garnitur nie może być lejący, a jeśli uszyty jest z tkaniny bardzo lekkiej, usztywnienie jest niezbędne. Dobry krawiec używa do tego płótna (dawniej robiło się je z końskiego włosia). Fizelina to włóknina syntetyczna, którą podkleja się do materiału. – To jarmarczna metoda – mówi Szarski. – Tworzy martwą przestrzeń, na której po pewnym czasie tworzą się bąble i która po praniu deformuje tkaninę. [srodtytul]A gdzie moda?[/srodtytul] Kiedyś już kilkuletni chłopiec przyzwyczajał się do noszenia marynarki. Ojciec prowadził syna do krawca, zamawiał mu ubranie, uczył, jak trzeba je nosić. Od kiedy ludzkość przesiadła się na dżinsy, garnitur dla większości młodych ludzi jest ciałem obcym. Debiutują w nim dopiero na studniówce, z konieczności i trochę dla zabawy, bo to dla nich jak przebranie. Wychowali się na czterech rozmiarach ubrań: S, M, L i XL. Ale i tak prędzej czy później dopadnie ich garnitur. W latach 90. projektant Diora Hedi Slimane i Tom Ford z Gucciego wylansowali bardzo obcisłe ubrania, które obowiązywały jeszcze w połowie obecnej dekady. Sprzyjała im fala sfeminizowanej mody metroseksualnej. Agresywnie ze swoimi pomysłami atakowali Włosi. W 2006 roku na pokazach męskich w Mediolanie oglądałam garnitury biznesowe haftowane w kwiatki, szorty z frędzlami, marynarki z legginsami. „Mediolan na ziemię! „Pokażcie trochę umiarkowania”, apelował wtedy w „New York Timesie” dziennikarz Guy Trebay. Poskutkowało. Obecne kolekcje są zdyscyplinowane, pozbawione ostentacji. Widać powrót do porządnego włoskiego krawiectwa, szczególnie neapolitańskiego, dopasowanego do ciała, jak trzyczęściowe garnitury mafiozów. „Konstrukcja miękka tradycyjnie kojarzona jest z krawiectwem włoskim, twarda z angielskim" – pisze w swoim blogu Wojciech Szarski. „Marynarka miękka jest lejąca, jakby mniej uformowana. Materiał inaczej układa się na ciele, drapuje. Marynarka angielska wygląda bardziej jak uniform. Jest bardziej elegancka w sensie formalności. Taki styl wybrałbym na marynarkę do pracy czy na wieczór. Jak u bankowców i maklerów z londyńskiego City. Koszule ze sztywnym kołnierzykiem, czarne buty. Marynarka włoska bardziej kojarzy mi się ze stylem casual. Pomyślcie o kaszmirowych marynarkach, wełnianych krawatach i zamszowych butach. Czy różnica jest czytelna?”. Jeszcze nie dla wszystkich.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL