REKLAMA
Tutaj jesteś: rp.pl » Wiadomości

Plus Minus

Polskie akcenty na każdej płycie

Jacek Cieślak 17-04-2009, ostatnia aktualizacja 17-04-2009 17:42
Basia Trzetrzelewska
źródło: Materiały Promocyjne
Basia Trzetrzelewska

Zapytana o patent na sukces Basia Trzetrzelewska odpowiada: – Zdecydowałam się na stały wyjazd z kraju.

Basia Trzetrzelewska jest jedyną polską gwiazdą muzyki pop światowego formatu. Albumy, które nagrała z Mattem Bianco, solo i we współpracy z Dannym White’em, m.in. „Warsaw London New York”, rozeszły się w łącznym nakładzie 7 mln egzemplarzy. Zaczynała w Alibabkach. Śpiewała „Dzień się budzi” Katarzyny Gaertner. W kwietniu wydaje nowy album „It’s That Girl Again”.

Urodziła się w Jaworznie, niedaleko miejsca, gdzie kiedyś stykały się granice trzech zaborów.

– Historia mojej rodziny ginie w pomroce dziejów. Przez wiele lat mówiłam, że nie znam nikogo spoza najbliższej rodziny noszącego takie nazwisko jak my. Jednak ostatnio mój bratanek, który rozpoczął badania genealogiczne, odnalazł dzięki Internetowi rodzinę Trzetrzelewskich w okolicach Białegostoku. Ma się tam wybrać. Niewykluczone, że nasze korzenie są na północnym wschodzie.

Pokój na Nowogrodzkiej

W rodzinie Basi nie było osób, które przed nią zajmowały się muzyką zawodowo.

– Ale rodzice byli bardzo muzykalni, mieli świetne głosy i często śpiewali. W domu stał fortepian. Grała na nim mama i dawała nam pierwsze muzyczne lekcje. Basia miała trójkę rodzeństwa.

– Własne pokoje nie wchodziły w rachubę. W jednym stały dwa biurka, gdzie trzymaliśmy książki i odrabialiśmy lekcje. W drugim była sypialnia. Spaliśmy wszyscy razem. Mój pierwszy adapter to czeska Tesla. O rany, ile mam fantastycznych wspomnień z nim związanych! Pierwsze płyty grałam na okrągło. Muzyka była dla nas największą przyjemnością. Nasze gwiazdy średniego pokolenia, mówiąc o pierwszych muzycznych fascynacjach, wspominają zazwyczaj Presleya, Beatlesów, Stonesów. Basia od początku uwielbiała czarną muzykę – Arethę Franklin i Steviego Wondera.

– Słuchałam dużo radia i czasami można było wyłapać ich piosenki. Moja fascynacja była tak wielka, że z trudem uciułane pierwsze większe pieniądze wydałam w komisie na płytę Arethy Franklin z jej największymi przebojami. To była moja pierwsza zachodnia płyta, mój muzyczny skarb. Album miał na mnie ogromny wpływ. Potem ważny stał się Stevie Wonder. Trudno uwierzyć, że przebywając tyle lat poza Polską, po raz pierwszy widziałam jego koncert dopiero w zeszłym roku – na moje urodziny 30 września w londyńskiej sali O2. Fanów przyszło z 20 tysięcy, ale byłam chyba jedyna, która znała dosłownie wszystkie piosenki Steviego. Po przyjeździe do Warszawy Basia wynajmowała pokój na Nowogrodzkiej, na czwartym piętrze, bez windy.

– Potem była Saska Kępa i Ursynów. Pochodziłam z małego miasta, które było szare i zanieczyszczone, bo w Jaworznie dominował przemysł. Warszawa uderzała nowoczesnością i kolorem.

Socjalistyczny high life

Zanim Basia przyłączyła się do Alibabek, była ich fanką. – Uwielbiałam „Grajmy sobie w zielone” i „Kwiat jednej nocy”. Śpiewanie tych piosenek było dla mnie spełnieniem marzeń. Alibabki nauczyły mnie estrady. Kiedy przyszłam do zespołu, miałam 18 lat. Dziewczyny pokazały mi, jak się malować, bo nie umiałam. Godzinami ćwiczyłyśmy z Henrykiem Wojciechowskim, który był naszym kierownikiem muzycznym. Dzięki tym próbom mogę dziś bez problemów nagrywać skomplikowane harmonicznie podkłady wokalne.

Gdy Basia występowała Polsce z Alibabkami, sale pozostawiały wiele do życzenia.

– Ale trasy koncertowe organizowano profesjonalnie. Zawsze była próba dźwięku, mieliśmy panią, która zajmowała się naszą garderobą. No i jeździłyśmy po krajach socjalistycznych. To był wtedy high life! Dziewiętnastkę obchodziłam w autobusie. Największe koncerty miałyśmy w Rosji. Brałam udział w trzech trasach i na widowni zawsze był szał.

W polskich muzycznych opracowaniach i anegdotach ciągle powraca fakt, że Basia śpiewała w Perfekcie. Mamy okazję się dowiedzieć, jak było naprawdę.

– W Warszawie poznałam dwóch kolesi. Postanowiliśmy pracować za granicą, co było wtedy szczytem marzeń. Któregoś dnia przyprowadzili chłopaka, który wrócił z kontraktu w Stanach Zjednoczonych. To był Zbyszek Hołdys. Założyliśmy zespół. Dziś nazwałabym go kabaretowym. Graliśmy cudze przeboje. Bardzo krótko to trwało. Mieliśmy miesiąc rozgrzewki w Warszawie. A potem wyjechaliśmy do Stanów, gdzie byliśmy razem z osiem miesięcy. Graliśmy w knajpie, co ma swoje minusy. Zbyszek myślał, żeby zmienić zespół w nowy autorski projekt. Jednak w tym czasie miałam już własny pomysł na życie. Z Perfectu, który jest teraz, pamiętam tylko Darka Kozakiewicza. Grzegorza Markowskiego nie znam.

Poprzednia
1 2 3
Rzeczpospolita
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rekomenduj artykuł Oddano głosów:
Tu nas znajdziesz: Daj znać! DO GÓRY
Zamknij

Przeczytaj też: >>

Telewizje kuszą internautów

Stacje mogą odnieść dziś sukces tylko we współpracy z Internetem. Tam ich programy ogląda już 15 proc. użytkowników >>