Styl życia

Bombramsel staw!

Na rei: (od lewej) Michał Borysewicz, Kacper Kucharski, Maciej Dowgiałło i Julia Różycka, III wachta
Fotorzepa, Monika Janusz-Lorkowska m.j.-l. Monika Janusz-Lorkowska
Przeciągły gwizd, alarm do żagli. – Przygotować grot do stawienia! Wszystkie rejowe! Również grotsztaksel! – brzmią komendy kapitana Baranowskiego na „Pogorii”
Większość ekipy na pokładzie składa się z nastolatków w wieku gimnazjalnym, bez doświadczenia na morzu. W tym rejsie, wyjątkowo, żaglowiec zależy od nich.
Stop! Tylko garda jedzie, tylko garda! Stop! Teraz pik. Stop! Teraz wszyscy naraz, i garda, i pik! – krzyczy czwarty oficer, który nie wiadomo jak pojawia się w kilku miejscach naraz. – Poluzować gordingi! Ajaj! Co robisz, człowieku?! Puść tę linę! To szot! Niebieska to szot! Gordingi są czerwone!
[wyimek][b][link=http://www.rp.pl/galeria/492189,1,504643.html]Zobacz galerię zdjęć[/link][/b][/wyimek] Kto nie uważał podczas szkolenia w porcie, teraz ma kłopot. Wśród mnóstwa lin trudno odróżnić dirki od brasów, gejtawy od szotów. Wszystko odbywa się w błyskawicznym tempie. I sił potrzeba dużo. Jedną linę ciągnie troje, nawet czworo dzieciaków. Skutecznie. Żagiel grot rozwija się i zaczyna zajmować należną mu przestrzeń. Ale za wolno, wiatr już nim szarpie. Jakieś liny nie napięte, nieprzypilnowane, niezaknagowane. – Szybciej! – wrzeszczy mi nad uchem „czwarty”. Nie ma czasu na teorię. Konsekwencje błędów odczują wszyscy. W końcu żagle postawione. Po kolei, od dzioba: latacz, bomkliwer, kliwer, foksztaksel. Także pierwszy maszt z rejami. Oraz ogromny grot w kształcie trapezu i trójkątny – grotsztaksel. Płyniemy! [srodtytul]Na 11. piętrze[/srodtytul] Przedtem były ćwiczenia „na sucho”. „Pogoria” jeszcze w porcie. Na pokładzie pierwsze szkoleniowe wspinaczki na reje (to pierwszy maszt, ma pięć poprzecznych belek – rei). Wspinamy się po linowej drabince. Pierwsza reja, na której dolny żagiel fok, jest na wysokości trzeciego – czwartego piętra, ostatnia, z żaglem bombramselem – na wysokości 11. Na rejach wiąże się (klaruje) lub rozwiązuje żagle. Wzdłuż każdej biegnie stalowa lina życia, do której należy się przypiąć. Szybko się przekonuję, jak jest potrzebna. Pozwala zachować równowagę, zwłaszcza psychiczną. Oparciem dla stóp jest tu tylko lina grubości palca. Mówią o niej drut telegraficzny, bo gdy już na dolnym marselu (druga reja, wysokość ok. piątego – szóstego piętra) nogi drżą mi ze strachu, czują to wszyscy pracujący na moim poziomie. Stopy na drucie, brzuch na rei, pupa wypięta, ręce zajęte pracą. – Gdy padło pytanie, kto pierwszy na reje, bardzo chciałam wdrapać się tam wysoko, ale też bardzo się bałam – opowiada Natalia Kochańska z gimnazjum z Zielonej Góry. – Decyzja przyszła, gdy pomyślałam: skoro pozwalają na tę wspinaczkę, musi być bezpieczna. Na górze pierwsze wrażenie straszne, wydawało mi się, że liny uciekają mi spod stóp. Ale warto było. „Pogoria” dopiero z góry odsłania się w pełni, widać, jaka jest wielka. [srodtytul]Neptunowi co należne[/srodtytul] Opuszczamy port. Na „Pogorii” 34 gimnazjalistów z całej Polski. Na brzegu ich przyjaciele, rodzina. Czasu na pożegnanie niedużo. Choć „Pogoria” nie ma silników strumieniowych, instalowanych dziś nawet na małych jachtach, z Gdyni wypływamy szybko. By odwrócić żaglowiec dziobem w kierunku morza, używamy pontonu z silnikiem o mocy 75 koni. Napiera gumowym dziobem na bok statku i wypycha „Pogorię” tak, by nie stała równolegle do kei. Na morzu podział na wachty. Obowiązują trzy: nawigacyjna, kambuzowa, bosmańska. Zmiany co cztery godziny. Wachta między 12 w nocy a 4 rano zwana jest psią. Za kambuzową młodzi nie przepadają, bo to praca w kuchni i sprzątanie pod pokładem, również toalet. Ale cook Sebastian potrzebuje pomocy, każdego dnia przygotowuje posiłki dla 50 osób. – To jak małe wesele – mówi ze śmiechem. – Ale i tak na statku odpoczywam. Na lądzie przygotowuję czasem catering dla 2,5 tys. osób. Wtedy wykorzystuję fakt, że jestem informatykiem – gotowanie rozpisuję na małego pendrive’a, którego podłączam do pieca. Ziemniaków jednak komputer nie obierze. Kłopoty na każdej z wacht zaczynają się, gdy „Pogorię” pod pełnymi żaglami pcha wiatr o sile 4 – 5 stopni B. – Kto chce oddać hołd Neptunowi, musi przypiąć się szelkami do relingów – grzmi bosman przez megafon. – Bezwzględnie. Nie chcemy wykonywać manewru człowiek za burtą. Tylko na Boga! Wymiotujcie na zawietrznej, na zawietrznej! [srodtytul]Banderowanie[/srodtytul] Każdego dnia o 7.30 śniadanie, o 8. podniesienie bandery. Salut banderą (opuszczenie i podniesienie bandery) odbył się raz, gdy spotkaliśmy na morzu „Szopena” – polski żaglowiec rejowy. Banderowanie to jedyny moment, gdy cała załoga i wszystkie wachty spotykają się na pokładzie. To też chwila pochwał i nagan, upomnień i nakazów. – Kto ma wachtę na pokładzie, a chce zejść do kajuty, musi zapytać o pozwolenie oficera – przypomina kapitan Krzysztof Baranowski. – Na pierwszej śniadaniowej zmianie nie chcę widzieć nikogo z wachty nawigacyjnej! – przypomina. I dodaje: – Może ktoś uznać tę zamkniętą, pływającą przestrzeń za więzienie, i to więzienie o zaostrzonym rygorze. Trudno. Nie przejmuję się tym. Jesteście tu dobrowolnie i są tu reguły, które obowiązują wszystkich ze względów bezpieczeństwa. [srodtytul]Klasa „pani czwartej”[/srodtytul] Pod pokładem jest pomieszczenie nazywane klasą, w tym rejsie nieużywane. Tu młodzież ma lekcje podczas rejsów semestralnych. Spotkać można w klasie „panią czwartą” – Agnieszkę Leśny (podczas szkolenia była czwartym oficerem). Jedyna kobieta w załodze. Niebieskie oczy, czarne włosy, nad karkiem zwój imponujących dredów. Bezpośrednia w sposobie bycia, stanowcza w działaniu. Dzieciaki do niej lgną. Gdy nie wachtuje, pisze doktorat o alternatywnych sposobach nauczania. – Chcę zobaczyć efekty wychowawczo-szkoleniowych rejsów – mówi. – I to nie tylko w postaci pozytywnie zaliczonych testów. Nastolatki wypełniają przygotowane przez nią dzienniczki pokładowe. Trudno jednak mówić o konkretnej edukacji podczas tak krótkiej trasy. Wyprawa „Pogorii” do Karlskrony to rejs pocieszenia. Obecni tu gimnazjaliści zakwalifikowali się na trzymiesięczny, a nie tygodniowy rejs. Miał się odbyć w pierwszej połowie 2011 roku. – Jeśli się tu sprawdzimy, to pewnie kapitan zabierze nas wiosną – zwierza się nietracący nadziei Rafał Fiolka z Bytomia. Problem jednak w tym, że Szkole pod Żaglami brakuje sponsorów. – Choć wszystko jeszcze może się udać – przekonuje Mateusz Potempski, student architektury, już z patentem kapitana, tu pierwszy oficer. Płynął w Szkole pod Żaglami na Karaiby w 2002 roku. Interesują go losy wszystkich żaglowców w Polsce. – „Pogoria” jest wśród nich szczególna, bo to pierwszy polski żaglowiec rejowy dla każdego – mówi. – „Dar Młodzieży” był i jest dla kadetów Szkoły Morskiej, a „Pogoria” zapoczątkowała tradycję zapraszania na pokład młodzieży cywilnej. Po prostu musi pływać z dziećmi, po to powstała. [i] Rejs „Pogorią” trwał tydzień, trasa: Gdańsk – Karlskrona – Bornholm – Świnoujście[/i] [i]Monika Janusz-Lorkowska, płynęła na „Pogorii”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL