Muzyka

Śpiewający kontrabas

Legendarny kontrabasista Ron Carter dał prawdziwy popis
Fotorzepa, Marek Dusza m.d. Marek Dusza
Bielska Zadymka jazzowa. Ron Carter zaskoczył publiczność nowatorskim podejściem do kompozycji Milesa Davisa
Jego program „Dear Miles” zaprezentowany w sobotę w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej miał przede wszystkim osobiste przesłanie. – Byliśmy przyjaciółmi. Rozmawialiśmy o wszystkim – o życiu, sporcie, polityce. Rzadziej o tym, co wtedy graliśmy – powiedział Carter „Rz”. – Dopiero teraz uznałem, że mogę na nowo odczytać jego muzykę, napisać do niego list.
Carter ma w swym kwartecie genialnych muzyków, z którymi współpracuje od kilku do kilkunastu lat. Są wirtuozami i doskonale wyczuwają intencje lidera, a co najważniejsze, odczytują tradycję w nowoczesny sposób. Klasą dla siebie byli pianista Stephen Scott i czarodziej instrumentów perkusyjnych Rolando Morales-Matos. Chociaż program zawierał tylko kilka „przebojów” firmowanych niegdyś przez zespoły Milesa, Scott wplatał w swe improwizacje znacznie więcej standardów Davisa. Improwizując, odchodził daleko od tematu, zmieniał tempo, a kiedy wyczuwał, że publiczność może zgubić wątek, wtrącał kilka nut charakterystycznej melodii.
Morales-Matos otoczył się kręgiem kilkudziesięciu instrumentów perkusyjnych: dzwonków, rurek, bębenków i tarek. Dobierał je z wielką starannością, by urozmaicić brzmienie. Carter musi te „przeszkadzajki” bardzo lubić, bo zagrał z nim dwa pasjonujące duety i „pozwolił” na długi popis solowy w zamykającym koncert latynoskim „Caminando”. Można się było przyjrzeć, z jaką maestrią Ron Carter szarpie struny kontrabasu. Potężny instrument w jego wielkich dłoniach był jak zabawka. Carter gra nie tylko palcami prawej dłoni, jak wszyscy basiści, ale również lewej, co daje mu znacznie większe możliwości improwizatorskie. Jakże piękne melodie wygrywał! Każda nuta wydobyta z instrumentu stworzonego po to, by odmierzał rytm, śpiewała. Znakomitym wstępem do jazzowej uczty, jaką w sobotę sprawił wszystkim laureat nagrody Anioł Jazzu, był występ tria amerykańskiej pianistki Lynne Arriale. Sięgnęła po tematy z kręgu muzyki pop, jak „Wrapped Around Your finger” Stinga i „All Together Now” Beatlesów, ale większą frajdę sprawiła miłośnikom jazzu, oryginalnie interpretując standard „A Night In Tunisia” Dizzy Gillespiego. Jej elegancka i subtelna gra urzekała w balladach. Myślę, że powtarzane w kuluarach określenie, że to „kobieca pianistyka”, było krzywdzące dla artystki umiejącej grać dynamicznie i różnorodnie. W sobotę poznaliśmy też laureatów konkursu, zespół Mainstreet Quartet pianisty Witolda Janiaka. Zagrali muzykę łatwo wpadającą w ucho, atrakcyjną również dla słuchaczy nieosłuchanych z jazzem. Prawdziwym finałem Bielskiej Zadymki Jazzowej był koncert w zmrożonym i zasypanym śniegiem schronisku na Szyndzielni. Nie mogło być lepszej recepty na chłód niż gorące rytmy francuskich Cyganów z zespołu Pad Brapad Moujika. Słowem, dla każdego coś specjalnego. Jak zawsze na Bielskiej Zadymce Jazzowej. podyskutuj z autorem [mail=m.dusza@rp.pl]m.dusza@rp.pl[/mail]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL