Publicystyka
Jak z ofiary zrobić sprawcę
Jarosław Kaczyński często używa i nadużywa ostrego języka. Można mieć rozliczne zastrzeżenia do jego linii politycznej. Ale to nie on prowadzi kampanię nienawiści – pisze publicysta „Rzeczpospolitej"
Wydawało się, że polityczne morderstwo jest zdarzeniem, które większość ludzi zajmujących się polityką powinno zmusić do refleksji. Zwłaszcza jeśli działanie zabójcy powodowane jest nienawiścią do partii i jej lidera, obiektu stałej i bezprecedensowej nagonki ze strony najbardziej opiniotwórczych środowisk w kraju.
Co jednak myśleć o stanie rzeczy, w którym morderstwo staje się pretekstem do kontynuacji, a nawet wzmożenia kampanii nienawiści wymierzonej w ugrupowanie, które padło jej ofiarą? Co sądzić o rzeczywistości, w której intelektualiści, dziennikarze, politycy stosują łamańce umysłowe, aby odwrócić sens zdarzeń i uznać ofiary za sprawców?
Spora ich część nie czuje się zresztą w obowiązku podejmować takich wysiłków. Wystarczy powtórzyć wszystkie dotychczasowe zarzuty i pomówienia, dodając do nich: "a nie ostrzegaliśmy?". Brakuje tylko wskazania, że "ostrzegaliśmy" przed aktami terroru ze strony PiS, a okazało się, że właśnie to ugrupowanie padło jego ofiarą.
Jak się okazuje, w tej wojnie nawet najbardziej drastyczne i elementarne fakty nie mają znaczenia. Brakuje namysłu nad tym, że jeśli oskarża się bez końca (i uzasadnienia) o wszystko, co najgorsze, określoną formację, to nie powinno dziwić, gdy pojawi się ktoś, kto wyciągnie z tego wnioski i postanowi położyć kres zagrożeniu.
W wychwalanym przemówieniu premier Tusk apelował, aby morderstwo nie stało się przyczyną złych emocji. Ani on, ani komentatorzy z dominujących mediów nie zauważyli, że akt terroru już jest wynikiem skrajnego stężenia złych namiętności, a więc warto przyjrzeć się temu stanowi rzeczy, aby go rozładować. Tylko że namysł taki byłby niewygodny dla partii rządzącej i jej propagandowego zaplecza: dominujących mediów i środowisk intelektualnych. Nawołując do politycznego niewykorzystywania łódzkiej tragedii, Donald Tusk zastosował tę samą strategię co w wypadku katastrofy smoleńskiej. Nie wykorzystywać politycznie, czyli nie rozliczać z niczego rządzących. Atrakcyjny to program dla nich i wspierających ich środowisk.
Po zabójstwie, czyli róbmy swoje
Wicemarszałek Sejmu z PO Stefan Niesiołowski, komentując łódzką tragedię, ubliża szefowi PiS; jego słowa o politycznej odpowiedzialności Platformy nazywa "niezwykle podłymi i nikczemnymi" oraz uznaje za "problem psychiatryczny". Zdaniem Niesiołowskiego Kaczyński twierdzi, że każda krytyka PiS to podżeganie do morderstwa.
To, że polityk PO ostentacyjnie manipuluje wypowiedzią swojego adwersarza, nie dziwi. Powinno zdumiewać, że robi to większość komentatorów i dziennikarzy. Najbardziej ponure jest, że nie budzi to nawet zdziwienia. Prawdopodobnie znaczna część obserwatorów powtarza dziś manipulację w dobrej wierze. Przecież wiadomo… Kaczyński. TVN często przytacza część jego wypowiedzi, która mogłaby sugerować taką interpretację. W rzeczywistości powiedział on, że dalsze kontynuowanie kampanii nienawiści jest wezwaniem do morderstw.
Niesiołowski karierę zawdzięcza obelgom i insynuacjom. Kieruje je przeciw wszystkim krytykom swojej partii, ale głównie PiS. Za to nagrodzony został prestiżowym stanowiskiem. Większość dziennikarzy nie uznaje za stosowne zaliczenie jego ekscesów na konto jego ugrupowania, co byłoby oczywiste w normalnie funkcjonującej demokracji. Tak jak oczywistym byłoby wykluczenie takiego osobnika z życia politycznego choćby za jego reakcję na łódzką tragedię. W Polsce jednak Niesiołowski jest pupilem mediów, mimo że nie ma do powiedzenia nic oprócz inwektyw.
Inny ulubieniec polskich dziennikarzy Janusz Palikot, który sukces w PO odniósł dzięki temu samemu co Niesiołowski, a zachwyt salonów tak bardzo uderzył mu do głowy, że próbuje dziś robić indywidualną karierę polityczną, uznaje, iż zabójstwo działacza PiS jest doskonałym pretekstem dla wylania kolejnego kubła pomyj na Jarosława Kaczyńskiego i jego partię. I znowu trudno oczekiwać, aby wpłynęło to na spadek jego popularności w "kulturalnym" establishmencie.















