Plus Minus

W mrocznym, mrocznym domu

Gospodarz ursynowskiego mieszkania. W porządnym labiryncie nie może zabraknąć luster
Fotorzepa, Michał Sadowski MS Michał Sadowski
Zdzisław Beksiński urodził się przed 85 laty. Kiedy odwiedzałem go w jego mieszkaniu, czułem, ?że spotykam człowieka, na którym śmierć nie robi już żadnego wrażenia. Artysta nią nie epatował, nie poruszał ?w rozmowach, nie przekonywał, że jest czymś oczywistym. Od lat zdawał się na nią przygotowany.
Za Beksińskim stała cała złożoność życia: wstrząsająca, tragiczna historia rodzinna. Z jednej strony wielki sukces, spełnienie, powodzenie, zdawałoby się pełna realizacja, a z drugiej – nieustanne pasmo dramatów, które spadały na tę rodzinę jak grom z jasnego nieba. Jego mieszkanie na Służewiu nad Dolinką robiło wyjątkowo ponure wrażenie. Wyglądało jak mroczny labirynt, zaprojektowany z wielką precyzją, Zdzisław Beksiński był w końcu z wykształcenia architektem. Sterylna czystość panowała w każdym pomieszczeniu. Zarówno w jasnej kuchni, z białymi szafkami, beżowym linoleum i drewnianym taboretem, jak i mrocznych pokojach, którym klimat nadawały wiszące pod sufitem olejne płótna. Do tego przedpokój, którego ściany były wyłożone taflą luster kryjących szafy i garderobę. Ilekroć tam byłem, zawsze miałem kłopot z opuszczeniem tego mieszkania i zamiast na korytarz klatki schodowej trafiałem do usytuowanej obok... łazienki. Schron i labirynt Pracownia i mieszkanie w jednym z bloków na Służewiu nad Dolinką było trudne do odnalezienia. Miałem z tym wiele problemów. Długo błąkałem się po betonowej pustyni, nim trafiłem pod właściwy adres. Tę moją bezradność, a właściwie nieporadność – jak się potem przekonałem – odnotował sam artysta w korespondencji do jednego z przyjaciół. Zawsze uważałem, że ten – używając tytułu modnej dziś sztuki Neila LaBute'a – „mroczny, mroczny dom", czyli mieszkanie przy Sonaty, wyglądało bardziej jak sarkofag niż przestrzeń do życia. Beksiński, jak wskazuje jego przyjaciel, znakomity malarz i filozof Henryk Waniek, zawsze miał szczęście do labiryntów. Podobnie było w Sanoku, w którym rodzina Beksińskich, należąca do miejscowego mieszczaństwa, była zakorzeniona od wielu pokoleń. Pradziadek Zdzisława, powstaniec styczniowy, założył tu fabrykę kotłów parowych, która stała się potem zalążkiem fabryki wagonów. Jednym z mniej znanych epizodów w życiu artysty była jego praca w Autosanie. W firmie zajmował się opracowywaniem projektów nowych nadwozi autobusów. Pierwszy prototyp SFW-1 Sanok był w dużej mierze jego dziełem. Beksińscy mieli w Sanoku dwa domy: drewniany i murowany. Ten drugi po wojnie był częściowo zajęty przez aptekę. Resztę zajmowali rodzice Zdzisława i on – jedynak. Po śmierci ojca artysta ożenił się z Zofią Stankiewicz i dalej mieszkali tam razem. – Nie była to rezydencja dużych rozmiarów, ale miała pewną osobliwość – wspomina Henryk Waniek. – Dom miał układ amfiladowy i można było krążyć po nim rowerem wokół niewielkiego patio z nieużywaną od lat studnią. Na osi koła znajdowały się poszczególne pokoje, pracownia Zdzisława, sypialnia, pokój babci, kuchnia itp. To była przestrzeń narażona na nieustanne kolizje, bo żeby na przykład dostać się do łazienki, trzeba było przejść przez kuchnię i sypialnię. Beksiński już wtedy imponował zmysłem praktycznego organizowania się w każdych, nawet niesprzyjających okolicznościach. Stworzył perfekcyjnie przygotowaną przestrzeń do pracy amatora fotografika, następnie rzeźbiarza, a wreszcie rysownika i malarza. Przeprowadzka do Warszawy, którą najtrudniej zniósł syn Beksińskich, Tomek, była częściowo wymuszona. W związku z pracami drogowymi ich sanocki azyl został przeznaczony do wyburzenia. Kiedy władze Sanoka zaproponowały rodzinie Beksińskich przeprowadzkę do nowego bloku, ci woleli przenieść się do podobnego w Warszawie. Jako wziętemu malarzowi i grafikowi powodziło mu się nieźle, więc nowe lokum na Służewiu nad Dolinką stworzył z dwóch mieszkań: niewielkiej kawalerki oraz wygodnego M3. Kiedy oprowadzał mnie po swoim labiryncie, nie krył, że mieszkanie jest nafaszerowane techniką. Co ciekawe, już po pierwszym spotkaniu pokazał mi kilka rodzajów alarmów, które w nim zainstalował, a które, jak się potem okazało, nie uchroniły go przed mordercą. Oczywiście, instalując je, cieszył się jak dziecko, że dysponuje najnowszą techniką, która zawsze była jego konikiem. Pierwsze studio nagraniowe Zdzisław Beksiński zbudował sobie jeszcze w Sanoku w latach 60. Produkował tam specyficzny gatunek nagrań. Jak wspomina Henryk Waniek, był to „rodzaj utworów akustycznych, które nie były stricte muzyką, chociaż się do niej zbliżały. Rodzaj modyfikacji dźwięków naturalnych, który dawał czasami interesujące efekty. Kiedy wraz z dokumentalistą Maciejem Starczewskim z TVN 24 słuchaliśmy ich u artysty na Ursynowie na początku XXI wieku, sprawiały wrażenie utworów komputerowych". Beksiński starał się być na bieżąco z nowinkami techniki. Kiedy umówił się z ekipą TVN 24 na wywiad w swoim mieszkaniu, dokładnie obejrzał przyniesiony przez nich sprzęt. Wymienił uwagi na temat jego jakości i przypomniał, że sam skonstruował kilka urządzeń, z których był dumny. Pamiętam, jak we wnętrzu starego, od dawna nieużywanego odbiornika radiowego umieścił najnowocześniejszą technikę. Dawało to efekt pełnego zaskoczenia. To tak, jakby za fasadą poczciwej Szarotki, czyli pierwszego polskiego przenośnego radioodbiornika lampowego z lat 50. ub. wieku, kryło się nowoczesne japońskie cacko z najwyższą jakością dźwięku. Jedna z koleżanek opowiadała mi zabawną historię, Kiedy po zakończeniu wywiadu stwierdziła z przerażeniem, że nic się jej nie nagrało, Beksiński popatrzył na nią tajemniczo i z uśmiechem stwierdził: Pani się nie nagrało, ale mnie się pewnie nagrało i spokojnie wyciągnął spod stołu kasetę ze swoim nagraniem, które nie uprzedzając rozmówczyni, robił równolegle z nią. Jesteśmy bandą mutantów Moje wizyty u Zdzisława Beksińskiego wiązały się z przygotowywanym projektem „W stronę Schulza": rodzajem artystycznego dialogu współczesnych twórców z wyobraźnią Brunona Schulza. Zdzisław Beksiński był jednym z pierwszych artystów, którego pragnąłem do tego dialogu pozyskać, bo jak słusznie twierdził Franciszek Starowieyski – duch Schulza, jego sadomasochizm widoczny jest w wielu pracach Beksińskiego: grafikach, fotografiach, obrazach. – Z Schulzem wiązały mnie przede wszystkim pewne odchylenia w dziedzinie erotyki – powiedział mi Beksiński. – Kiedy uświadomiłem sobie, co rysował, jak to robił, co chciał ukryć w tych rysunkach, pomyślałem, jak wiele nas łączy. Po prostu swój pozna swego. Ale nie ma się co dziwić. Wszyscy jesteśmy bandą mutantów, w której tak naprawdę każdy trochę różni się od sąsiada przyzwyczajeniami, zapotrzebowaniami, oczekiwaniami. I w tym kontekście nie tylko ja mogę czuć się krewnym Schulza. Beksiński bardzo starannie wyselekcjonował prace, które postanowił wypożyczyć na poznańską edycję schulzowskiej wystawy. Zaczął od zdjęć. Pokazał kilka aktów, którymi zasłynął w latach 50. i 60. Kobiety na nich przedstawione, głównie te o dość obfitych kształtach, były spętane sznurem i drutem i wyglądały niczym gigantyczne szynki czy balerony. Na grafikach z kolei przypominały dzikie bestie, z których wychodziły demony. Były tak mocno zdeformowane, że czasem miało się wrażenie, że to zdezelowane roboty przeznaczone na wysypisko śmieci. Prawdziwie schulzowska wyobraźnia objawiała się także w obrazach olejnych, zgromadzonych w kolejnym pokoju artysty. Te pełne ekspresji i grozy kompozycje figuratywne bliskie były zwłaszcza światom opisanym w „Sanatorium pod klepsydrą". „Mówić o swoich obrazach to tak, jak chcieć oglądać własne ucho bez pomocy lustra" – przyznał Beksiński. „Ja nie wiem, jak to ludzie widzą, bo siedzę w środku. «Sanatorium pod klepsydrą» Schulza operuje konwencją snu. I to także jest mi bardzo bliskie. Myślę nawet, że to najdoskonalszy w naszej literaturze sposób opisania snu". Pokazując oleje rodem z horrorów, Beksiński przypomniał też, że robiąc serię zdjęć zarośniętego cmentarza żydowskiego na warszawskiej Woli, zainspirował Henryka Wańka do namalowania obrazu „Epitafium dla Schulza", artysty, który w rodzinnym Drohobyczu nie ma nawet symbolicznego grobu. Obraz przeznaczony był dla Jonasza Kofty, choć nigdy do niego nie dotarł. Opowieści z krypty Beksiński w swoim „mrocznym, mrocznym domu" na Służewiu nad Dolinką sprawiał wrażenie człowieka bezpośredniego, trochę misiowatego. A miał przecież za sobą dwa tragiczne wydarzenia. Po długiej chorobie i cierpieniu zmarła jego żona. A potem targnął się na życie jedyny syn Tomek. Nie była to zresztą pierwsza próba samobójcza Beksińskiego juniora, popularnego prezentera radiowej Trójki, cenionego i błyskotliwego tłumacza, który pod koniec krótkiego życia na przełomie 1998 i 1999 roku w piśmie „Tylko Rock" publikował felietony opatrzone wymownym tytułem „Opowieści z krypty". Były wśród nich: „Martwy krab", „Odsuńcie ode mnie ten komputer goryczy", „Patetyczny bękart", „Shit przyszłości" czy „Jaszczurka w bidecie". Po obejrzeniu filmu „Kobieta wąż" zafascynowały go horrory i tematyka funeralna. Zaczął pisać z dużą częstotliwością kryminały. Jeszcze jako nastolatek próbował popełnić samobójstwo. Wtedy uratował go ojciec. Mówiło się, że kawalerka, którą młody Beksiński zajmował w Warszawie, była cała wymalowana na czarno, ze szczelnie zasłoniętymi oknami. – Wokół Tomka narosło wiele legend i uproszczeń, tak jak ta o czarnych ścianach – uważa Piotr Stelmach z radiowej Trójki. – Trudno mówić o Tomku jako o typowym pracowniku Trójki – dodaje znany prezenter. – Pojęcia typu „pracownik", „kariera", „zatrudnienie", „etat" były całkowicie sprzeczne z jego widzeniem świata. Nie cierpiał komputerów, wszelkich nowinek technicznych i gadżetów. Uważał, że bardziej utrudniają życie, niż mu pomagają, twierdził wręcz, że prowadzą do pewnego „skatalogowania" życia. A jednocześnie nie znałem człowieka, który miałby życie skatalogowane tak jak Tomek. To były pliki ustawione w ścisłym porządku chronologicznym. Pytany o gusty muzyczne Tomasza Beksińskiego, Piotr Stelmach odpowiada: – Tomek pod względem mentalnym był pięknym świrem. Określenie „inny" pasuje do niego jak żadne inne. Miał swój świat, co nie znaczy, że był nieprzemakalny. Z jednej strony życie Tomka usłane było ideałami, pięknymi, jasnymi i bardzo konkretnymi, a z drugiej – sam był labiryntem mentalnym. Krzyżówką, do której nie ma haseł, ponumerowanych pól i dobrych podpowiedzi. Podejrzewam, że sam nie potrafił jej do końca rozwiązać, już nie mówiąc o innych, którzy próbowali do niego dotrzeć. – Kiedy wszedłem w bliższe relacje z Beksińskimi, jeszcze wówczas mieszkającymi w Sanoku, Tomek był kilkuletnim, bardzo żywym i ciekawym świata jedynakiem – wspomina Henryk Waniek. – Ojciec wyraźnie mu imponował. Już jako sześciolatek zaczął na maszynie do pisania Zdzisława wydawać własne pismo. I właściwie mogło się wydawać, że, jak to bywa z jedynakami, dorasta w cieplarnianej atmosferze, gdzie chucha się na niego i dmucha, gdzie dziecko jest najważniejsze. Zosia naprawdę była troskliwą i ukochaną matką, ale nie mogła zapomnieć, że pierwsze miejsce w tym domu zajmuje Zdzisław. Jako typowy, anegdotyczny wręcz artysta był ogromnym egotykiem. Oczywiście kochał syna, który starał się w wielu rzeczach go naśladować, ale widział jego miejsce w szeregu – mówi Henryk Waniek, a wspominając Tomasza, dodaje: – Przez dwa lata użyczałem Tomkowi swego mieszkania w Katowicach. To nie był łatwy partner we wspólnym życiu. Przy swoim zamiłowaniu do muzyki rockowej potrafił o pierwszej czy drugiej w nocy odtwarzać na pełen regulator płyty w 10-piętrowym bloku mieszkalnym. Ta dzika dyskoteka była zmorą nie tylko sąsiadów, ale całej okolicy. Żadne próby perswazji nie odnosiły skutku. On po prostu nie miał świadomości istnienia w jakimkolwiek układzie zbiorowym. Tomasz studiował filologię angielską, której nie skończył, ale mimo to wciąż doskonalił swój angielski i stał się świetnym tłumaczem. Opracował listy dialogowe do wielu filmów. Przetłumaczył m.in. wszystkie ówczesne produkcje o Jamesie Bondzie, Harrym Callahanie i niemal całego Monty Pythona, którego był gorącym miłośnikiem. W bogatym dorobku translatorskim znalazło się też kilkadziesiąt innych filmów, między innymi takie hity, jak: „Milczenie owiec", „Dzikość serca", „Robin Hood, książę złodziei", „Czas apokalipsy", „Ptasiek", „Dracula", „Frankenstein", „Smętarz dla zwierzaków". W pewnym momencie – zdaniem Henryka Wańka – u Tomka zaczęła się budować chorobliwa aksjologia, obsesyjne skupienie uwagi na absurdalności istnienia. Tomek uznał, że skoro nasze istnienie traci wartość i sens, jeśli ma miejsce w absurdalnej rzeczywistości, to jedyną naszą odpowiedzią na to może być samobójstwo. Wielokrotnie podejmował takie próby. Jako 16-latek próbował otruć się gazem i zażył dużą dawkę środków nasennych. Dowodem obsesyjnego zainteresowania własną śmiercią jest również fakt, że mając 18 lat, rozwiesił w rodzinnym Sanoku własne klepsydry. W 1988 roku przeżył katastrofę lotniczą w Białobrzegach pod Rzeszowem, w której zginęła jedna osoba, a kilka zostało poważnie rannych. To była trauma, z którą nie mógł sobie poradzić do końca życia. Nigdy później nie wsiadł do samolotu. Złe Wigilie 24 grudnia 1999 roku Tomasz Beksiński popełnił samobójstwo. Wcześniej niedwuznacznie pożegnał się ze światem. W ostatnim felietonie napisał „Za bardzo zbliżyłem się do jądra ciemności, niczym pułkownik Kurtz". A w radiowej Trójce powiedział słuchaczom na zakończenie audycji: „To była ostatnia audycja w tym roku, a może ostatnia w ogóle". – Nigdy nie zgadzałem się z decyzją, którą podjął – twierdzi Piotr Stelmach. – Myślę, że – mówiąc językiem, którego nie znosił – brakowało Tomkowi jednego porządnego zresetowania twardego dysku. A to mógł osiągnąć poprzez znalezienie prawdziwej miłości. Takiej, która nie byłaby obarczona żadnymi regułami, wolnej od modnych dziś układów, niezdrowych podchodów, interesowności. Goniąc za tym przez całe krótkie życie, wiedział, że kobieta, którą sobie wymarzył w najdrobniejszych detalach, musi spełniać ściśle określone warunki i nie mogła być inna. – Nie wierzę, by sztuka miała możliwości kształtowania umysłowego jednostek czy zbiorowości. Uważam, że jest raczej pewnego rodzaju estetyczną fasadą, której znaczenie jest grubo przeceniane – uważa Henryk Waniek. – Są jednak przypadki przeczące takiemu poglądowi. Możliwe, że pewnego rodzaju smak, zainteresowania literackie i muzyczne, słabość do horrorów czy artystycznych mitologii związanych ze spirytualizmem i wampiryzmem, które Zdzisław Beksiński traktował z entuzjazmem, ale też z dystansem i szczyptą ironii, nie pozostały bez wpływu na syna. Zdzisław oglądał filmy, w których dominowała atmosfera horroru, łączył to z podobnymi upodobaniami muzycznymi i literackimi. Drogą dyfuzji przeszło to na Tomka, który nagle – jak myślę – bardzo serio zaczął traktować te motywy. Uważał się za rycerza nieistniejącego zakonu wampirystów, zaopatrzył się w stosowny kostium i czasem dla zabawy demonstrował swoje przeświadczenia. Dojrzewała w nim potrzeba zakomunikowania światu o sobie, o swoim istnieniu, o swoim potencjale, który był jednak mocno nieokreślony, bo słuchanie i propagowanie muzyki to nie jest jeszcze żadna kreacja ani ekspresja osobowości. Zdzisław Beksiński, kiedy wspominał syna, zawsze patrzył w okno. Niewiele o nim mówił. Ja też w czasie spotkań z nim w „mrocznym, mrocznym domu" nie śmiałem poruszać tego tematu, wiedząc, że jest zbyt bolesny. Beksińskich „mroczny, mroczny dom" przeżył wiele tragedii. Przez pewien czas jasnym promieniem była w nim żona artysty Zofia. Inteligentna, wrażliwa, dobrze zapowiadająca się romanistka, która gdy jeszcze w Sanoku stałą się panią Beksińską, zrezygnowałą z wszelkich ambicji naukowo-dydaktycznych, by oddać się mężowi oraz ukochanemu jedynakowi, który to oddanie z całą premedytacją wykorzystywał. W pewnym okresie sprawdziła się jako najczulsza sanitariuszka, która doglądała złożone chorobą i cierpieniem matkę i teściową. Potem sama długo chorowała, a jej oddanie Beksiński docenił tak naprawdę dopiero wtedy, gdy stał się wdowcem. Nie kryłem zaskoczenia, gdy w jego pracowni na najbardziej widocznym miejscu zobaczyłem przypiętą pinezką kopertę z odręcznym napisem „Testament". – Pana to dziwi? – zapytał Beksiński. – Kiedyś myślałem, że zarówno część obrazów, jak i płytotekę, którą gromadziłem przez lata, przekażę Tomkowi. Teraz, kiedy właściwie jestem sam, sprawa jest prosta. Jeszcze za życia żony uznaliśmy, że obrazy przekażemy do Sanoka. Wiem, że muzeum się nimi dobrze zaopiekuje. Teraz mam minimalne potrzeby, więc jakoś wiążę koniec z końcem. Zaskakująca była zawartość lodówki. Te same starannie ułożone w kostkę puszki – zdaje się z wołowiną. A na drzwiach bateria puszek coli. Żadnych warzyw, owoców, masła czy chleba. Wielka instalacja ułożona z matematyczną dokładnością. – Nigdy nie widziałem tak „skatalogowanego mieszkania" – przyznawał Maciek Starczewski po jednej z pierwszych wizyt u Beksińskiego. – Szalony artysta pogrążony w pełnym grozy i fantasmagorii świecie i niezwykle, wręcz sterylnie, uporządkowany człowiek. Groza wyobraźni, jak z najbardziej mrocznego sennego koszmaru Beksińskiego artysty, a z drugiej strony obsesyjne wręcz dążenie do porządku, rzadko spotykanej pedanterii Beksińskiego człowieka. Spokojnego, czasem wręcz z poczuciem humoru. Kiedy weszliśmy do kuchni, zaproponował herbatę, a potem dodał: – Jeden z moich menedżerów wpadł na pomysł, by wśród gadżetów towarzyszących wystawom były filiżanki i koszulki z motywami obrazów. Uznałem, że moje obrazy na filiżankach byłyby przesadą. Przyzna pan, że dziwnie by brzmiało „wypić z Beksińskiego". Żeby menedżer nie czuł się całkiem przegrany, zgodziłem się na koszulki. Taki mały kompromis. Beksiński miał duszę samotnika, ale jak podkreślali sąsiedzi, był otwarty na ludzi. I ta otwartość w końcu go zgubiła. Kiedyś wynajął człowieka do drobnych prac remontowych. Ponieważ się sprawdził, zlecał mu kolejne zadania i traktował jak złotą rączkę. Rodzina nowo poznanego zwietrzyła w znajomości z uznanym artystą dobry interes. Już wkrótce żona zajmowała się robieniem zakupów i sprzątaniem, a niedługo potem znalazło się zajęcie dla syna. Beksiński coraz gorzej znosił tę nadgorliwą opiekę pasożytujących na nim ludzi, wpędzających go w coraz większe koszty. Czuł się osaczony. Syn rzemieślnika, kilkakrotnie przyłapany przez Beksińskiego na drobnych kradzieżach, nie miał skrupułów, by oprócz zawyżonego wynagrodzenia pożyczać od niego pieniądze. Aż wreszcie kiedy zdenerwowany artysta odmówił – tamten z zimną krwią go zamordował, zadając 21 lutego 2005 roku ponad 20 ciosów nożem. Potem na warszawski Służew nad Dolinką podjechało kilka tirów z muzeum w Sanoku. Załadowano do nich wszystko, co znajdowało się w mieszkaniu zamordowanego. Zgiełk, spaliny, trochę śmieci – taki był koniec „mrocznego, mrocznego domu".
   
Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL