Komorowski debiutuje w Europie

aktualizacja: 02.09.2010, 01:27
Foto: ROL

Bronisław Komorowski rozpoczął pierwsze tournée zagraniczne. Z politykami w Brukseli rozmawiał sam

[i]Korespondencja z Brukseli[/i]
Bruksela, Paryż i Berlin – to plan rozpoczętej wczoraj podróży Bronisława Komorowskiego. Najpierw Bruksela, bo – jak powiedział prezydent – „Polska jest rzecznikiem wzmocnienia współpracy w UE”. Rano Komorowski przyjechał do Komisji Europejskiej, gdzie spotkał się z jej przewodniczącym Jose Barroso.
– Przybył trochę przed czasem, więc zaczęli rozmawiać wcześniej – mówi „Rz” osoba z otoczenia szefa KE. O czym jednak rozmawiali, wiedzą tylko oni, gdyż – wbrew wcześniejszym ustaleniom – zamiast po 15 minutach zaprosić do udziału w rozmowie doradców, pozostali w swoim gronie, tylko w towarzystwie tłumaczy. – Spotkali się pierwszy raz. Widocznie dobrze im się rozmawiało – powiedziano nam w KE.
Komorowski miał wczoraj zaliczyć wszystkie unijne instytucje, ale ostatecznie z przewodniczącym Rady Europejskiej spotka się dziś. W ostatniej chwili polskiego prezydenta zaprosił do siebie król Albert II. Tam również 40-minutowa rozmowa odbyła się w cztery oczy. Otoczenie prezydenta spekulowało, że król mógł poruszyć tematy rodzinne. Jego synowa, żona następcy tronu Matylda, jest bowiem skoligacona z rodziną Komorowskich.
Po polskim akcencie w pałacu Komorowski przejechał do Parlamentu Europejskiego, gdzie poczuł się jak w domu. Na spotkaniu z przewodniczącym parlamentu był wyraźnie uradowany i wspominał czasy, gdy Jerzy Buzek był jego szefem: premierem gabinetu, w którym obecny prezydent sprawował funkcję ministra obrony. Znaczna część rozmowy z Buzkiem, znów wbrew ustaleniom, odbyła się w cztery oczy.
Potem Komorowski zjadł obiad w towarzystwie szefów wszystkich frakcji politycznych w PE, najwięcej rozmawiając z Francuzem Josephem Daulem, szefem chadeków, i Niemcem Martinem Schulzem, szefem socjalistów. – Szło im to bardzo sprawnie. Bo prezydent miał obok siebie tłumaczy na niemiecki i francuski, których wiezie ze sobą do Paryża i Berlina – mówi nasz rozmówca w PE. Jak zauważa, Komorowski był dobrze przygotowany do spotkań. – Z notatek nie korzystał, a doradcy też nie stali przy jego uchu – opowiada.
Prezydent spotkał się też z polskimi eurodeputowanymi. Stawili się prawie w komplecie, poza PiS, które było reprezentowane tylko w jednej trzeciej. Atmosfera była miła, Komorowski dostał nawet kwiaty i czekoladki z okazji swoich imienin. Europosłowie opozycji docenili, że prezydent się z nimi spotyka, ale też przedstawili mu konkretne postulaty.
Konrad Szymański z PiS pytał o umowę z Gazpromem. – Polska od pięciu lat apeluje o wspólną politykę energetyczną, a teraz forsuje umowę z Gazpromem niezgodną z tą ideą i sprzeczną z unijnym prawem – mówił Szymański. Z kolei Marek Siwiec z SLD narzekał na brak konkretnych informacji o polskim przewodnictwie w UE w drugiej połowie 2011 roku. – Na tę okazję MSZ zajmuje się kupowaniem samochodów, szykowaniem helikopterów i czyszczeniem toalet. Ale jakie są priorytety, ciągle nie wiemy. Gdzie zniknął minister Sikorski? – pytał Siwiec.
O ile w instytucjach unijnych prezydent zapewniał, że wspiera politykę rządu, o tyle już w NATO – jako zwierzchnik sił zbrojnych – mógł mówić we własnym imieniu. I swoje zdanie wyraził w sposób zdecydowany. Według niego koszty związane z misją w Afganistanie uniemożliwiają realizację strategicznego celu, jakim jest modernizacja polskiej armii. – Musimy jasno określić strategię zakończenia misji – mówił. Sekretarz generalny Sojuszu
Północnoatlantyckiego Anders Fogh Rasmussen ma nadzieję, że siły NATO będą mogły rozpocząć przekazywanie odpowiedzialności za bezpieczeństwo wojskom afgańskim w 2011 roku.

POLECAMY

KOMENTARZE