fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Styl życia

Prosimy nie kosić trawników

Maki koło Nasielska na Mazowszu. Piękne jak marzenie. Wysiały się same / www.luczaj.com
Rzeczpospolita
Częste koszenie to dla roślin środek antykoncepcyjny. One nie kwitną, a my nie poznajemy ich urody
Przed kilkoma laty na rondzie ulicznym w Krośnie wyrosły bławatki, purpurowoliliowe kąkole, białe rumianki, bladożółta wyka i maki. Kwietną łąkę na kilkudziesięciu metrach kwadratowych miasta założył Łukasz Łuczaj, biolog i ekolog. Sam skopał ziemię i wysiał nasiona z przygotowanej przez siebie mieszanki. – Ludzie dzwonili do urzędu miejskiego i pytali, po co tam rośnie to zielsko. A urzędnicy zwracali się do mnie z wyrzutem, że oprócz chwastów, na które wydali zgodę, wysiała się też gorczyca polna nieprzewidziana w umowie – opowiada Łuczaj. Łąka istniała tylko rok.
– Chwasty większości kojarzą się z niechlujstwem i niegospodarnością – mówi Łuczaj, który od ponad dziesięciu lat sprzedaje mieszanki nasion roślin łąkowych. W sumie ok. 50 gatunków. Zbiera je ręcznie na 17-hektarowym zboczu góry na Pogórzu Karpackim, gdzie ma dom, własną łąkę i pole z ginącymi gatunkami – kąkolem i złocieniem żółtym. [srodtytul]Mandat za łąkę[/srodtytul]
– Kiedyś chwasty miały swoje miejsce. Wyki pięły się po płocie, oset rósł na pastwiskach, łany zbóż pełne były chabrów i maków. Dziś zboża opryskuje się nowoczesnymi herbicydami i żeby znaleźć chaber, trzeba przejechać 30 km. Chwasty nie pasują do wizji Polski czystej, schludnej, europejskiej. Ale to chora wizja – podkreśla Łuczaj. [wyimek][b][link=http://www.rp.pl/galeria/82678,7,500702.html]Zobacz więcej zdjęć[/link][/b][/wyimek] Co to w ogóle są chwasty? Fitosocjologia (nauka zajmująca się badaniem zbiorowisk roślinnych) opisuje je jako gatunki roślin towarzyszące uprawom zbóż. Jednak w przypadku ogrodów czy zieleni miejskiej nie chodzi przecież o uprawy i wydajność. Za chwasty uznaje się rośliny rodzime, które na danym terenie rozsiewają się spontanicznie, a nie planowo. To rośliny, które sami uznajemy za niepożądane. Dlatego herbicydami likwiduje się kwietne łączki na torowiskach kolejowych, przy drogach wzdłuż krawężników ciągną się pasy wypalonej chemią roślinności, a na torowiskach tramwajowych w mieście znajdziemy tylko szorstki, goły tłuczeń. Są miasta np. Jasło, w których można dostać mandat, jeśli trawnik w prywatnym ogrodzie jest wyższy niż 50 cm. Nie ma mowy o kwietnej łące, która osiąga 80 cm. Cegłę klinkierową ceni się bardziej od zwykłej m.in. za to, że nie trzyma się jej mech. – We Wrocławiu zniszczono ciekawe paprocie, które porastały mury kościołów, bo uznano, że kościół wygląda z nimi na zaniedbany. To kompletna bezmyślność – denerwuje się Łuczaj. – Tego typu rośliny nie zniszczą muru. W Anglii specjalnie polewa się mury mlekiem, by pojawiły się na nich mchy i porosty, bo Anglicy uważają, że to romantyczne. Dla większości z nas definicja chwastu jest prosta – to roślina, którą się wyrywa, np. z grządki truskawek albo z doniczki na balkonie. Ponieważ chwast „służy do wyrywania”, nie trzeba zapamiętywać, jak się nazywa. Czy ktokolwiek zakłada zielnik, by po łacinie podpisywać w nim chwasty? A przecież mają nazwy. [srodtytul]Prawo do współczucia[/srodtytul] – Gdy uznajemy jakąś roślinę za chwast, odbieramy jej prawo do współczucia – tłumaczy dr Piotr Mędrzycki, biolog z Wyższej Szkoły Ekologii i Zarządzania w Warszawie. Na stołecznych Bielanach przy skrzyżowaniu ul. Hajoty i Schroegera oglądamy mały pas zieleni między ulicą a chodnikiem. – Zdążyliśmy, jeszcze nie skosili – cieszy się dr Mędrzycki. Na 6 mkw. rośnie tu maleńki ślaz (Malva neglecta), tasznik o cienkich łodyżkach z owocami w kształcie serduszek (Capsella bursa-pastoris) i dziki jęczmień (Hordeum murinum) – jego ostro zakończone kłosy chłopcy w mojej szkole rzucali we włosy dziewczynkom. Łatwo sobie wyobrazić tę małą uliczkę z kwitnącym na biało tasznikiem, purpurowoliliowym ślazem i kładącymi się na wietrze łanami jęczmienia. – To brak wiedzy o tych banalnych roślinach sprawia, że nikt nie dba o ich miejsce w mieście. Nie mają szansy pokazać, jak korzystnie potrafią wyglądać – mówi dr Mędrzycki. – Urzędnicy miejscy cieszą się, gdy dostaną dofinansowanie unijne, by móc jeszcze częściej kosić trawniki. Na trawnik w przeciętnym polskim mieście ciągle pada deszcz nasion ok. 200 gatunków. Trawniki ze sklepu mają ich zaledwie 15. Te pozostałe 185 gatunków: mniszek lekarski, babka, różne trawy, tylko czeka, by się osiedlić na „sklepowym” trawniku. Mają ogromną wolę przetrwania. By je zniechęcić, trzeba odpowiednich sił i środków – herbicydów, kosiarek, pieniędzy. A efekt i tak pozostawia wiele do życzenia. Co gorsza, uniwersalne gatunki sklepowe gorzej reagują na trudne warunki, takie jak susza czy powódź. [srodtytul]Zostają suche badyle[/srodtytul] Rośliny rodzime, przeciwnie, to fachowcy od zadań specjalnych, obeznani z terenem i lokalnymi problemami. Weźmy na przykład owies brodaty. Występuje masowo na trawnikach w Warszawie. Ma łagodne, powiewające na wietrze trawy, które zabarwiają się na purpurowo z końcem lata. Gdy potraktować go kosiarką, zostają same łodyżki. Łoboda tatarska, powszechna w mieście, występuje przy pasach dróg, rośnie w górę na pół metra. Podczas suszy odżywa, może tworzyć gęste zielone kobierce. Ma też zdolność hiperakumulacji metali ciężkich, oczyszcza z nich glebę. Gdy się ją skosi– zostają suche badyle. Ostatni ginie powój – jest rośliną płożącą, łatwiej umyka kosiarce i udaje mu się wyhodować długie korzenie, którymi sięga po resztki wody w ziemi. Zdaniem dr. Mędrzyckiego miasta takie jak Warszawa są na dobrej drodze do zniszczenia swojej tożsamości biologicznej, tak jak to wcześniej zrobił np. Londyn. Gdy członkowie brytyjskiej organizacji Livingroofs, działającej na rzecz zielonych dachów, zakładali takie dachy w Londynie, liczyli, że rodzime rośliny szybko wysieją się same. Nic takiego się nie stało, było już zbyt mało gatunków. – Odwiedzający Polskę biolodzy i architekci krajobrazu z Holandii czy Niemiec zachwycają się rozmaitością gatunków, dla nich równo wykoszona murawa jest bez życia – argumentuje dr Mędrzycki. Wypalone słońcem skwery i zieleńce, które w upalne lato widzimy w mieście, to nie wina roślin, ale efekt niedostosowania sposobu zarządzania do gatunków. – Do roślin podchodzi się tak jak do nawierzchni zbudowanej z kostki – konkluduje dr Mędrzycki. – Chcemy mieć idealny, równo skoszony trawnik, a uzyskujemy wrażenie ubóstwa, efekt odwrotny do zamierzonego. To tak jak w relacjach międzyludzkich – najgorsze nie są wady, lecz nierealistyczne założenia. [ramka][b]Agnieszka Duc, architekt krajobrazu z pracowni Ogrodownia[/b] Niedoceniane przez nas rośliny rodzime, chwasty, wykorzystywane są na świecie przy projektowaniu ogrodów. Tzw. styl ekologiczny polega na dobieraniu roślin do miejsca. Upraszczając, sadzimy to, co rośnie za płotem. Obecność w ogrodzie roślin z sąsiedztwa zapewnia ciągłość wędrówki zwierząt, rozsiewanie i zapylanie kwiatów, wchodzenie w skład miejscowego ekosystemu. Nie potrzeba chemicznych środków ochrony, szkodniki są zwalczane w sposób naturalny. Nie musimy podlewać roślin, do nieprzytomności dbać o ich urodę i zdrowie, słowem, oszczędzamy czas i pieniądze. W dużym ogrodzie świetnie wygląda łąka kwietna. Kosimy ją dwa razy w roku. Wady? Wcale nie jest łatwo ekologiczny ogród zaprojektować tak, by „działał”. Poza tym większości ludzi kojarzy się on z ciężkimi czasami komunizmu, brakiem ozdobnych odmian roślin, krótko mówiąc – z biedą. Tymczasem pospolite rośliny świetnie się bronią przy nowoczesnej architekturze. Obok eleganckich materiałów odbierane są wręcz jako wyszukane. Doskonale sprawdzają się w dużych, krajobrazowych założeniach, np. w rezydencjach na Mazurach. [/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA