Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Styl życia

Dzień świstaka

Jesieniš œwistaki sš mniej aktywne, szykujš się do zimowego snu
archiwum prywatne, Stanisław Pagacz
Jelenie mnie podglšdajš, kozły spychajš ze œcieżki, ptaki wyrywajš mi jedzenie z ręki, a œwistaki ze mnie drwiš – trudne jest życie wolontariusza w amerykańskim parku narodowym
No i jestem w Ameryce. Dokładniej w stanie Waszyngton na zachodnim wybrzeżu, przy samej granicy z Kanadš. Julka i Staszek, którzy w Parku Narodowym Olympic pracujš już czwarty rok, odebrali mnie z lotniska i powieŸli w stronę oœnieżonych szczytów. Będę im pomagać jako wolontariusz w badaniu życia œwistaków. Badania prowadzone sš w ramach projektu naukowego Uniwersytetu w Montanie. W górach Olympic żyje rzadki gatunek œwistaków, które ostatnio bardzo Ÿle się miewajš. Zadaniem naukowców jest ustalenie, dlaczego œwistaków jest coraz mniej i jak temu zaradzić. [srodtytul]Czatowanie na numerek[/srodtytul] Już pierwszego dnia pod okiem Julki rozpoczynam pracę wolontariusza. Chodzę po górskich łškach i liczę œwistaki.
Œmieszne te œwistaki – takie wielkie, puchate chomiki z długimi kosmatymi ogonami. Tak więc najpierw liczę je z daleka, zapisuję, o której godzinie wylazły z nor, notuję temperaturę i pogodę. Kiedy podchodzę bliżej, z przeraŸliwym œwistem uciekajš do nor, a ja zaznaczam położenie tych nor według GPS. Potem czatuję na każdego przy norze, żeby przez lornetkę odczytać numerek z kolczyków (każdy œwistak w promieniu 20 kilometrów wyposażony został przez badaczy w kolczyki). I wtedy one robiš sobie żarty i nie wychodzš albo specjalnie odwracajš łebki. Uczę się też rozpoznawać odchody drapieżników. Tak jest, to jedno z moich naukowych zadań. Dzięki temu mamy nadzieję odkryć, kto zjada œwistaki. Na spacerze z Juliš jednym ze szlaków znalazłyœmy okazałe odchody niedŸwiedzia. Tych, na szczęœcie, nie zbieramy. I jeszcze dziewięć innych: kojota, pumy i rysia. Zbieranie odchodów jest odpowiedzialnym zajęciem, idzie mi nieŸle, bo to mniej więcej tak jak zbieranie grzybów. Potem w domu odchody sortujemy – osobno próbki do badań genetycznych, osobno te do rozpoznania diety. Pudełka z próbkami genetycznymi trzymamy w kšcie kuchni, resztę w zamrażarce obok lodów i frytek. [srodtytul]Porozmawiaj z niedŸwiedziem[/srodtytul] Mieszkamy w małym miasteczku portowym u podnóża gór. Miasteczko jest całkiem nowe, zbudowane według prostego planu. Uliczki ułożone w równych odległoœciach na przemian z alejkami. Zadbane fasady budynków z pedantycznie przystrzyżonymi trawnikami. Z tyłu, w alejkach, garaże, œmietniki i linie wysokiego napięcia. Uliczki poprzeczne kończš się nad oceanem. Czasem przypływa tu statek tak ogromny, że zasłania cały horyzont. Płynie i płynie wzdłuż wybrzeża i jest większy od całego miasta. Potem stoi przy celulozowni, górujšc nad miastem. Tutejsze góry przypominajš Tatry, tylko że zalesione doliny sš tu trzy razy głębsze, a najwyższe szczyty (2000 – 2500 m n.p.m.) przykrywajš czapy lodowców. Góry zaczynajš się niemal z poziomu oceanu. Bardzo dziwnie to wyglšda, bo prawie nie ma przedgórza. Tak więc każda nasza wyprawa w poszukiwaniu œwistaków zaczyna się od dnia mozolnej wspinaczki przez las, czasem od szarego œwitu, aż po zmrok. Przewrotne gryzonie za miejsce życia wybrały górskie szczyty, tam gdzie skały, lodowce i mroŸny wiatr. Nasze wyprawy trwajš kilka dni, zabieramy więc ze sobš namioty, œpiwory i maszynki gazowe. Razem z Julkš mamy co miesišc do przejœcia około 300 km! Dostałam folder dla wolontariuszy, jak należy zachowywać się w parku. No więc nie wolno karmić zwierzšt, schodzić ze œcieżek bez potrzeby, deptać roœlin i demoralizować turystów robieniem publicznie czegoœ, czego im nie wolno. Trzeba też zabierać ze sobš wielkie puszki, do których chowa się przed niedŸwiedziami jedzenie. Sš także wskazówki, jak zachowywać się w razie spotkania z drapieżnikami. Kojoty nie sš problemem, bo zwykle bojš się ludzi. Przed niedŸwiedziem nie wolno uciekać, tylko stać nieruchomo i spokojnie do niego przemawiać. Nie poinstruowano, na jaki temat. A gdy dojdzie do bliższego spotkania z pumš, park radzi: „fight back furiously!”, walcz na œmierć i życie. [srodtytul]Jelenie łase na sól[/srodtytul] Nie wiem już co myœleć o tutejszych zwierzętach. Jakby nie wiedziały, kto stoi na najwyższym szczeblu ewolucji. Spotkałyœmy zajšczki, które udawały, że nas nie zauważyły i prawie zepchnęły mnie ze œcieżki. Musiałam zrobić unik, żeby mnie nie stratowały. Jakiœ ptaszek w œrodku lasu usiadł mi na ręce i zabrał się do mojej kanapki, ale mu wydarłam z dzioba. No bo co w końcu, kurczę blade. Barbarzyński kraj, ze wszystkimi trzeba walczyć. W pracy naukowej przeszkadzajš mi też jelenie. Na poczštku mnie bawiły, ale teraz coraz bardziej mnie denerwujš, bo wszędzie za mnš łażš. Cierpiš na niedobór soli, a człowiek sporo jej wydala. No i one tylko na to czekajš. Jeszcze spodni nie zdšżysz podcišgnšć, a taki już lezie, już się gapi. Dlatego w parku sš tabliczki, żeby sikać tylko na œcieżkę, na skały albo na œnieg, bo w przeciwnym razie jelenie krater w murawie wydrš za tš solš. Dziœ sama liczę œwistaki na grani z pięknym widokiem – po jednej stronie najwyższe szczyty gór Olympic, po drugiej cieœnina Juan de Fuca i góry Kanady. Przede mnš szedł niedŸwiedŸ, co stwierdzam po œwieżych œladach. Potem widzę, jak pasie się przy drodze jak krowa na œwieżej trawce wolnego od œniegu zbocza. Wbrew powszechnemu przekonaniu niedŸwiedzie żywiš się głównie roœlinami, korzonkami, uwielbiajš jagody, tylko czasami zapolujš na inne zwierzę albo znajdš jakšœ padlinę. Rzucajš się w oczy z daleka, bo sš całe czarne, nie ma drugiej takiej czerni w krajobrazie. Tego obserwuję z odległoœci jakichœ 15 metrów. Dobrze, że to już koniec mojej strefy badań, bo nie zdecydowałabym się minšć go na œcieżce. [srodtytul]Kto lubi masło orzechowe[/srodtytul] Wreszcie idziemy w góry na dłużej, całš ekipš badawczš, czyli oprócz mnie, Julki i Staszka także amerykańskie szefostwo projektu oraz pozostali wolontariusze i techniczni, w sumie dziesięć osób. Rozkładamy się pięcioma namiotami na parkingu przy końcu drogi. Może niezbyt romantycznie, ale to jedyne płaskie miejsce bez œniegu (choć to już poczštek lipca, w górach wcišż jest go dużo). Jesteœmy sami, bo jeœli Amerykanie nie mogš gdzieœ dojechać, to się nie ruszajš z domu. A tu droga jest jeszcze zamknięta. Obok parkingu wychodek, który dopiero wytopił się z dwumetrowej zaspy œniegu, ale sš w nim ręczniki papierowe i antybakteryjny żel do ršk. Razem z Julkš całymi dniami chodzimy po szlakach w poszukiwaniu odchodów. Łazimy po szczytach, odwiedzamy szmaragdowe, na wpół oblodzone jeziorka, wspinamy się po rumoszu skalnym albo, z czekanami, po topniejšcych jęzorach zlodowaciałego œniegu. Staszek biega po górach z antenš, szukajšc wyposażonego w nadajnik œwistaka, który wywędrował w nieznane i znalazł się w końcu za siódmš górš. Jest jeszcze promotor Julki z szeœcioletnim synem. W trosce o właœciwe żywienie dziecka wyniósł na górę ogromny plecak pełen jabłek, pomarańczy i marchewek, ale... zapomniał zabrać dla chłopca skarpetek i bielizny. Podobno wkładanie rano zamarzniętych skarpetek (codziennie tych samych) wzmaga odpornoœć ciała i hartuje ducha. Pozostali łapiš œwistaki. Czasami im pomagamy, ale nie jest to łatwe. Najpierw stawia się klatkę przy norze œwistaka, smaruje wnętrze masłem orzechowym, odchodzi i czeka. Przychodzi mała pasiasta wiewiórka, zamyka za sobš klatkę, zjada całe masło i wychodzi między drutami. Albo: œwistak wchodzi do klatki, wyjada tyle, ile da radę bez naciskania zapadki, wychodzi i idzie do innej nory. Albo: nie ma żadnych œwistaków, bo jest dla nich za goršco. Albo: przychodzi jeleń, wylizuje klatkę z zewnštrz, a potem kopie jš i klatka stacza się po stoku. Albo: co dziesięć minut łapie się ten sam œwistak, bo koniecznie chce zjeœć całe masło. Œwistaki łapiemy, żeby weterynarz wszył im nadajnik radiowy. To zupełnie jak akcja Lekarzy bez Granic. Stoi namiot, w nim sprzęt operacyjny, wszystko sterylne, jednorazowe itd. A œwistaki leżš pod narkozš w masce, przykryte zielonym przeœcieradłem. [srodtytul]Jeżozwierz na drzewie[/srodtytul] Kolejna kilkudniowa wyprawa z Julkš w góry. W górach jak to w górach, nie ma się o czym rozpisywać. Człowiek włazi pół dnia na wysokš przełęcz, tylko po to, by się rozejrzeć i zaczšć schodzić potokiem do doliny, która następnego dnia wyprowadzi na kolejnš, jeszcze wyższš przełęcz, a potem z powrotem na samo dno doliny do gęstych paprociowych lasów. I tak w koło Macieju. Słońce grzeje jak szalone, skóra złazi, okularów słonecznych nie można zdjšć ani na chwilę. Mimo to œnieg cišgle leży. Idę sobie skalistš graniš, wypatruję odchodów na œcieżce, bardzo przejęta, bo już nazbierałam 12, podnoszę głowę, a tu koza stoi. Zwariowali – myœlę sobie – kozę w parku narodowym wypasajš. To tutaj zejœcie ze œcieżki traktowane jest jak przestępstwo, a ktoœ sobie kozę pasie. Ale jakaœ dziwna ta koza. Futro długie i obłażšce płatami, łebek malutki, za to cielsko duże, muskularne. Przypominam sobie, co Julka opowiadała o dzikich kozłach œnieżnych, jak to je swego czasu sprowadzili z innej częœci Stanów, kozły się nadmiernie rozmnożyły i zadeptujš górskie łški, ale nie wiadomo, jak się ich stšd pozbyć. Koza jest uparta ani na krok się nie cofnęła, a kiedy chcę jej dać ogryzek jabłka, rusza na mnie z rogami. Muszę ratować się skokiem w krzaki. W ogóle to kozy sš głupie, pokraczne, wyliniałe i nie majš poczucia humoru. Zaprawdę dziwna jest przyroda Ameryki. Majš tu kilka rodzajów malin, z których jedne sš czerwone i smakujš jak galaretka wiœniowa, a drugie sš żółte i majš smak przejrzałych jabłek. I jeszcze do tego kolibry – takie skrzyżowanie ptaka z bškiem. Przylatujš, kiedy jeszcze leży œnieg i nie ma kwiatków i... atakujš ludzi w kolorowych podkoszulkach. Żeby toto jeszcze jakoœ latało, ale zawisa w powietrzu, buczy i szybko macha skrzydłami. Widać tylko sam kadłubek z długim dziobem. Naprawdę nie wiadomo, jak się do czegoœ takiego odnieœć. Ale najbardziej niesamowity jest jeżozwierz. Wyłazi na drzewo i tam siedzi! Kompletne wariactwo. Prawie nie ma naturalnych wrogów, bo nikt nie chce zaryzykować spotkania z jego kolcami. Nie potrafi jednak całkiem zwinšć się w kulkę, jak nasz jeż, jego słabym punktem jest więc pyszczek. Kiedy się przestraszy, drepcze do jakiegoœ krzaka, drzewa albo kamienia i przytula się łepkiem. Raz Staszek widział, jak jeżozwierz na jego widok schował łepek do nory œwistaka. [srodtytul]Nie da się nic zgubić[/srodtytul] Sierpień to szczyt sezonu turystycznego, ale tłoku na szlakach nie ma. W parku jest ich łšcznie 1000 km. Raz lub dwa razy dziennie spotykamy pojedynczych wędrowców lub niewielkie ich grupy. W Stanach chodzenie po górach z plecakiem i namiotem jest zajęciem popularnym, nawet z lekka snobistycznym. O ile u nas z namiotem chodzš głównie studenci, o tyle tutaj po górach chodzi każdy – młodzi i starzy, dyrektorzy i sprzedawczynie, policjanci i kierowcy. Wydawane sš nawet gazety dla plecakowiczów, w których można przejrzeć rankingi œpiworów albo najnowsze trendy w projektowaniu tytanowych kociołków. Nawet w małych miejscowoœciach sš œwietnie zaopatrzone sklepy ze sprzętem turystycznym. Zebrałyœmy z Julkš tysięcznš kupę! Czyli próbkę badawczš numer tysišc. W takich chwilach człowiek ma poczucie, że właœciwie spędza czas. Julka zgubiła aparat cyfrowy. Tym samym aparat został wpisany na długš listę przedmiotów zgubionych, obok płyty CD z biblioteki, 40 próbek genetycznych, lornetki i statywu oraz nogawek od spodni. Ale w Ameryce rzeczy się nie tylko gubi. Tu się je także odnajduje. Braku tej płyty nawet nie zauważyliœmy. Byłam zaskoczona, kiedy zadzwonili z biblioteki, żeby powiedzieć, że ktoœ płytę znalazł i zwrócił. Czekała na nas w kopercie, na której napisano, na którym szlaku leżała. Ze statywem i lornetkš było podobnie. Julka zostawiła je przy drodze, zanim się zorientowała i zawróciła, już ich nie było. Z rezerwš podeszłam do pomysłu zapytania o te przedmioty wieczorem w punkcie informacyjnym parku. Okazało się, że ktoœ oddał, a strażnik parkowy już po godzinie kontaktował się z nami przez radio, pytajšc, gdzie nam podrzucić zgubę. Przyszła jesień i bardzo trudno chodzi się po górach. Jeszcze gorzej niż w czerwcu, kiedy brnęłyœmy w œniegu, przez jęzory lodu, wyœlizgane jary. Teraz spotyka mnie trudniejsza próba, muszę się przedzierać przez jagody. Jagody przede mnš, jagody za mnš, jagody pode mnš, wszędzie jagody. Pękajš pod butami, mażš sokiem ubrania, ręce i zęby. Nie przypominam sobie, żebym gdziekolwiek widziała kiedyœ tyle jagód. Ale zbieramy je po kryjomu, bo Amerykanie jagód nie zbierajš. Nie zbierajš, bo uważajš, że trzeba je zostawić dla niedŸwiedzi. Zamiast tego kupujš ogrodowe borówki w hermetycznych opakowaniach. [srodtytul]Œwistak nieaktywny[/srodtytul] We wrzeœniu œwistaki sš już mniej aktywne. Nie żeby kiedykolwiek były szczególnie aktywne, po prostu teraz sš szczególnie nieaktywne. W czasie wzmożonej aktywnoœci dzień œwistaka wyglšda tak: wstaje około 9 rano i wyłazi z nory (jeœli œwieci słońce). Siedzi przed norš do 10, póŸniej przebiegnie do drugiej nory i do trzeciej, skubnie trochę trawki i znów zastygnie na pół godzinki. Koło południa czuje się już zmęczony i udaje się na sjestę. Wyłazi znów koło 16 i zaczyna od przesiedzenia dwóch kwadransów przed norš. Resztę dnia dla odmiany spędza na siedzeniu, z rzadka przerywanym krótkimi sprintami do kolejnej nory. O zmroku z ulgš udaje się na zasłużony odpoczynek. Czas obniżonej aktywnoœci wyglšda tak: œwistak wyłazi koło 11 i zanim zdšży dojœć do najbliższej nory, jest już południe, więc musi iœć na sjestę. Po południu pojawia się na godzinkę i siedzi przed norš, przejdzie do innej nory i znów się chowa. Jeœli energia go rozpiera, powtarza całš zabawę jeszcze raz. A że, dzięki Bogu, wczeœnie robi się ciemno, może iœć spać. Pod koniec wrzeœnia w górach Olympic spadł pierwszy œnieg. To znak, że czas wyjeżdżać. Kończy się sezon badawczy, œwistaki œpiš w zimowych norach. Julka i Staszek wracajš na uniwersytet do innego stanu, ja do Polski. Nie jest łatwo zapakować dorobek kilku miesięcy pracy. Spreparowane odchody wysyłamy w pięciu wielkich paczkach. Pani w firmie kurierskiej mówimy oględnie, że to próbki naukowe.
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL