Rozmowa "Rz"
Czuję się doceniona
Wciąż pozostaje jedyną polską wokalistką, która może się pochwalić światową karierą. Zaśpiewa w zabrzańskim Domu Muzyki i Tańca (5.10), stołecznej Sali Kongresowej (6.10) i poznańskiej Auli UAM. (7.10). Będzie u nas nagrywać płytę live. A przed występami opowiada „Rz” o swoich spotkaniach z gwiazdami
Często zdarza się pani zauważać na widowni gwiazdy?
W Nowym Jorku bardzo ucieszyła mnie wizyta Danny'ego de Vito, który przyszedł z żoną Rheą Perlman, również aktorką. Wpadli do garderoby. Było bardzo wesoło. W Santa Barbara przyjechał na nasz koncert Michael Douglas. Przywiózł autobusem rodzinę i przyjaciół. Ale nie przyszedł się ze mną przywitać. Może mu się nie podobało?
Pewnie był onieśmielony.
Raczej to jego obecność mnie zdekoncentrowała. Powiedziano mi, że jest, gdy wchodziłam na scenę. Stremowałam się. Uwielbiam odwiedziny Glorii Estefan. Zawsze, gdy jestem w Miami, przychodzi pogadać. Mówi, że jest moja fanką. To niesamowicie skromna osoba. Równa babka!
Czy miała pani jakieś zaskakujące gratulacje?
Podczas wywiadów w Paryżu, zadzwonił telefon. „Cześć, tu Lisa Minnelli”, przedstawiła się rozmówczyni. Pomyślałam, że ktoś robi mi głupi żart. Ale to naprawdę była ona. Koniecznie chciała, żebyśmy się zobaczyły. Zatkało mnie jeszcze bardziej. Przyjechała do hotelu, gdzie spotykałam się z dziennikarzami. Na przywitanie zaśpiewała mi wprost do ucha jedną z moich piosenek „Baby, You're Mine”. To było bardzo fajne przeżycie.
Gdzie widziała pani najbardziej obskurną garderobę?
Nie chciałabym nikogo urazić, ale najskromniejsza była w paryskiej Olimpii, co jest zaskakujące, jeśli wziąć pod uwagę wielką sławę tego miejsca i prestiż gwiazd, jakie gości. Myślę, że w polskich domach kultury jest lepsze zaplecze. Naprawdę byłam zszokowana. Rozmawiałam potem z wieloma artystami i mieli podobne wrażenia. Nie mogłam sobie wyobrazić występującej tam Edith Piaf. Nigdy nie śpiewałem w Carnegie Hall, ale słyszałam, że tam jest równie ubogo. Może dlatego, że wszystkie te sale mają swoje lata.
A występ w której z prestiżowych sal sprawił pani największą satysfakcję?
Zaszczyciło mnie zaproszenie do Radio City Hall w Nowym Jorku. Wszyscy chcą tam występować i o wolne terminy jest bardzo trudno. Dlatego mogliśmy zagrać tylko dwa koncerty. Bilety sprzedały się szybko, a przed występem pokazano mi gazetę ze zdjęciem „koników” rozprowadzających wejściówki z wielokrotnym przebiciem. Poczułam się doceniona. Ucieszyło mnie też zaproszenie do tokijskiej sali Budokan.
Wszyscy najwięksi, w tym Clapton, Deep Purple, nagrali tam koncertowe płyty
To miejsce o świetnej akustyce i dysponuje dziesięcioma tysiącami miejsc. Nigdy nie zapomnę też występów na Broadwayu. W jednym z teatrów mieliśmy zakontraktowane dwa tygodnie. Sala mieściła tysiąc dwieście widzów, atmosfera była kameralna, niemal rodzinna, niektóre twarze widziałam po kilka razy. Właśnie tam nagraliśmy płytę live. Fantastycznie było przez dwa tygodnie chodzić do pracy na Broadway. Czułam się jak rodowita nowojorka.
Jakie było najdziwniejsze miejsce, w którym pani koncertowała?
Najbardziej egzotyczna i pełna kontrastów była Manila na Filipinach. Nie wiedziałam, czego się spodziewać: rynek fonograficzny nie wykazywał żadnej sprzedaży płyt. Chwilami czułam się jak w horrorze, chwilami jak w bajce. Przejeżdżaliśmy ulicami między ludźmi mieszkającymi w kartonach, tymczasem mnie podejmowano w ekskluzywnym apartamencie, gdzie wszystkie przedmioty miały wygrawerowane albo wypisane złoconymi literami moje imię. Wystąpiłam w nieklimatyzowanej hali. Było koszmarnie duszno. Ale okazało się, że Filipińczycy, pomimo biedy, mają uśmiechy od ucha do ucha, i są niezwykle muzykalni. Śpiewali wszystkie piosenki od początku do końca. Tak głośno, że chwilami mogłam zamilknąć. Po koncertach album „Time And Tide” sprzedawał się niezwykle dobrze i dostał Złotą Płytę, co było wielką niespodzianką. Po występach w Polsce jadę do Manili ponownie. Zobaczymy, co się tam zmieniło.
A gdzie publiczność reaguje w najbardziej zadziwiający sposób?
Mój zespół był zawsze zaskoczony rodzajem przyjęcia w niektórych salach w Japonii, gdzie publiczność przychodzi ubrana elegancko, a jej brawa są stonowane, bo inaczej nie wypada. Zachowanie młodych japońskich fanów też bywa zaskakujące. Dziewczyny na widok gwiazdy wybuchają płaczem. Bierze się to z wielkich emocji, których nie mogą okazać, bo trzeba zachować fizyczny dystans.













