Rosja chce związku z Unią Europejską

aktualizacja: 03.09.2010, 07:50
Foto: Fotorzepa, Seweryn Sołtys Seweryn Sołtys

Kremlowskie wizje są dla przyszłości naszego kraju kluczowe. Jestem jednak dziwnie przekonany, że w warszawskich gabinetach władzy nikt się nimi nie zajmuje. Więcej, nikomu nie wydają się one istotne – pisze publicysta

Siergiej Karaganow – bardzo znany rosyjski politolog, który, jak pisze „Gazeta Wyborcza”, „zabiera głos często po to, by nieoficjalnie przedstawić stanowisko rosyjskich elit w sprawach polityki zagranicznej” – napisał w rządowej „Rossijskiej Gazietie” bardzo ważny tekst, który „GW” przedrukowała w skróconej formie w ostatnim sobotnim wydaniu. Artykuł Karaganowa jest niezwykle istotny. Równie istotne zaś – a dla mnie, przyznam, poruszające – jest to, że dotychczas nie został on w Polsce dostrzeżony przez bodaj nikogo.
Karaganow pisze o pewnej wizji, która – gdyby została zrealizowana – wywróciłaby do góry nogami ekwilibrium polityki światowej. Wizji, którą Rosjanie (i sympatyzujący z nimi europejscy intelektualiści) jak dotąd dyskretnie suflowali, sondowali zachodnie reakcje, ale jeśli przedstawiali w druku, to półgębkiem. Karaganow zrobił to otwarcie. W dodatku w sposób pośredni między sposobem argumentacji i frazeologią niezależnego analityka a tonem poważnej politycznej oferty wypowiadanej z majestatu kremlowskich komnat.
Szef Rady Polityki Zagranicznej przy moskiewskim MSZ krytykuje w sposób umiarkowany przedwczesne i nieprzemyślane – zdaniem Rosjan – decyzje Zachodu o rozszerzeniu jego struktur na Wschód, co było według niego objawem utraty przez Europę „umiejętności strategicznego myślenia”. Ubolewa też, że Europejczycy „widzieli Rosję w roli ucznia”. Wszystko to uniemożliwiło bowiem jedyny korzystny – według Karaganowa – dla obu stron scenariusz. A jest nim integracja Rosji i Unii Europejskiej.
Nie chodzi jednak oczywiście o wejście Rosji do Unii – z punktu widzenia Moskwy taki scenariusz byłby i niemożliwy, i upokarzający. Rosja widzi się jako co najmniej równorzędny partner Wspólnoty.
I taki właśnie scenariusz przedstawia autor „Rossijskiej Gaziety”. Proponuje stworzenie nowego bytu – Związku Europy łączącego Rosję i Unię jako dwa podmioty.
Dotychczas mówiono – jeśli mówiono – o dość nieokreślonej osi Moskwa – Bruksela. Propozycja Karaganowa ukonkretnia tę wizję i idzie dalej.
[srodtytul]Mało ważny wschodni drobiazg[/srodtytul]
Związek Europy nie miałby, oczywiście, pociągać za sobą dostosowania się Moskwy do standardów zachodnioeuropejskich w dziedzinie demokracji i praw człowieka, choć Karaganow między wierszami wydaje się sugerować, że z biegiem czasu integracja w innych dziedzinach spowodowałaby tu pozytywną zmianę i sprzyjała ewolucji Rosji w stronę może nie aż demokracji, ale przynajmniej rządów prawa.
Miałby dotyczyć, po pierwsze, ścisłej koordynacji polityki zagranicznej. „Miękka siła Europy mogłaby się połączyć z twardą siłą niemałego potencjału strategicznego Rosji” – kusi Karaganow. Pisze zarazem, że obecna wspólna polityka zagraniczna UE „wiąże ręce wielkim państwom” europejskim, co można zrozumieć jako sugestię, że nowa – ta realizowana już przez Związek Europy – byłaby uzgadniana bardziej w wielokącie Moskwa – Berlin – Paryż – Londyn i może jeszcze jakieś inne stolice, bez potrzeby zawracania sobie głowy interesami europejskiego drobiazgu. Zwłaszcza – dodajmy – wschodniego drobiazgu.
Po drugie, integracja dotyczyłaby polityki energetycznej w ramach Związku i tego wątku nie ma chyba potrzeby rozwijać.
Po trzecie, ustanowienie „wspólnej przestrzeni gospodarczej i technologicznej” w perspektywie wspólnego obszaru celnego. I po czwarte, ruch bezwizowy, a w perspektywie wspólny rynek pracy.
Wszystko to jest dla Rosji konieczne, bo „jeśli nie zjednoczymy naszych wysiłków z Europą, w sposób nieunikniony będziemy dryfować ku roli surowcowego dodatku do Chin”. Zbawienne byłoby to również dla Europy, bo europejski „projekt integracyjny zabrnął w ślepą uliczkę” (m.in. na skutek zbytniego rozszerzenia UE), na skutek czego Europejczycy „pozostają coraz bardziej na obrzeżach wielkiej polityki strategicznej”. Tymczasem „trójkąt USA – Chiny – zjednoczona Europa” (pod tym ostatnim pojęciem autor rozumie oczywiście związek UE i Rosji) mógłby rządzić światem.
Do takiego Związku Europy (oczywiście nie do UE) mogłaby wstąpić Ukraina. A także Turcja i... Kazachstan, co trzeba chyba rozumieć jako sugestię szerszego reintegrowania przez Związek przestrzeni poradzieckiej.
[srodtytul]Cena polskiego głosu[/srodtytul]
Jeśli artykuł Karaganowa potraktować jako odsłonięcie strategicznej koncepcji Kremla, to wyjaśnia wiele z tego, co stało się w ciągu ostatniego roku w relacjach polsko-rosyjskich. Inicjowane przez Moskwę tendencje odprężeniowe – o czym pisano już wcześniej, ale co w świetle tekstu z „Rossijskiej Gaziety” staje się bardziej widoczne – obliczone były i są na neutralizację ewentualnego polskiego sprzeciwu wobec planów zbliżenia, a w perspektywie może i integracji UE i Rosji. Interpretacje, w myśl których można się w nich dopatrzyć też oferty pod adresem Warszawy (uznanie statusu Polski jako ważnego partnera w grze z Unią), zyskują też na wiarygodności. Interpretacje te wydaje się też potwierdzać ostatnia aktywność rosyjskiej dyplomacji, z wizytą ministra Ławrowa i jego tekstem opublikowanym w „GW” na czele.
Jak do wizji integracji UE i Rosji powinna się odnieść Polska? Brak tu miejsca, by szerzej analizować ten problem. Oczywiste jest, że wizja Karaganowa niesie ze sobą potężne zagrożenia zarówno z punktu widzenia całej UE w jej obecnym kształcie, jak i samej Polski. Tytułem przykładu – czy ścisły związek z obecną Rosją, państwem, w którym nie rządzi prawo, lecz poprzerastane z władzą mafie, nie wpłynie degenerująco na same kraje Wspólnoty, zwłaszcza te, w których demokracja i system wolnorynkowy są wciąż względną nowością? Czy energetyczna integracja Unii z Rosją nie tylko ostatecznie nie uniemożliwi energetycznej dywersyfikacji naszemu krajowi, ale wręcz trwale nie uzależni od Rosji krajów starej Unii?
Oczywiste jest też, że realizacja projektu Związku oznaczałaby kres planów ekspansji Zachodu na Wschód i trwałe pozostawienie Ukrainy formalnie w jakimś obszarze buforowym, a realnie – w sferze wpływów moskiewskich. Do powrotu do tej sfery zapewne zostałyby zmuszone kraje Zakaukazia.
Wszystko to powinno skłaniać nasz kraj do przeciwstawienia się podobnym pomysłom. Co może być realne, bo przecież w krajach i nowej, i starej Unii (także w Berlinie i Paryżu) nie wszyscy są zachwyceni wizją bliskich związków z potężnym państwem niedemokratycznym.
Ale może się też okazać nierealne, bo wizja rzeczywistych przecież zysków związanych z powstaniem podmiotu rozciągającego się od Atlantyku po Pacyfik może być zbyt potężna. Jeśli tak, to realistyczne myślenie polityczne nakazywałoby jak najdroższe sprzedanie polskiego „tak”. Zyskanie zań jak najwięcej trwałych korzyści – i gospodarczych, i politycznych. Uzyskanie jakichś gwarancji zabezpieczeń minimalizujących polityczne zagrożenia.
Niestety, nie potrafię pozbyć się wrażenia, że nikt o tym nie myśli.
Tu wracamy do sprawy zasygnalizowanej na początku. „Gazeta Wyborcza” (chwała jej za to) przedrukowała artykuł Karaganowa w sobotnim numerze. Aż do dziś nie spowodowało to żadnych reakcji. Żadna telewizja nie poświęciła sprawie ani jednego programu publicystycznego. W Warszawie żaden dziennikarz nie zadał o to pytania premierowi, prezydentowi, szefowi MSZ, liderom partii opozycyjnych. W Brukseli nikt nie pytał o to Jerzego Buzka, pani Ashton ani Jose Manuela Barroso.
Media żyją sprawami znacznie ważniejszymi – przepychankami o krzyż, marketingowymi zabiegami Henryki Krzywonos, frakcyjnymi sporami w PiS i dywagacjami na temat politycznej przyszłości Janusza Palikota... To media. A rządzący?
[srodtytul]Z odwróconą głową[/srodtytul]
Jestem dziwnie przekonany, że kremlowskie wizje, kluczowe dla przyszłości Polski, w warszawskich gabinetach władzy nie są tematem nie tylko kluczowym, ale wręcz nie są tematem istotnym. W myśleniu rządzących (w jakiejś mierze także w największej partii opozycyjnej, ale to na rządzących spoczywa znacznie większa odpowiedzialność) liczy się konflikt wewnętrzny, wojna polsko-polska. Jakieś tam rosyjskie pomysły? Zajęcie się nimi zabrałoby nam tylko czas potrzebny do planowania tego, co naprawdę istotne – wdeptania Kaczyńskiego w ziemię. W dodatku przecież piarowsko wygrywamy na odprężeniu z Rosją, po co zajmować się czymś, co może być zagrożeniem dla tego odprężenia. I w ogóle
– kiedy dzieje się coś przykrego, to najlepiej jak najdłużej tego nie dostrzegać. Przecież, jak powiedział premier Donald Tusk, żyje się tu i teraz, a ludzie mają prawo do szczęścia. A cóż jest ważniejsze dla szczęścia niż spokój? A za rok są wybory...
A PiS? Czy ktoś potrafi sobie wyobrazić, aby – gdyby wizja Karaganowa zaczęła się materializować – największa partia opozycyjna potrafiła zareagować inaczej niż krzykiem o nowej Jałcie, nowym pakcie Ribbentrop-Mołotow i jego polskich pomocnikach?
Sprawa tak kluczowa jak wizja integracji Unii i Rosji wydawałaby się oczywistym tematem do nawet nieoficjalnej wspólnej refleksji rządu i opozycji. Czy ktoś potrafi sobie wyobrazić, aby coś takiego miało miejsce w Polsce? Czy ktoś potrafi sobie wyobrazić, aby w obecnej Polsce istniał – gdziekolwiek, w strukturach rządowych, opozycyjnych, niezależnych – jakiś silny think tank, który teraz zastanawia się – realistycznie i kierując się jedynie polskim interesem, a nie interesem partii rządzącej czy romantyczną ideologią – jak odnieść się do potencjalnie nowej sytuacji?
Rok temu Marek Magierowski, analizując ówczesne, znacznie mniej zaawansowane niż teraz, wychodzące ze źródeł rosyjskich i europejskich sugestie dotyczące strategicznego zbliżenia Unii i Moskwy, zadał pytanie: „czy jesteśmy przygotowani na taki scenariusz?” („Nowe mocarstwo: Eurosja”, „Rz”, 13.05.2009). Dziś, po roku, w czasie którego sprawa ta nie stała się w Polsce przedmiotem jakiejkolwiek debaty, po artykule Karaganowa i polskim milczeniu na jego temat, wypada stwierdzić, że odpowiedź na pytanie Magierowskiego jest przecząca.
I podsumować sytuację genialnymi słowami Jacka Kaczmarskiego z ballady „Reytan, czyli raport ambasadora”: „Rozgrywka z nimi – to nie żadna polityka. To wychowanie dzieci, biorąc rzecz en masse...”.
[i]Autor jest publicystą, współpracownikiem „Rzeczpospolitej”. W przeszłości był m.in. prezesem PAP [/i]
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE