Plus Minus

Do księdza Oko

Joanna Szczepkowska
Fotorzepa, Darek Golik DG Darek Golik
Drogi księże, witam w klubie. Został ksiądz publicznie zdiagnozowany jako jednostka poza normą psychiczną.
Jest ksiądz pasowany na dewianta seksualnego. Ja mam skromniejszą diagnozę: należę do jednostek „oderwanych od rzeczywistości", do tych, które krytykują środowiska homoseksualne, bo same nie znają swojej tożsamości.
Aż za dobrze znam konsekwencje takiego pasowania i wiem, jak potrzebne są wtedy proste słowa. Nie wystarczy pokrzepienie od zwolenników. Szybko wśród nich znajdują się ekstremiści, dziwacy, szaleńcy, z którymi nie ma się nic wspólnego. Potrzeba prostych słów od kogoś niezależnego, nieuwiązanego politycznie. Wiem, jak bardzo, więc piszę: nie jest ksiądz wariatem ani dewiantem. Można się z księdzem zgadzać lub nie, ale poglądy i wiedza księdza nie dowodzą żadnego zwichrowania. Niestety, coraz częściej w polskiej polemice sięga się po argument żywcem ze Związku Radzieckiego, gdzie opozycjonistom wkładano kaftany bezpieczeństwa. Trzeba o tym mówić, trzeba to wskazywać, jeśli się tego doświadcza.
Co do gender: wygląda jak rozsypane puzzle bez pudełka. Jedni widzą w nich destrukcyjny porażający obraz, drudzy budującą wizję przyszłości, ale tak naprawdę nikt nie wie, jak całość wygląda. W medialnych dyskusjach sprawa jest albo zakrzyczana, albo rozchichotana. Wśród argumentów „za" szczególną moją sympatię wzbudził Seweryn Blumsztajn, który rozwodził się nad tym, że „studiował na uniwersytecie katolickim"... A co to ma do rzeczy? Agnieszka Holland twierdzi, że chodzi o równouprawnienie kobiet. Co ma walka o równouprawnienie do badania roli płci? Mam wrażenie, że to się nazywa ideologia. Gender jest podobno nauką. Czy w nauce jest miejsce na walkę o równouprawnienie kogokolwiek? Tak, gender przenika do struktur Unii Europejskiej. Jestem za Unią, z jednym jednak zastrzeżeniem – tworzą ją tylko ludzie. Mogą dać się zwieść niejasnym trendom i kiedy trzeba będzie powiedzieć „sorry, taki klimat", może być za późno. Nie miałam pojęcia o żadnym gender, kiedy w jednym z teatrów zaczęłam próby do  przedstawienia, w którym reżyser dwóm młodym aktorom kazał czołgać się po podłodze ruchem robaczkowym. Nie moja sprawa, skupiałam się na tworzeniu roli, za którą potem zresztą byłam nominowana do Feliksów Warszawskich. Kiedy przyszło do pierwszej próby kostiumowej, dwaj mężczyźni wpełzli na scenę w sukienkach. Spektakl był odjechany, więc i tak może być. Rzecz w tym, że to były sukienki dla małych dziewczynek. Muszę powiedzieć, że  widok dwóch facetów przebranych za kilkuletnie dziewczynki był wyjątkowo obrzydliwy. Wreszcie spytałam reżysera, co to jest, a odpowiedź była taka: – To nowy człowiek. Mój wstręt do takiej wizji przyszłości był tak silny, że odmówiłam brania udziału w jakichkolwiek epizodach, w których moja postać zetknie się na scenie z „człowiekiem przyszłości". Nie kojarzyłam tego z żadną ideologią. Coś jednak było nie tak. Bardzo nie tak. W tym samym teatrze poproszono nas, żebyśmy po spektaklu spotkali się ze studentami. Idąc na to spotkanie, nie wiedziałam, czy to studenci archeologii, czy matematyki. To było gender. Spotykam się często z młodzieżą, jednak wtedy pierwszy raz zadawano mi pytania, których nie mogłam zrozumieć. Żartobliwie prosiłam o przetłumaczenie, ale nikt się nawet nie uśmiechnął. Co jest...? – myślałam. Kto wciska tym młodym ludziom pseudonaukową nowomowę, kto ich wikła w poczucie intelektualnego wtajemniczenia? Dlaczego nie mają w sobie zadziorności, nieufności, poczucia siły własnego świata, jakie zwykle mają studenci? W tym samym teatrze zorganizowano debatę feministyczno-genderową i poproszono mnie o zapowiedź. Uprzedziłam, że mam zastrzeżenia wobec debat w soboty wieczorem, kiedy teatr powinien grać, i moja zapowiedź może być nieprzyjemna. Zbagatelizowano to. Weszłam na scenę, powiedziałam, co myślę, i wyszłam z teatru przez widownię. Przy drzwiach usłyszałam, jak jedna z uczestniczek mówi do mikrofonu: – To, co powiedziała pani Szczepkowska, to dyskurs obowiązujący. Przetłumaczę: to znaczy, że ja reprezentuję nurt grzeczny i oficjalny, a one postępowe podziemie. No, tylko że to ja byłam poza sceną, pozbawiona pracy, a one, dzięki naszym podatkom, mogły siedzieć na moim miejscu i przemawiać. To kto jest „dyskursem obowiązującym"? Drogi księże. Wypowiedź księdza o seksie homoseksualnym była, łagodnie mówiąc, po bandzie. Mógł się ksiądz powstrzymać, chociaż to, co geje potrafią powiedzieć o fizjologii kobiet, może z księdza słowami konkurować. Mimo to popieram otwartość. W ramach „dyskursu obowiązującego" mamy, zdaje się, szczerze, jak najszczerzej, rozmawiać o seksie. Mamy kilkulatki wprowadzać w temat masturbacji. Dlaczego więc nie możemy rozmawiać szczerze o konsekwencjach seksu analnego? Przecież one istnieją. Czy będzie o tym w szkołach? Wiem. Będę zrównana z posłanką Pawłowicz. A mimo to pytam. Dlaczego seks analny jest tabu? Drogi księże. Jest ksiądz normalnym, spokojnym i zrównoważonym człowiekiem. Pytania do księdza o intymne doświadczenia z okresu dojrzewania  nie mają żadnego związku z pytaniami o program nauczania naszych dzieci. Wiedza księdza z zakresu seksualności nie jest wynikiem chorej natury, tylko uczciwości. W odróżnieniu od wielu innych księży, stara się ksiądz intuicję poprzeć wiedzą, stąd oczytanie i konkretne cytaty. Jestem przekonana, że gdyby się ksiądz zajął gazem łupkowym, a nie gender, to też by ksiądz czytał na ten temat. Drogi księże, nie jest ksiądz sam. Jest jeszcze niewielka pozaparlamentarna grupa wariatów, do której należę. Nie znamy się osobiście, nie organizujemy zebrań – łączy nas tylko nieoficjalnie zdrowy rozum.
Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL