Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Piłka nożna

Dobry człowiek

Warszawa 1976 r. Stadion 10-lecia. Mecz pilkarski Polska - Cypr. Trenerzy polscy od lewej Bernard Blaut, Jacek Gmoch, Ryszard Kulesza i lekarz kadry - Janusz Garlicki
Forum, Jan Rozmarynowski Jan Jan Rozmarynowski
Zmarł Ryszard Kulesza, trener reprezentacji Polski sprzed 30 lat. Niezwykły człowiek. Za dobry na czasy, w których żył
Rodowity warszawiak, który przez wiele lat nie mógł pójœć na stadion przy Łazienkowskiej. Kiedy Legia trenowana przez Janusza Wójcika, w doœć szczególnych okolicznoœciach zdobyła w roku 1993 mistrzostwo Polski, wystšpienie Kuleszy, wówczas już działacza zwišzkowego, na zjeŸdzie PZPN przyczyniło się do odebrania klubowi tytułu. Kulesza powiedział: „Cała Polska widziała” i od tej pory stał się œmiertelnym wrogiem kibiców Legii, co w Warszawie przybiera nieprzyjemne formy. Kulesza powiedział to w poczuciu uczciwoœci, która była podstawowš cechš jego życia. Kiedy wiele lat wczeœniej prowadził drużynę Lechii Gdańsk miał duże szanse wprowadzić jš do pierwszej ligi, ale wiosnš piłkarze sprzedali większoœć meczów. Myœlał wtedy o porzuceniu zawodu trenera, ale kochał piłkę, więc nie mógł tego zrobić. Jeszcze wtedy nie wiedział, że zostanie trenerem reprezentacji Polski, ale nigdy nie poprowadzi klubu w pierwszej lidze. Był dobrym piłkarzem, tuż po wojnie wystšpił w reprezentacji Polski juniorów. Zwišzał się z warszawskš Poloniš (grał też w Polonii Bydgoszcz), ale nie miał szczęœcia. Kiedy w roku 1952 poloniœci grali z Legiš w finale Pucharu Polski, trener wyznaczył mu rolę rezerwowego. Regulamin nie przewidywał wtedy zmian, Kulesza wiedział, że nie wyjdzie na boisko, więc spełnił proœbę kolegi i pożyczył mu swoje buty. W tych butach „Cióła” Wesołowski strzelił jedynš bramkę i Polonia zwyciężyła 1:0. „W moich butach – powtarzał Kulesza przez całe życie – w moich butach”. Sam nie odniósł żadnych sukcesów piłkarskich, więc chociaż przez te buty chciał się dowartoœciować.
A buty Kuleszy, te piłkarskie i pantofle, mogły uchodzić za wzór. Zawsze wypastowane, œwiecšce się, mówiły wiele o lubišcym czystoœć i porzšdek właœcicielu. Kulesza imponował elegancjš w starym stylu. Kiedy mówiło się o nim w towarzystwie, zawsze podkreœlano trzy rzeczy – buty, starannie zaczesanš falę na bujnych włosach i nie schodzšcy z twarzy szczery uœmiech. Kto Kuleszę znał, nie zwracał się do niego inaczej niż „Rysiu”. Żaden Ryszard, czy „panie Ryszardzie”. Dla wszystkich był Rysiem. Nawet wtedy, kiedy już leżał w domu opieki w Radoœci, mówiło się: „Trzeba pojechać do Rysia”, który zresztš od wielu miesięcy nie poznawał już ludzi. Rysio unikał konfliktów, więc zdarzało się, że piłkarze lub współpracownicy wchodzili mu na głowę. On wolał ustšpić. Wydawało się, że jako współpracownik Jacka Gmocha pojedzie na mundial do Argentyny, ale tak się nie stało. Kiedy sam został trenerem, reprezentacja grała raz lepiej, raz gorzej, ale to z Kuleszš wygrała pierwszy mecz w eliminacjach mistrzostw œwiata 1982, z Maltš. Tyle że wyjazd poprzedziła słynna „afera na Okęciu”. Jeden piłkarz się upił, kilku stanęło w jego obronie, ówczesny prezes PZPN a dawny prokurator wojskowy generał Marian Ryba zrobił pokazowy proces zawodników, a Kulesza, który w tych warunkach Ÿle się czuł, zrezygnował z pracy. Jakimœ cudem został trenerem reprezentacji Tunezji, więc dzień i noc uczył się francuskiego. Udało mu się do tego stopnia, że został póŸniej członkiem grupy trenerskiej UEFA. JeŸdził do Szwajcarii na konferencje, czuł się potrzebny chociaż tam, bo w Polsce traktowano go wcišż jako tego uœmiechniętego Rysia z falš na włosach i zbyt miękkim sercu. Ale kiedy miękki Rysio uderzył wreszcie, w sprawie Legii, pięœciš w stół, stał się dla jednych wrogiem, a dla innych naiwniakiem, który chce walczyć z korupcjš. Stracił wszystkie pienišdze, jakie zarobił za granicš. Do mieszkania jego bloku na Grochowie włamali się złodzieje i wynieœli cały dobytek. Kulesza się załamał, ale wierzył, że odzyska choć częœć dóbr. – Bo wiesz – mówił mi – w œledztwo zaangażował się osobiœcie pułkownik C. Powiedział, że to sprawa jego honoru. Pułkownik C., uczynny działacz piłkarski, złodziei jednak nie złapał. Rysio wierzył też, że wyzdrowieje. – Będzie dobrze, bo za moje leczenie w Szwajcarii zapłaciła FIFA – mówił, jakby wierzšc, że skoro taka organizacja zajęła się jego zdrowiem, to koniec musi być szczęœliwy. A to był dopiero poczštek choroby. W roku 1980 byliœmy razem na meczu z Irakiem w Bagdadzie. Spędziliœmy tam kilka dni, mecze były nawet dwa a między nimi sporo czasu. Gospodarze zaproponowali nam wycieczkę do Babilonu, ale Kulesza odmówił, bo musiał pilnować zawodników. On siedział więc w hotelu, a oni robili interesy na bazarze. Z każdej podróży, meczu czy konferencji przysyłał kartki. Adres i tekst pisał zawsze flamastrami różnych kolorów, zbierał autografy, a obok nich, trzecim kolorem, wpisywał czytelnie nazwiska. Wszystko równiutko. W siedzibie warszawskiego OZPN jest jeszcze kronika, którš Rysio pisał przez lata, a która wyglšda jak benedyktyński inkunabuł. Wielokrotnie graliœmy razem w meczach dziennikarskich. Najpierw był naszym starszym kolegš z boiska, a potem trenerem. Miał œwietne uderzenie z lewej nogi. Kiedy na treningach kadry strzelał rzuty wolne nawet Józef Młynarczyk był bezradny. A jeœli jakiœ piłkarz go pochwalił, angażował się jeszcze bardziej. Podpuszczali go więc co krok. Kopał tak długo, że aż wieczorem bolała go noga. Miał już wówczas koło pięćdziesištki, czego nie chciał przyjšć do wiadomoœci. Kiedyœ, w Rykach, w meczu dziennikarzy z miejscowymi oldbojami strzelił z woleja przepięknš bramkę w samo okienko. „Jak Puskas, Rysiu” – zawołałem. A on, szczęœliwy, uœmiechnięty od ucha do ucha, powtarzał: „Jak Puskas, Stefciu, jak Puskas”. Był w siódmym niebie.
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL