Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

Uniwersytety potrzebujš rewolucji

Reforma samych tylko uczelni niewiele zmieni, gdy wszystko inne pozostanie takie samo. Chodzi zatem o stworzenie warunków sprzyjajšcych twórczym, oddolnym działaniom – pisze publicysta
Stan polskiego szkolnictwa wyższego jest fatalny. Wystarczy wyjechać kilkaset kilometrów na zachód, żeby wyleczyć się ze snów o potędze. Polskim uniwersytetom przydałaby się reforma równie jakobińska z ducha co ta, którš w latach 1777 – 1780 zafundował Akademii Krakowskiej 27-letni wówczas Hugo Kołłštaj. Dziœ niczego już nie osišgniemy metodami ewolucyjnymi. Konieczne sš prawdziwie radykalne – a więc i bolesne – zmiany. Jeœli się one wkrótce nie dokonajš, może być bardzo Ÿle. Kończš się bowiem wszystkie zasoby kluczowe dla dobrego rozwoju szkół wyższych. Studentów jest coraz mniej, profesorowie się starzejš, biblioteki przypominajš raczej antykwariaty, a laboratoria skanseny. Wybitne postacie, prace i badania sš raczej wyjštkami od reguły. Najlepsi polscy studenci nie będš długo czekać. Pozostajšc w kraju, marnujš talent, podczas gdy na Zachodzie czekajš na nich wysokie stypendia, wygodne akademiki i pełne, zinformatyzowane biblioteki. Co więcej, ci, którzy będš chcieli wrócić do ojczyzny, raczej nie spotkajš się z miłym przyjęciem na rodzimych uczelniach i sami zmusimy ich do pracy dla cudzych interesów.
Polska potrzebuje dziœ myœlenia w kategoriach systemów innowacji. Celem wszystkich sektorów działania państwa jest stworzenie przyjaznego otoczenia dla rozwoju innowacyjnoœci zarówno w zakresie produkcji oraz usług, jak i samej polityki publicznej. Należy podkreœlić, że reforma samych tylko uczelni niewiele zmieni, jeœli wszystko inne pozostanie takie samo. Chodzi zatem o stworzenie warunków sprzyjajšcych twórczym, oddolnym działaniom – doskonaleniu i rozprzestrzenianiu najlepszych praktyk. Paradoksalnie jednak ustanowienie takiego otwartego systemu wymaga centralnej inżynierii. Wprowadzenie w Polsce systemowej polityki innowacyjnoœci byłoby w istocie dla polskiego państwa zmianš rewolucyjnš – prawdziwym skokiem cywilizacyjnym. Innymi słowy, reforma taka jest pokoleniowym wyzwaniem dla polityków, przed którymi stoi dziœ wielkie zadanie bycia realnymi liderami zmian. Jednym z podstawowych warunków dokonania głębokich reform jest prowadzenie ich przez kogoœ, kto jest mentalnie niezależny od polskiego œrodowiska naukowego. Istotš zmian, które muszš zajœć, aby za kilkanaœcie lat Polska w ogóle liczyła się gospodarczo w regionie, nie mówišc już o UE, jest zmiana filozofii stojšcej za naszym typem uniwersytetów. Potrzebne jest zerwanie tradycji instytucjonalnej. Panujšcy w Polsce model uniwersytetu wyczerpał się, ponieważ wyczerpały się jego zadania. Powstał on w XIX-wiecznych Prusach jako instytucja służšca narodowej integracji i czystej nauce (przynajmniej w teorii). Polski pokomunistyczny uniwersytet pełni dziœ raczej funkcje narodowodezintegrujšce – jest lustrem, w którym odbija się powojenna historia Polski. Potrzeba nam zatem zmiany modelu – obecnie zaœ najlepszy jest model anglosaski. Zmianie powinna też ulec sama filozofia reformowania, co oznacza zmianę celu działania instytucji akademickich. A właœciwie jego okreœlenie, ponieważ dziœ cel działania wyższych uczelni jest dosyć niejasny. Celem tym powinno zatem być kształcenie ludzi z nowymi pomysłami, niebojšcych się ryzyka, przedsiębiorczych, społecznie zaangażowanych, rozumiejšcych rolę mobilnoœci w rozwoju wiedzy, ale mocno osadzonych w narodowej tradycji. Do realizacji tego celu potrzebne sš trzy typy instytucji akademickich. Po pierwsze, uniwersytety, uniwersytety kwalifikowane oraz elitarne uczelnie badawcze stworzone na bazie instytutów PAN. Po drugie, musimy stworzyć spójny system kształcenia zawodowego, w którym ludzie w każdym wieku będš mogli zdobyć zestandaryzowane umiejętnoœci techniczne oraz nauczyć się rozwišzywać techniczne problemy: od poziomu technika do zaawansowanego poziomu inżyniera. Temu celowi powinny służyć politechniki, których dobry model opracowali Finowie. Po trzecie istnieje pilna potrzeba stworzenia uczelni kształcšcych elity społeczne, które pełniłyby podobnš rolę jak przedwojenne gimnazja. W takich college’ach sztuk wyzwolonych najzdolniejsi licealiœci i młodsi studenci uczyliby się myœleć otwarcie, ale odpowiedzialnie, pełnić rolę liderów społecznych, byliby zaznajamiani przez œwietnych akademickich dydaktyków z narodowš i œwiatowš kulturš wysokš. Powstanie trzech typów instytucji, majšcych odmienne misje i cele, sprawy jednak nie załatwi. Polskie uczelnie publiczne sš fatalnie zarzšdzane mimo rozległej – w stosunku do finansowego zaangażowania państwa – autonomii. Jest ona zresztš używana przez korporację profesorskš głównie do ochrony swoich interesów. Polskie uniwersytety sš bytami, które w anarchicznoœci rywalizować mogš jedynie z PKP czy górnictwem. Nie chodzi jednak o to, by jak we Francji uczynić z profesorów zdyscyplinowanych urzędników publicznych. Chodzi o to, by – po pierwsze – własnoœć uczelni przenieœć na samorzšdy wojewódzkie, co pozwoli lepiej zintegrować je z otoczeniem społeczno-gospodarczym, zbliżyć bezpoœredni nadzór do poziomu realizacji zadań oraz uczynić szkoły napędem wzrostu oraz integracji regionów i metropolii. Po drugie – i dużo chyba ważniejsze – koniecznie trzeba pozbawić senaty kontroli nad uczelniami. Optymalnym wzorem jest amerykański uniwersytet stanowy, którym kieruje rada powiernicza złożona z osób zaufania publicznego, ludzi sukcesu, liderów lokalnych, a bezpoœredni zarzšd sprawuje wyłaniany w konkursie prezydent. Zajmuje się on finansami, zatrudnieniem, promocjš, relacjami z otoczeniem, umowami z przemysłem itp. Rektor jest sprowadzony do stosownej dla swoich kompetencji roli – głowy ciała akademickiego, organizatora spraw dydaktycznych. Pracę prezydenta i rektora kontrolować powinien audytor odpowiedzialny tylko przed radš patronackš. Zatrudnienie odbywać się powinno na indywidualnie negocjowanych kontraktach, a pensja powinna zależeć od ważonych kryteriów jakoœciowych, takich jak: ocena studentów, iloœć cytowań, iloœć patentów itp. Kolejna zmiana to zniesienie państwowych dyplomów. Uczelnie muszš same pracować na swojš markę, renomę, a co za tym idzie – studentów i dochody. Obecnie zaoczni studenci z marnej uczelni prowincjonalnej otrzymujš dyplom formalnie tej samej wagi co dyplom Uniwersytetu Jagiellońskiego czy Politechniki Warszawskiej. Zniesiony powinien zostać stopień habilitacji, który stał się w Polsce nie miarš, lecz celem samym w sobie (ze względu na apanaże), przy czym ogranicza on wykorzystanie mocy naukowych tkwišcych w młodym pokoleniu naukowców oraz utrudnia twórczy ruch pomiędzy uczelniami a biznesem. Cały nacisk trzeba położyć na ostre wymagania wobec doktorantów, analogiczne do tych, które prezentujš europejskie konkursy na granty dla młodych naukowców. Polski pokomunistyczny uniwersytet pełni dziœ raczej funkcje narodowodezintegrujšce Mimo rezygnacji z firmowania dyplomów państwo nie powinno jednak zaprzestać finansowania i akredytacji uczelni. Tu jednak również nie powinno działać tak jak dotšd. Finansowanie powinno się dokonywać za pomocš kilku inteligentnych instrumentów: dotacja bazowa idšca za studentem, maksymalnie otwarcie definiowane granty naukowe, granty dydaktyczne, granty biblioteczne i infrastrukturalne. Oznacza to – wzorem systemu brytyjskiego – praktyczne zniesienie fundamentalnego podziału na szkoły publiczne i prywatne. Wišże się to jednak z obowišzkiem współpłatnoœci. Wszyscy studenci powinni płacić niewygórowane czesne, majšc do dyspozycji powszechny system umarzalnych kredytów oraz wysokie stypendia socjalne. Studia majš zbyt duże przełożenie na póŸniejsze dochody, by uznać, że ich koszt powinno całkowicie pokrywać państwo. W zamian za współpłatnoœć studenci mogš oczekiwać ostrej jakoœciowej (w przeciwieństwie do dzisiejszej iloœciowej) oceny działalnoœci uczelni. Istotš reformy byłby inny sposób zaangażowania państwa w edukację. Uczelnie powinny stać się centrami integracji wspólnot regionalnych. Natomiast państwo powinno prowadzić sprawiedliwš, ale inteligentnš redystrybucję premiujšcš najlepszych, najodważniejszych i najbardziej twórczych. Na przykład – nagradzać większš dotacjš te uczelnie, które potrafiš samodzielnie zdobyć pienišdze poprzez usługi dla przemysłu, lokalnych społecznoœci czy dochody patentowe. Według biblijnej zasady: „kto ma, temu będzie dodane”. W ten sposób same wyłoniš się narodowe uczelnie flagowe bez koniecznoœci ich arbitralnego wskazywania. Autor jest doktorantem na Wydziale Filozoficznym UJ, redaktorem dwumiesięcznika "Arcana", autorem prezentowanego na Kongresie Obywatelskim raportu "Przeskoczyć samych siebie. Rewolucja innowacyjna w polskiej nauce i dydaktyce"
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL