Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

W mrocznym, mrocznym domu

Gospodarz ursynowskiego mieszkania. W porzšdnym labiryncie nie może zabraknšć luster
Fotorzepa, Michał Sadowski MS Michał Sadowski
Zdzisław Beksiński urodził się przed 85 laty. Kiedy odwiedzałem go w jego mieszkaniu, czułem, ?że spotykam człowieka, na którym œmierć nie robi już żadnego wrażenia. Artysta niš nie epatował, nie poruszał ?w rozmowach, nie przekonywał, że jest czymœ oczywistym. Od lat zdawał się na niš przygotowany.
Za Beksińskim stała cała złożonoœć życia: wstrzšsajšca, tragiczna historia rodzinna. Z jednej strony wielki sukces, spełnienie, powodzenie, zdawałoby się pełna realizacja, a z drugiej – nieustanne pasmo dramatów, które spadały na tę rodzinę jak grom z jasnego nieba. Jego mieszkanie na Służewiu nad Dolinkš robiło wyjštkowo ponure wrażenie. Wyglšdało jak mroczny labirynt, zaprojektowany z wielkš precyzjš, Zdzisław Beksiński był w końcu z wykształcenia architektem. Sterylna czystoœć panowała w każdym pomieszczeniu. Zarówno w jasnej kuchni, z białymi szafkami, beżowym linoleum i drewnianym taboretem, jak i mrocznych pokojach, którym klimat nadawały wiszšce pod sufitem olejne płótna. Do tego przedpokój, którego œciany były wyłożone taflš luster kryjšcych szafy i garderobę. Ilekroć tam byłem, zawsze miałem kłopot z opuszczeniem tego mieszkania i zamiast na korytarz klatki schodowej trafiałem do usytuowanej obok... łazienki. Schron i labirynt Pracownia i mieszkanie w jednym z bloków na Służewiu nad Dolinkš było trudne do odnalezienia. Miałem z tym wiele problemów. Długo błškałem się po betonowej pustyni, nim trafiłem pod właœciwy adres. Tę mojš bezradnoœć, a właœciwie nieporadnoœć – jak się potem przekonałem – odnotował sam artysta w korespondencji do jednego z przyjaciół. Zawsze uważałem, że ten – używajšc tytułu modnej dziœ sztuki Neila LaBute'a – „mroczny, mroczny dom", czyli mieszkanie przy Sonaty, wyglšdało bardziej jak sarkofag niż przestrzeń do życia. Beksiński, jak wskazuje jego przyjaciel, znakomity malarz i filozof Henryk Waniek, zawsze miał szczęœcie do labiryntów. Podobnie było w Sanoku, w którym rodzina Beksińskich, należšca do miejscowego mieszczaństwa, była zakorzeniona od wielu pokoleń. Pradziadek Zdzisława, powstaniec styczniowy, założył tu fabrykę kotłów parowych, która stała się potem zalšżkiem fabryki wagonów. Jednym z mniej znanych epizodów w życiu artysty była jego praca w Autosanie. W firmie zajmował się opracowywaniem projektów nowych nadwozi autobusów. Pierwszy prototyp SFW-1 Sanok był w dużej mierze jego dziełem. Beksińscy mieli w Sanoku dwa domy: drewniany i murowany. Ten drugi po wojnie był częœciowo zajęty przez aptekę. Resztę zajmowali rodzice Zdzisława i on – jedynak. Po œmierci ojca artysta ożenił się z Zofiš Stankiewicz i dalej mieszkali tam razem. – Nie była to rezydencja dużych rozmiarów, ale miała pewnš osobliwoœć – wspomina Henryk Waniek. – Dom miał układ amfiladowy i można było kršżyć po nim rowerem wokół niewielkiego patio z nieużywanš od lat studniš. Na osi koła znajdowały się poszczególne pokoje, pracownia Zdzisława, sypialnia, pokój babci, kuchnia itp. To była przestrzeń narażona na nieustanne kolizje, bo żeby na przykład dostać się do łazienki, trzeba było przejœć przez kuchnię i sypialnię. Beksiński już wtedy imponował zmysłem praktycznego organizowania się w każdych, nawet niesprzyjajšcych okolicznoœciach. Stworzył perfekcyjnie przygotowanš przestrzeń do pracy amatora fotografika, następnie rzeŸbiarza, a wreszcie rysownika i malarza. Przeprowadzka do Warszawy, którš najtrudniej zniósł syn Beksińskich, Tomek, była częœciowo wymuszona. W zwišzku z pracami drogowymi ich sanocki azyl został przeznaczony do wyburzenia. Kiedy władze Sanoka zaproponowały rodzinie Beksińskich przeprowadzkę do nowego bloku, ci woleli przenieœć się do podobnego w Warszawie. Jako wziętemu malarzowi i grafikowi powodziło mu się nieŸle, więc nowe lokum na Służewiu nad Dolinkš stworzył z dwóch mieszkań: niewielkiej kawalerki oraz wygodnego M3. Kiedy oprowadzał mnie po swoim labiryncie, nie krył, że mieszkanie jest nafaszerowane technikš. Co ciekawe, już po pierwszym spotkaniu pokazał mi kilka rodzajów alarmów, które w nim zainstalował, a które, jak się potem okazało, nie uchroniły go przed mordercš. Oczywiœcie, instalujšc je, cieszył się jak dziecko, że dysponuje najnowszš technikš, która zawsze była jego konikiem. Pierwsze studio nagraniowe Zdzisław Beksiński zbudował sobie jeszcze w Sanoku w latach 60. Produkował tam specyficzny gatunek nagrań. Jak wspomina Henryk Waniek, był to „rodzaj utworów akustycznych, które nie były stricte muzykš, chociaż się do niej zbliżały. Rodzaj modyfikacji dŸwięków naturalnych, który dawał czasami interesujšce efekty. Kiedy wraz z dokumentalistš Maciejem Starczewskim z TVN 24 słuchaliœmy ich u artysty na Ursynowie na poczštku XXI wieku, sprawiały wrażenie utworów komputerowych". Beksiński starał się być na bieżšco z nowinkami techniki. Kiedy umówił się z ekipš TVN 24 na wywiad w swoim mieszkaniu, dokładnie obejrzał przyniesiony przez nich sprzęt. Wymienił uwagi na temat jego jakoœci i przypomniał, że sam skonstruował kilka urzšdzeń, z których był dumny. Pamiętam, jak we wnętrzu starego, od dawna nieużywanego odbiornika radiowego umieœcił najnowoczeœniejszš technikę. Dawało to efekt pełnego zaskoczenia. To tak, jakby za fasadš poczciwej Szarotki, czyli pierwszego polskiego przenoœnego radioodbiornika lampowego z lat 50. ub. wieku, kryło się nowoczesne japońskie cacko z najwyższš jakoœciš dŸwięku. Jedna z koleżanek opowiadała mi zabawnš historię, Kiedy po zakończeniu wywiadu stwierdziła z przerażeniem, że nic się jej nie nagrało, Beksiński popatrzył na niš tajemniczo i z uœmiechem stwierdził: Pani się nie nagrało, ale mnie się pewnie nagrało i spokojnie wycišgnšł spod stołu kasetę ze swoim nagraniem, które nie uprzedzajšc rozmówczyni, robił równolegle z niš. Jesteœmy bandš mutantów Moje wizyty u Zdzisława Beksińskiego wišzały się z przygotowywanym projektem „W stronę Schulza": rodzajem artystycznego dialogu współczesnych twórców z wyobraŸniš Brunona Schulza. Zdzisław Beksiński był jednym z pierwszych artystów, którego pragnšłem do tego dialogu pozyskać, bo jak słusznie twierdził Franciszek Starowieyski – duch Schulza, jego sadomasochizm widoczny jest w wielu pracach Beksińskiego: grafikach, fotografiach, obrazach. – Z Schulzem wišzały mnie przede wszystkim pewne odchylenia w dziedzinie erotyki – powiedział mi Beksiński. – Kiedy uœwiadomiłem sobie, co rysował, jak to robił, co chciał ukryć w tych rysunkach, pomyœlałem, jak wiele nas łšczy. Po prostu swój pozna swego. Ale nie ma się co dziwić. Wszyscy jesteœmy bandš mutantów, w której tak naprawdę każdy trochę różni się od sšsiada przyzwyczajeniami, zapotrzebowaniami, oczekiwaniami. I w tym kontekœcie nie tylko ja mogę czuć się krewnym Schulza. Beksiński bardzo starannie wyselekcjonował prace, które postanowił wypożyczyć na poznańskš edycję schulzowskiej wystawy. Zaczšł od zdjęć. Pokazał kilka aktów, którymi zasłynšł w latach 50. i 60. Kobiety na nich przedstawione, głównie te o doœć obfitych kształtach, były spętane sznurem i drutem i wyglšdały niczym gigantyczne szynki czy balerony. Na grafikach z kolei przypominały dzikie bestie, z których wychodziły demony. Były tak mocno zdeformowane, że czasem miało się wrażenie, że to zdezelowane roboty przeznaczone na wysypisko œmieci. Prawdziwie schulzowska wyobraŸnia objawiała się także w obrazach olejnych, zgromadzonych w kolejnym pokoju artysty. Te pełne ekspresji i grozy kompozycje figuratywne bliskie były zwłaszcza œwiatom opisanym w „Sanatorium pod klepsydrš". „Mówić o swoich obrazach to tak, jak chcieć oglšdać własne ucho bez pomocy lustra" – przyznał Beksiński. „Ja nie wiem, jak to ludzie widzš, bo siedzę w œrodku. «Sanatorium pod klepsydrš» Schulza operuje konwencjš snu. I to także jest mi bardzo bliskie. Myœlę nawet, że to najdoskonalszy w naszej literaturze sposób opisania snu". Pokazujšc oleje rodem z horrorów, Beksiński przypomniał też, że robišc serię zdjęć zaroœniętego cmentarza żydowskiego na warszawskiej Woli, zainspirował Henryka Wańka do namalowania obrazu „Epitafium dla Schulza", artysty, który w rodzinnym Drohobyczu nie ma nawet symbolicznego grobu. Obraz przeznaczony był dla Jonasza Kofty, choć nigdy do niego nie dotarł. Opowieœci z krypty Beksiński w swoim „mrocznym, mrocznym domu" na Służewiu nad Dolinkš sprawiał wrażenie człowieka bezpoœredniego, trochę misiowatego. A miał przecież za sobš dwa tragiczne wydarzenia. Po długiej chorobie i cierpieniu zmarła jego żona. A potem targnšł się na życie jedyny syn Tomek. Nie była to zresztš pierwsza próba samobójcza Beksińskiego juniora, popularnego prezentera radiowej Trójki, cenionego i błyskotliwego tłumacza, który pod koniec krótkiego życia na przełomie 1998 i 1999 roku w piœmie „Tylko Rock" publikował felietony opatrzone wymownym tytułem „Opowieœci z krypty". Były wœród nich: „Martwy krab", „Odsuńcie ode mnie ten komputer goryczy", „Patetyczny bękart", „Shit przyszłoœci" czy „Jaszczurka w bidecie". Po obejrzeniu filmu „Kobieta wšż" zafascynowały go horrory i tematyka funeralna. Zaczšł pisać z dużš częstotliwoœciš kryminały. Jeszcze jako nastolatek próbował popełnić samobójstwo. Wtedy uratował go ojciec. Mówiło się, że kawalerka, którš młody Beksiński zajmował w Warszawie, była cała wymalowana na czarno, ze szczelnie zasłoniętymi oknami. – Wokół Tomka narosło wiele legend i uproszczeń, tak jak ta o czarnych œcianach – uważa Piotr Stelmach z radiowej Trójki. – Trudno mówić o Tomku jako o typowym pracowniku Trójki – dodaje znany prezenter. – Pojęcia typu „pracownik", „kariera", „zatrudnienie", „etat" były całkowicie sprzeczne z jego widzeniem œwiata. Nie cierpiał komputerów, wszelkich nowinek technicznych i gadżetów. Uważał, że bardziej utrudniajš życie, niż mu pomagajš, twierdził wręcz, że prowadzš do pewnego „skatalogowania" życia. A jednoczeœnie nie znałem człowieka, który miałby życie skatalogowane tak jak Tomek. To były pliki ustawione w œcisłym porzšdku chronologicznym. Pytany o gusty muzyczne Tomasza Beksińskiego, Piotr Stelmach odpowiada: – Tomek pod względem mentalnym był pięknym œwirem. Okreœlenie „inny" pasuje do niego jak żadne inne. Miał swój œwiat, co nie znaczy, że był nieprzemakalny. Z jednej strony życie Tomka usłane było ideałami, pięknymi, jasnymi i bardzo konkretnymi, a z drugiej – sam był labiryntem mentalnym. Krzyżówkš, do której nie ma haseł, ponumerowanych pól i dobrych podpowiedzi. Podejrzewam, że sam nie potrafił jej do końca rozwišzać, już nie mówišc o innych, którzy próbowali do niego dotrzeć. – Kiedy wszedłem w bliższe relacje z Beksińskimi, jeszcze wówczas mieszkajšcymi w Sanoku, Tomek był kilkuletnim, bardzo żywym i ciekawym œwiata jedynakiem – wspomina Henryk Waniek. – Ojciec wyraŸnie mu imponował. Już jako szeœciolatek zaczšł na maszynie do pisania Zdzisława wydawać własne pismo. I właœciwie mogło się wydawać, że, jak to bywa z jedynakami, dorasta w cieplarnianej atmosferze, gdzie chucha się na niego i dmucha, gdzie dziecko jest najważniejsze. Zosia naprawdę była troskliwš i ukochanš matkš, ale nie mogła zapomnieć, że pierwsze miejsce w tym domu zajmuje Zdzisław. Jako typowy, anegdotyczny wręcz artysta był ogromnym egotykiem. Oczywiœcie kochał syna, który starał się w wielu rzeczach go naœladować, ale widział jego miejsce w szeregu – mówi Henryk Waniek, a wspominajšc Tomasza, dodaje: – Przez dwa lata użyczałem Tomkowi swego mieszkania w Katowicach. To nie był łatwy partner we wspólnym życiu. Przy swoim zamiłowaniu do muzyki rockowej potrafił o pierwszej czy drugiej w nocy odtwarzać na pełen regulator płyty w 10-piętrowym bloku mieszkalnym. Ta dzika dyskoteka była zmorš nie tylko sšsiadów, ale całej okolicy. Żadne próby perswazji nie odnosiły skutku. On po prostu nie miał œwiadomoœci istnienia w jakimkolwiek układzie zbiorowym. Tomasz studiował filologię angielskš, której nie skończył, ale mimo to wcišż doskonalił swój angielski i stał się œwietnym tłumaczem. Opracował listy dialogowe do wielu filmów. Przetłumaczył m.in. wszystkie ówczesne produkcje o Jamesie Bondzie, Harrym Callahanie i niemal całego Monty Pythona, którego był goršcym miłoœnikiem. W bogatym dorobku translatorskim znalazło się też kilkadziesišt innych filmów, między innymi takie hity, jak: „Milczenie owiec", „Dzikoœć serca", „Robin Hood, ksišżę złodziei", „Czas apokalipsy", „Ptasiek", „Dracula", „Frankenstein", „Smętarz dla zwierzaków". W pewnym momencie – zdaniem Henryka Wańka – u Tomka zaczęła się budować chorobliwa aksjologia, obsesyjne skupienie uwagi na absurdalnoœci istnienia. Tomek uznał, że skoro nasze istnienie traci wartoœć i sens, jeœli ma miejsce w absurdalnej rzeczywistoœci, to jedynš naszš odpowiedziš na to może być samobójstwo. Wielokrotnie podejmował takie próby. Jako 16-latek próbował otruć się gazem i zażył dużš dawkę œrodków nasennych. Dowodem obsesyjnego zainteresowania własnš œmierciš jest również fakt, że majšc 18 lat, rozwiesił w rodzinnym Sanoku własne klepsydry. W 1988 roku przeżył katastrofę lotniczš w Białobrzegach pod Rzeszowem, w której zginęła jedna osoba, a kilka zostało poważnie rannych. To była trauma, z którš nie mógł sobie poradzić do końca życia. Nigdy póŸniej nie wsiadł do samolotu. Złe Wigilie 24 grudnia 1999 roku Tomasz Beksiński popełnił samobójstwo. Wczeœniej niedwuznacznie pożegnał się ze œwiatem. W ostatnim felietonie napisał „Za bardzo zbliżyłem się do jšdra ciemnoœci, niczym pułkownik Kurtz". A w radiowej Trójce powiedział słuchaczom na zakończenie audycji: „To była ostatnia audycja w tym roku, a może ostatnia w ogóle". – Nigdy nie zgadzałem się z decyzjš, którš podjšł – twierdzi Piotr Stelmach. – Myœlę, że – mówišc językiem, którego nie znosił – brakowało Tomkowi jednego porzšdnego zresetowania twardego dysku. A to mógł osišgnšć poprzez znalezienie prawdziwej miłoœci. Takiej, która nie byłaby obarczona żadnymi regułami, wolnej od modnych dziœ układów, niezdrowych podchodów, interesownoœci. Gonišc za tym przez całe krótkie życie, wiedział, że kobieta, którš sobie wymarzył w najdrobniejszych detalach, musi spełniać œciœle okreœlone warunki i nie mogła być inna. – Nie wierzę, by sztuka miała możliwoœci kształtowania umysłowego jednostek czy zbiorowoœci. Uważam, że jest raczej pewnego rodzaju estetycznš fasadš, której znaczenie jest grubo przeceniane – uważa Henryk Waniek. – Sš jednak przypadki przeczšce takiemu poglšdowi. Możliwe, że pewnego rodzaju smak, zainteresowania literackie i muzyczne, słaboœć do horrorów czy artystycznych mitologii zwišzanych ze spirytualizmem i wampiryzmem, które Zdzisław Beksiński traktował z entuzjazmem, ale też z dystansem i szczyptš ironii, nie pozostały bez wpływu na syna. Zdzisław oglšdał filmy, w których dominowała atmosfera horroru, łšczył to z podobnymi upodobaniami muzycznymi i literackimi. Drogš dyfuzji przeszło to na Tomka, który nagle – jak myœlę – bardzo serio zaczšł traktować te motywy. Uważał się za rycerza nieistniejšcego zakonu wampirystów, zaopatrzył się w stosowny kostium i czasem dla zabawy demonstrował swoje przeœwiadczenia. Dojrzewała w nim potrzeba zakomunikowania œwiatu o sobie, o swoim istnieniu, o swoim potencjale, który był jednak mocno nieokreœlony, bo słuchanie i propagowanie muzyki to nie jest jeszcze żadna kreacja ani ekspresja osobowoœci. Zdzisław Beksiński, kiedy wspominał syna, zawsze patrzył w okno. Niewiele o nim mówił. Ja też w czasie spotkań z nim w „mrocznym, mrocznym domu" nie œmiałem poruszać tego tematu, wiedzšc, że jest zbyt bolesny. Beksińskich „mroczny, mroczny dom" przeżył wiele tragedii. Przez pewien czas jasnym promieniem była w nim żona artysty Zofia. Inteligentna, wrażliwa, dobrze zapowiadajšca się romanistka, która gdy jeszcze w Sanoku stałš się paniš Beksińskš, zrezygnowałš z wszelkich ambicji naukowo-dydaktycznych, by oddać się mężowi oraz ukochanemu jedynakowi, który to oddanie z całš premedytacjš wykorzystywał. W pewnym okresie sprawdziła się jako najczulsza sanitariuszka, która doglšdała złożone chorobš i cierpieniem matkę i teœciowš. Potem sama długo chorowała, a jej oddanie Beksiński docenił tak naprawdę dopiero wtedy, gdy stał się wdowcem. Nie kryłem zaskoczenia, gdy w jego pracowni na najbardziej widocznym miejscu zobaczyłem przypiętš pinezkš kopertę z odręcznym napisem „Testament". – Pana to dziwi? – zapytał Beksiński. – Kiedyœ myœlałem, że zarówno częœć obrazów, jak i płytotekę, którš gromadziłem przez lata, przekażę Tomkowi. Teraz, kiedy właœciwie jestem sam, sprawa jest prosta. Jeszcze za życia żony uznaliœmy, że obrazy przekażemy do Sanoka. Wiem, że muzeum się nimi dobrze zaopiekuje. Teraz mam minimalne potrzeby, więc jakoœ wišżę koniec z końcem. Zaskakujšca była zawartoœć lodówki. Te same starannie ułożone w kostkę puszki – zdaje się z wołowinš. A na drzwiach bateria puszek coli. Żadnych warzyw, owoców, masła czy chleba. Wielka instalacja ułożona z matematycznš dokładnoœciš. – Nigdy nie widziałem tak „skatalogowanego mieszkania" – przyznawał Maciek Starczewski po jednej z pierwszych wizyt u Beksińskiego. – Szalony artysta pogršżony w pełnym grozy i fantasmagorii œwiecie i niezwykle, wręcz sterylnie, uporzšdkowany człowiek. Groza wyobraŸni, jak z najbardziej mrocznego sennego koszmaru Beksińskiego artysty, a z drugiej strony obsesyjne wręcz dšżenie do porzšdku, rzadko spotykanej pedanterii Beksińskiego człowieka. Spokojnego, czasem wręcz z poczuciem humoru. Kiedy weszliœmy do kuchni, zaproponował herbatę, a potem dodał: – Jeden z moich menedżerów wpadł na pomysł, by wœród gadżetów towarzyszšcych wystawom były filiżanki i koszulki z motywami obrazów. Uznałem, że moje obrazy na filiżankach byłyby przesadš. Przyzna pan, że dziwnie by brzmiało „wypić z Beksińskiego". Żeby menedżer nie czuł się całkiem przegrany, zgodziłem się na koszulki. Taki mały kompromis. Beksiński miał duszę samotnika, ale jak podkreœlali sšsiedzi, był otwarty na ludzi. I ta otwartoœć w końcu go zgubiła. Kiedyœ wynajšł człowieka do drobnych prac remontowych. Ponieważ się sprawdził, zlecał mu kolejne zadania i traktował jak złotš ršczkę. Rodzina nowo poznanego zwietrzyła w znajomoœci z uznanym artystš dobry interes. Już wkrótce żona zajmowała się robieniem zakupów i sprzštaniem, a niedługo potem znalazło się zajęcie dla syna. Beksiński coraz gorzej znosił tę nadgorliwš opiekę pasożytujšcych na nim ludzi, wpędzajšcych go w coraz większe koszty. Czuł się osaczony. Syn rzemieœlnika, kilkakrotnie przyłapany przez Beksińskiego na drobnych kradzieżach, nie miał skrupułów, by oprócz zawyżonego wynagrodzenia pożyczać od niego pienišdze. Aż wreszcie kiedy zdenerwowany artysta odmówił – tamten z zimnš krwiš go zamordował, zadajšc 21 lutego 2005 roku ponad 20 ciosów nożem. Potem na warszawski Służew nad Dolinkš podjechało kilka tirów z muzeum w Sanoku. Załadowano do nich wszystko, co znajdowało się w mieszkaniu zamordowanego. Zgiełk, spaliny, trochę œmieci – taki był koniec „mrocznego, mrocznego domu".    
ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL