Szach rodzicom od minister Hall

aktualizacja: 26.08.2009, 03:18
Karolina i Tomasz Elbanowscy
Karolina i Tomasz Elbanowscy
Foto: Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski

Reformę edukacji MEN wprowadza przede wszystkim poprzez obietnice - fatamorgany, których jedynym celem jest uśpienie czujności opinii publicznej – piszą publicyści

[b][link=http://blog.rp.pl/blog/2009/08/25/karolina-i-tomasz-elbanowscy-szach-rodzicom-od-minister-hall/" "target=_blank]Skomentuj[/link]
[link=http://www.rp.pl/artykul/353567.html]Test z pomysłów minister Hall[/link][/b]
Reforma edukacji zmienia właśnie krajobraz polskiej edukacji ze stepowego w pustynny. Przyjęta 19 marca tego roku ustawa o oświacie spowoduje daleko idące ubezwłasnowolnienie rodziców względem samorządów, wyrzucenie z przedszkoli nie tylko sześcio-, ale i pięciolatków, pogorszenie sytuacji nauczycieli i pracowników zatrudnionych w oświacie, ułatwienie likwidacji i prywatyzacji małych szkół oraz przedszkoli.
Podstawowym narzędziem wprowadzania tej reformy były i są obietnice-fatamorgany, których jedynym celem jest uśpienie czujności opinii publicznej. Do najgłośniejszych należą: darmowe podręczniki, setki milionów na dostosowanie szkół, przedszkole dla pięciolatków, wolny wybór rodziców przez najbliższe trzy lata oraz (w ramach deklaracji towarzyszących) podwyżki pensji dla nauczycieli o 10 proc. Już dziś wiadomo, że żadna z powyższych obietnic nie zostanie zrealizowana.
Rację mieli zahartowani reformami nauczyciele, którzy nie przywiązywali szczególnej wagi do deklaracji minister edukacji Katarzyny Hall, wychodząc z założenia, że wszystkie plany zmienią się jeszcze dziesięć razy, a do tego reforma może w ogóle nie wejść w życie. Dyrektorzy szkół i rodzice przez ostatnie półtora roku postawieni byli w stan gotowości, podczas gdy kluczowe punkty ustawy zmieniały się aż do ostatniej chwili jak w kalejdoskopie. Dziś nauczyciele już wiedzą, że dzięki reformie będą mieli dodatkową godzinę pracy bez wynagrodzenia, dla wielu z nich skończą się dwumiesięczne wakacje, a wszyscy mogą zapomnieć o obiecanej na przyszły rok podwyżce.
[srodtytul]Inwestowanie bez pieniędzy[/srodtytul]
Prawdziwą walkę ministerstwo toczyło jednak nie z nauczycielami, ale z rodzicami, którzy starali się zapobiec gwałtownemu skróceniu dzieciństwa swoich pociech dokonywanemu dla ratowania tonącego ZUS. Zastrzeżenia rodziców, że kryzys nie jest dobrym czasem na poważne reformy dotykające najmłodszych, posłowie popierający minister Hall odrzucali w imię „konieczności inwestowania w edukację” (Jerzy Szmajdziński – SLD). Argument był tym bardziej kuriozalny, że padł krótko po cięciach budżetowych, gdy z 347 mln na dostosowanie szkół pozostało jedynie 40 mln zł. W połowie lipca okazało się, że rząd kontynuuje ratowanie budżetu przez uszczuplanie puli pieniędzy na oświatę.
Drastycznie ograniczono wydatki na programy „Bezpieczna i przyjazna szkoła”, „Komputer dla ucznia” oraz na Narodowy Program Stypendialny. Pieniędzy nie starczy też na zakup autobusów szkolnych i na dofinansowanie letniego wypoczynku uczniów. O 13 mln zł ograniczono wydatki na podnoszenie jakości oświaty. Władze mają poważne problemy z regulowaniem należności dla mleczarni w ramach programu „Szklanka mleka” (dług urósł już do 44 mln zł). Podwyżka pensji dla nauczycieli w przyszłym roku wyniesie nie 10, ale raczej 1 procent. Zabraknie 1,5 mln zł na podręczniki dla dzieci niewidomych.
Wielokrotnie powtarzana przez minister Hall obietnica, że wszystkie dzieci reformy dostaną darmowe podręczniki, brzmi przy tym wszystkim jak dawno zapomniana bajka dla grzecznych rodziców. Jak się okazuje, bajek nigdy dość. Na początku lipca rząd ogłosił program pod tytułem „Radosna szkoła – kraina sprawności i zdrowia”, na który obiecał przeznaczyć w ciągu najbliższych sześciu lat nie miliony, ale miliardy złotych. Przy szkołach w całej Polsce mają wyrosnąć dobrze widoczne ogródki jordanowskie. Na skromny początek bajeczny program zaabsorbował jedynie 40 mln zł. Nie są to dodatkowe pieniądze, lecz to, co pozostało po lutowych cięciach ministra Rostowskiego i miało być przeznaczone na finansowanie m.in. opieki świetlicowej.
[srodtytul] Lista składek [/srodtytul]
Jeszcze przed kryzysem ministerstwo przyjęło założenie, że głównym wykonawcą i sponsorem zmian będą władze lokalne, a dozorcą prac zostaną rodzice. Niezgoda na reformę wynikająca z lęku o dzieci została zinterpretowana jako lenistwo. Współautorka reformy programowej prof. Edyta Gruszczyk-Kolczyńska, podobnie jak inne osoby ze środowiska ministerialnego, zarzuciła rodzicom, że mają nawyki homo sovieticus, dopominając się przygotowania szkół jeszcze przed wysłaniem do nich maluchów: „Ja też wolałabym, żeby ktoś za mnie coś zrobił, ale czas przejąć inicjatywę. W czasach realnego socjalizmu wszystko było poukładane, więc teraz ludzie nie mają nawyku, by działać, brak im na to czasu, boją się, a bywa też, że są źle traktowani przez urzędników. Ale powinni to przełamać i sami dopominać się o to, co jest im potrzebne”.
Jakie perspektywy mają rodzice na upomnienie się o cokolwiek w samorządach? Władze lokalne, które są odpowiedzialne za szkoły, najczęściej starają się oszczędzać na edukacji. Wygodniej jest wybudować nowy ratusz albo drogę, którą docenią wszyscy. Inwestowanie w szkoły i przedszkola nie przynosi dostatecznie spektakularnych efektów. Taką politykę samorządów potwierdzają setki przykładów z całej Polski.
Jedną z pierwszych informacji na inauguracyjnych zebraniach szkolnych jest lista składek: na malowanie sali, kredę, papier czy pomoce dydaktyczne. I tak np. w Kórniku mimo protestów rodziców likwiduje się nierentowne 18-osobowe klasy na rzecz tańszych konglomeratów z 31 uczniami. W Kolbudach uczniowie siedzą po dwóch na jednym krześle. Nauka na dwie zmiany to w Polsce standard, który nikogo nie dziwi, nawet jeśli dotyczy siedmio- czy sześciolatków.
Reforma nakłada na samorządy dodatkowe zobowiązania, co owocuje poszukiwaniem coraz to nowych form oszczędności. Rodzice ze Złotoryi długo po zakończeniu rekrutacji, już na urlopach, dowiedzieli się, że ich dzieci od września nie będą chodziły do przedszkola, bo muszą ustąpić miejsca młodszym. W Sianowie samorząd najpierw wyrzucił sześciolatki z przedszkolnej zerówki do szkoły, a potem nakazał płacić za ich pobyt na świetlicy, choć ta forma opieki z zasady jest bezpłatna.
Alarm rodziców o fatalnym stanie szkół potwierdzają kontrole. Tegoroczne inspekcje w małopolskich stołówkach szkolnych wykazały, że dzieci karmione są głównie kluskami i kartoflami, a niedostateczny poziom kaloryczności posiłków podnosi się, słodząc kompot pięcioma łyżkami cukru. Majowe kontrole sanepidu pokazały, że w wielu szkolnych łazienkach normą jest brak ciepłej wody, mydła i papieru toaletowego. O potrzebie gruntownych remontów sypiących się sanitariatów nie wspominając.
Samorządy mają jednak własne sposoby na obejście kontroli, czego przykład dały władze Gdańska. Płacenie kar wymierzanych przez sanepid uznały za rozwiązanie o wiele tańsze niż przeprowadzanie remontów.
[srodtytul]Brak standardów [/srodtytul]
Kolejną sprawą, która paraliżuje wpływ rodziców na to, jak po reformie będzie wyglądać szkoła ich dziecka, jest brak jakichkolwiek obligatoryjnych standardów. Takich jak choćby wymóg oddzielenia uczniów młodszych od starszych, dostosowania wysokości sanitariatów czy ustalenia minimalnych rozmiarów sal lekcyjnych w stosunku do liczby dzieci.
Nauczyciele i rodzice wielokrotnie alarmowali, że w sali szkolnej fizycznie nie mieści się 15 ławek oraz dywan z kącikiem zabaw. Nikt w ministerstwie nie chciał jednak o tym słuchać, argumentując, że każda szkoła jest inna. Widać zapomniano o budowanych w latach 60. tysiąclatkach identycznych jak klocki. Nikogo nie interesował też fakt, że sześciolatki, które uczą się dziś w zerówkach szkolnych, często same nie korzystają z łazienki, bo nauczyciele boją się o ich bezpieczeństwo. Dzieci chodzą na siusiu na komendę, całą grupą, czyli gorzej niż w więzieniu.
Wydana w ubiegłym roku instrukcja dla dyrektorów szkół, dotycząca organizacji przestrzeni dla sześciolatków, autorstwa minister Hall, jest zbiorem pobożnych życzeń. Najczęściej powtarzające się zwroty to: „powinny”, „dobrze jeśli” i „zaleca się”. Ministerstwo argumentuje brak wprowadzenia jakichkolwiek obowiązkowych standardów tym, że mogłyby być rodzajem hamulca dla dyrektorów i samorządów, które chciałyby zrobić coś więcej. W ten sposób rodzice w całej Polsce zostali z góry postawieni na przegranej pozycji w starciu z lokalnymi urzędnikami, nie mając żadnego narzędzia nacisku na jakiekolwiek zmiany w szkołach.
Dzięki temu naczelnik Wydziału Oświaty gminy Świdwin, do którego dzwoniliśmy na prośbę rodziców, nie wiedział na początku czerwca, ile pieniędzy przeznaczy na dostosowanie zerówki szkolnej dla wyrzuconych z przedszkola sześciolatków. Nie musiał tego wiedzieć. Przecież ustawa nie obliguje go do inwestycji.
[srodtytul]Szkoła dla pięciolatków[/srodtytul]
Reforma edukacji zakłada, że w 2011 r. pięciolatki mają obowiązkowo trafić do przedszkoli. Ministerstwo konsekwentnie ignoruje jednak fakt, że w co trzeciej gminie w Polsce przedszkola nie ma. Do tego pięciolatki nie zostaną objęte subwencją oświatową, co sprawi, że cały ciężar kosztów opieki nad nimi spadnie na samorządy.
Biorąc pod uwagę fakt, że opieka szkolna jest niewspółmiernie tańsza od przedszkolnej, możemy być dziś pewni, że w 2011 r. wszyscy zapomną już o sześciolatkach wyrzucanych siłą z przedszkoli. Problemem staną się pięciolatki, a właściwie całe ich roczniki, czyli również czteroipółlatki, umieszczane w szkołach, w których nie zmieni się na ich przyjście nic poza nazwą. Na taki pomysł wpadły już władze Radomia, które od pewnego czasu przenoszą pięciolatki do tzw. oddziałów przedszkolnych w szkołach. Wiceprezydent miasta z niecierpliwością oczekuje, kiedy krzywa narodzin zacznie wreszcie opadać i zniknie widmo konieczności budowy nowych placówek oświatowych.
W jaki sposób dzieci mierzące często niespełna metr dotrą do szkół? Czy gimbusy (jeśli nawet znajdą się na nie pieniądze) zostaną zaopatrzone w foteliki samochodowe? Pani minister nie odpowiedziała na pytanie, czy będzie miała odwagę spojrzeć w oczy maluchom idącym wzdłuż dróg szybkiego ruchu i marznącym zimą na przystankach gdzieś na Suwalszczyźnie.
Ministerstwo wymienia na swojej stronie internetowej szkoły (dokładnie 75 szkół na 14 000) gotowe na przyjęcie sześciolatków. Cały czas powstają też nowe placówki, które będą przyjmować sześciolatki.
Od września w podwarszawskim Legionowie nową szkołę podstawową – pierwszą klasę i zerówkę – samorząd otwiera w samym środku cieszącego się najgorszą opinią gimnazjum. Minister Hall w czasie gospodarskiej wizyty w Legionowie nie odwiedziła jednak żadnej szkoły, w której maluchy uczą się w przepełnionych klasach w systemie zmianowym, ani grup przedszkolnych zorganizowanych kosztem szatni i salek gimnastycznych. Pani minister odwiedziła za to nowy ratusz, w którym samorząd umieścił grupę kilkanaściorga dzieci. Miejsce ułatwiło lokalnej władzy organizację spotkania. W nowoczesnym, bardzo drogim budynku nie było nawet potrzeby malowania trawy na zielono.
[srodtytul]Prywatyzacja przedszkoli [/srodtytul]
Reforma edukacji to nie tylko obniżenie wieku szkolnego, na które – według sondaży – nie zgadza się zdecydowana większość społeczeństwa. Poważnym problemem, jaki przynosi nowa ustawa, jest ograniczenie nadzoru kuratoriów nad szkołami, co dodatkowo pogłębi ubezwłasnowolnienie rodziców względem samorządów. Autorzy reformy przyjęli założenie, że organ prowadzący, który i tak jest odpowiedzialny za szkoły, powinien kontrolować sam siebie. Niedawno minister Hall na spotkaniu z samorządowcami anulowała wszystkie wydane ostatnio negatywne opinie kuratorów dotyczące likwidacji szkół.
Jednak zapis w nowej ustawie o możliwości likwidacji placówek do 70 uczniów spowoduje, że samorządy będą mogły bezkarnie zamykać – bez konieczności informowania lokalnej społeczności – nie tylko małe szkoły, czego najbardziej obawiali się związkowcy, ale także przedszkola. Opinie ekspertów Biura Analiz Sejmowych, potwierdzające te obawy, które niezrzeszona poseł Bożena Kotkowska przedstawiła kolegom przed ostatecznym głosowaniem nad ustawą o reformie, żadnego parlamentarzysty nie przekonały.
Ułatwienie likwidacji szkół i przedszkoli nasili proces prywatyzacji oświaty. Samorządy chętnie będą się pozbywać kosztów, przez co publiczne placówki trafią często za bezcen w prywatne ręce. Nauczyciele zatrudnieni w prywatnych szkołach nie są przecież objęci Kartą nauczyciela. Można też zaoszczędzić na etatach woźnych i kucharek. W prywatnych przedszkolach dochodzi do sytuacji, gdy dziećmi pod koniec dnia pracy zajmuje się personel sprzątający. Prywatyzacja placówki kończy też wszelkie ewentualne spory dotyczące tzw. opłaty stałej, która obecnie w wielu sytuacjach pobierana jest od rodziców niezgodnie z prawem. W prywatnym przedszkolu konieczność płacenia czesnego nie podlega dyskusji. W maju rodzice z Goleniowa dowiedzieli się, że jedno z ostatnich publicznych przedszkoli w mieście ma trafić w ręce dyrektorki przedszkola, która zaczęła je określać mianem: moja firma.
Cała reforma zdaje się przypominać ulubioną grę minister Hall, czyli szachy. Rozgrywaną jednak według nowatorskich zasad: czyli pionki po jednej, a figury po drugiej stronie. Wszystkie figury podzielili między siebie: Ministerstwo Edukacji, samorządy, prywatna oświata i wydawcy podręczników. Rolę z góry zaszachowanych dostali w tej grze rodzice. Dla ich dzieci przewidziano rolę pionków.
[i] Autorzy są inicjatorami ruchu Stowarzyszenie Rzecznik Praw Rodziców [/i]
[ramka][b]Komentarz wideo Renaty Czeladko na [link=http://www.rp.pl/artykul/312087,353896_Po_co_nam_ta_reforma.html]tv.rp.pl[/link][/b][/ramka]
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE