Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Wiadomoœci

Widziałem spadajšcy samolot

Sławomir Wiœniewski był pierwszy na miejscu katastrofy. Udało mu się sfilmować wrak samolotu
EPA
Maszyna była przechylona. Nagle huk. Słup ognia. Rozbił się – mówi montażysta TVP Sławomir Wiœniewski
Rz: Gdzie pan był, gdy doszło do katastrofy polskiego samolotu? Sławomir Wiœniewski: W Nowym Hotelu położonym w pobliżu lotniska wojskowego, po drugiej stronie ulicy. Miałem dużo pracy, montowałem materiały. Nagle usłyszał pan huk samolotowych silników.
Tak, ale myœlałem, że samolot leci pusty. Godzinę wczeœniej wydawało mi się bowiem, że maszyna lšdowała. Wówczas również słyszałem huk silników. Gdy więc usłyszałem go ponownie, myœlałem, że nasza delegacja wylšdowała już bezpiecznie, a samolot leci załatwić jakieœ sprawy techniczne, na przykład zatankować, albo wraca do Polski i potem przyleci z powrotem po prezydenta. Mimo to podszedłem do okna, żeby zobaczyć maszynę. Jak daleko od miejsca katastrofy znajdował się hotel? Tego dnia w Smoleńsku była wielka mgła. To prawda, mgła była bardzo gęsta. Ale od hotelu do samolotu w linii prostej było zaledwie około 300 metrów. Wiem, bo zrobiłem potem pomiary, pełnš dokumentację. Oba miejsca dzieliło około 400 metrów. Całe pole było przeorane, drzewa połamane. Szczštki samolotu. Niektóre się jeszcze paliły Co pan widział z okna? Całej sylwetki samolotu, od dzioba do ogona, nie widziałem. Tylko lewe skrzydło orzšce ziemię oraz fragment kadłuba. Jakiœ znak rozpoznawczy na nim. To były ułamki sekund. Samolot był już mocno przechylony, około 40 stopni w lewo. Potem nastšpił huk i w powietrze wystrzelił mały słup ognia. Rozbił się. W pierwszej chwili pomyœlałem: a może to jakiœ mały sportowy samolot? Może wojskowy? Tak czy inaczej, złapałem kamerę i pobiegłem w kierunku miejsca katastrofy. Ile czasu panu zajęło dotarcie do wraku? Tak jak powiedziałem, to było 400 metrów. To ile mogłem biec? Moment. Szczególnie że częœć drogi była z górki. Był pan pierwszy na miejscu katastrofy? Tak. Dopiero potem przyjechała straż pożarna. Co pan tam zastał? Całe pole było przeorane, drzewa połamane. Szczštki samolotu. Niektóre się jeszcze paliły. Znalazłem też czarnš skrzynkę, która w rzeczywistoœci była pomarańczowa. Widać jš na zrobionym przeze mnie filmie. Wtedy już wiedziałem, że to nasz samolot. Zobaczyłem szachownicę. Nadal jednak nie docierało do mnie, że maszyna rozbiła się z prezydentem i całš delegacjš. Nie było żadnych œladów, że zginęło blisko 100 osób. Jak to? Nie było foteli, walizek, toreb ani – przede wszystkim – ciał czy ludzkich szczštków. Dopiero potem powiedziano mi, że ciała były gdzie indziej. Tam, gdzie ja byłem, spadł tylko silnik, częœci kadłuba. Ciała były zaœ w głębi lasu, po prawej stronie, tam gdzie do góry nogami leżały koła, podwozie (miejsce to można zobaczyć na niektórych zdjęciach prasowych – red.). Podobno w 1987 roku był pan na miejscu katastrofy samolotu w Kabatach. Czy tam były ciała? Tak, rzeczywiœcie biegałem wówczas w tamtejszym lesie i widziałem rozbity samolot. Tam szczštki ludzkie były. To, że nie widziałem ich pod Smoleńskiem, tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że na pokładzie nie było naszej oficjalnej delegacji. Że samolot wracał już z lotniska z samš załogš. Podobno miał pan na miejscu kłopoty? Dopóki byli strażacy, wszystko było OK. Zapytali, kim jestem; gdy powiedziałem, że z telewizji, nie robili żadnych kłopotów. Potem jednak pojawili się ludzie z Federalnej Służby Ochrony. Na filmie słychać, jak krzyczš: „Federalna Służba Ochrony. Oddawaj kamerę!”. Doszło do szarpaniny. Dwa byczki wzięły mnie pod pachy. W międzyczasie widziałem, że przez las od strony lotniska przybiegło kilku naszych dyplomatów w garniturach. Co się tymczasem działo z panem? Rosjanie mnie odcišgnęli. Wpadłem w błoto. Pytali, kim jestem. Jak się panu udało ocalić nagranie? Zażšdali kasety i ja im bez oporów oddałem wszystkie kasety, jakie miałem w torbie. Jedna była nagrana i kilka czystych. Dałem jednak wszystkie oprócz jednej – tej kluczowej, która pozostała w kamerze. Dlaczego Rosjanie chcieli zabrać kasetę? Bo ja wiem? Na poczštku była jedna wielka panika i przerażenie. Oni byli całkowicie zdezorientowani. Chcieli usunšć wszystkich ludzi z miejsca katastrofy. Nie doszukiwałbym się tu jakichœ podtekstów. Choć na poczštku było bardzo nieprzyjemnie. Mówili: „Szybko domu nie zobaczysz”. Bardzo się przestraszyłem, że będę miał kłopoty, że znalazłem się w niewłaœciwym miejscu. Z tymi służbami nie ma żartów, obawiałem się konsekwencji. Przez cały czas nie wiedziałem, że prezydent i reszta naszych oficjeli nie żyje. Kiedy pan się dowiedział, co się stało? PóŸniej. Gdy już nieco opadły emocje i siedziałem w jednym z rosyjskich samochodów. Wtedy dostałem esemesa z Polski. Pomyœlałem: rany boskie!   -rozmawiał Piotr Zychowicz
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL