REKLAMA
Tutaj jesteś: rp.pl » Prawo STARE

Prawo STARE

Jak daleko nam do państwa prawa?

Lech Gardocki 29-11-2007, ostatnia aktualizacja 29-11-2007 08:10
prof. Lech Gardocki, pierwszy prezes Sądu Najwyższego
źródło: Fotorzepa
prof. Lech Gardocki, pierwszy prezes Sądu Najwyższego

Rozważania Lecha Gardockiego, pierwszego prezesa Sądu Najwyższego

Dziennikarz i dziennikarka oskarżeni przez stację telewizyjną o zniesławienie nie stawili się, wbrew obowiązkowi, na rozprawę sądową. Dziennikarz usprawiedliwiał się, że w tym czasie ma wesele znajomej, dziennikarka nie zadała sobie trudu tłumaczenia się sądowi. Gdyby wypowiedź dziennikarza przełożyć na język potoczny, nie nadawałaby się do opublikowania jako nieparlamentarna. Sąd, zgodnie z przepisami kodeksu postępowania karnego, zarządził ich zatrzymanie i przymusowe doprowadzenie. I wtedy się zaczęło. W takich sytuacjach dziennikarze są niezawodni. Wytaczają najcięższe armaty: „zagrożenie wolności słowa”, „trzecia władza też potrafi być brutalna”, „kto sądzi w polskich sądach?”, „kuriozalna decyzja sądu”, „sądy mniej gorliwie ścigają mafiosów niż dziennikarzy”. Przypomnieli, że zatrzymanie nastąpi zapewne 13 grudnia. I od razu komentarz, że to znamienne. Jednym słowem sędzia działał w duchu stanu wojennego. Dziennikarze zapowiadają tego dnia demonstrację w obronie wolności słowa.

Gdy to czytam i słyszę, mam wrażenie déja vu, jednak czegoś mi brakuje. Już wiem: brakuje mi klatki przed Sejmem, w której dziennikarze w poczuciu solidarności zawodowej protestowaliby przeciwko naruszaniu wolności słowa, a zwłaszcza wolności prasy. Przecież wiadomo, prasa to strażnik wolności słowa w demokratycznym państwie prawnym, public watch dog, jak to określa Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. Parę lat temu klatka przed Sejmem miała być symbolem obrony tych wolności. Później się okazało, że nie warto było tak się angażować w obronie dziennikarza, który się uparł, że nie będzie przepraszał za oczywiste zniesławienie lokalnego polityka. Gdy jednak realne stało się odbycie przez niego zawieszonej przez sąd kary pozbawienia wolności, zasłaniał się sytuacją rodzinną.

Przy okazji wróciła sprawa art. 212 kodeksu karnego o przestępstwie zniesławienia. Polscy dziennikarze, popierani przez niektórych specjalistów w dziedzinie praw człowieka, coraz częściej atakują ten przepis, że proces karny za zniesławienie to relikt, przeżytek, absurd itd. Wystarczyłoby, twierdzą, pozostawić powództwo cywilne o ochronę dóbr osobistych. Może i tak, ale przedstawiajmy ten problem uczciwie. Gdy czytam ich wywody, mam wrażenie, że Polska jest w tej dziedzinie jakimś skansenem, w którym, inaczej niż w innych krajach, zachowuje się, nie wiadomo dlaczego, odpowiedzialność karną za zniesławienie. Można by pomyśleć, że pozostajemy wyjątkiem ustawodawczym. No, może jeszcze na Białorusi istnieje taka możliwość. Tymczasem jest zupełnie inaczej: w wielu krajach, których nie podejrzewamy o niedemokratyczne uregulowania prawne, taki przepis karny istnieje. Na przykład w Niemczech kilka lat temu skazano za zniesławienie dziennikarza, który twierdził, wbrew faktom, jak się okazało, że kanclerz Schröder farbuje włosy. Nawet nasz Trybunał Konstytucyjny, który nieco przesadnie w swoim orzecznictwie faworyzuje wolność prasy kosztem prawa jednostki do ochrony dobrego imienia, uznał, że art. 212 k. k. nie jest sprzeczny z Konstytucją RP. Nie jesteśmy więc wcale jakimś dziwadłem wśród państw europejskich.

Przy okazji wychodzi na jaw inna jeszcze specyfika naszej dyskusji o wolnościach i prawach obywatelskich, która we mnie osobiście budzi pewne zażenowanie. Otóż w dyskusji publicznej o przypadku dwojga dziennikarzy nie tylko politycy i dziennikarze wypowiadali się śmiało i bez znajomości istniejących uregulowań prawnych na temat słuszności decyzji sądu o przymusowym doprowadzeniu oskarżonych. Dziennikarzom i politykom z góry bym to wybaczył. W końcu mówią oni z pozycji laika, który chce, żeby było dobrze. Gorzej, że podobnie wypowiadają się profesorowie prawa. Twierdzą, że sąd nie powinien być tak rygorystyczny, że powinien najpierw postraszyć niestawiających się dziennikarzy karą pieniężną. Nie przeszkadza im, że prawo takiego trybu postępowania nie przewiduje. I to mnie najbardziej smuci. Przecież chcemy żyć w demokratycznym państwie prawnym. Jeśli nie podoba nam się obowiązujące prawo, powinniśmy dążyć do jego zmiany, ale nie wolno nawoływać sądów, by obowiązujące prawo łamały.

Poprzednia
1 2
Rzeczpospolita
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rekomenduj artykuł Oddano głosów:
Tu nas znajdziesz: Daj znać! DO GÓRY
Zamknij

Przeczytaj też: >>

Sędziowie wracają z delegacji na sale rozpraw

Blisko 40 sędziów pracujących dziś w Ministerstwie Sprawiedliwości wraca do orzekania. Wszyscy dostaną propozycję zasilenia sądów warszawskich >>