Sport

Cudowna noc

Stefan Szczepłek
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Adidas zaprosił dziennikarzy, by przetestowali piłkę Brazuca.
Pierwsza myśl: idę. Znam wszystkie piłki mundiali ostatnich pięćdziesięciu lat, więc muszę poznać i tę. Druga myśl: nie idę. Nie będę się wygłupiał. Nie mam fragmentu kręgosłupa na odcinku L4-L5, mam natomiast biodro z tytanu, a w kieszeni skierowanie na test wysiłkowy.
Ostatni mecz rozegrałem, kiedy redakcyjny kolega Michał Kołodziejczyk chodził do podstawówki, a Leo Messi miał pięć lat. Było to w roku 1992, podczas mistrzostw Europy w Goeteborgu. Dziennikarze Szwecji kontra Reszta Świata. Najpierw Bjoern Nordqvist sieknął mnie w polu karnym, a potem wraz z Ralphem Edstroemem, w dowód uznania, znieśli mnie z boiska. Trzecia myśl: a właściwie dlaczego mam nie iść, skoro testy odbywają się tuż obok domu, na moim Ursynowie.
Do wyboru miałem buty fioletowe, niebieskie, zielone i różowe. Wszystkie z bliżej nieokreślonego tworzywa. Niestety, w moim rozmiarze były tylko różowe predatory. Różowe. Boże, jaki obciach. W dodatku sznurowane z boku, czego nie lubię. Ale jest przyjemnie, bo w szatni i na boisku sami koledzy. Podczas jednego z testów walili tak mocno, że gdybym stał na linii strzału, to urwaliby mi głowę. Ja, gdybym chciał tak samo, urwałbym sobie nogę. Potem graliśmy na małe bramki. Mnie przypadł przeciwnik na oko o 40 lat młodszy, mówię instruktorowi, że to nie ma sensu. A on mi na to, że jestem przecież doświadczony. Wychodzę więc (bo raczej nie wybiegam) na boisko i nagle dzieje się coś niezwykłego. Człowiek sobie wszystko przypomina. Wiesz, jak się ustawić, gdzie zaatakować. Cała filozofia w takiej grze to podpuścić przeciwnika, żeby strzelił i nie trafił. Wtedy już go mam. Kiedy do naszej redakcji „Piłki Nożnej" przychodzili piłkarze, poddawaliśmy ich prostemu testowi. W wąskim korytarzu, z odległości ok. 20 metrów musieli trafić piłką między nogi krzesełka. Kazik Deyna i Benio Blaut trafili bezbłędnie. Ja też nie byłem ostatni, więc kiedy teraz rozpoczynałem grę, nie wdawałem się w dryblingi, które bym przegrał, tylko waliłem z daleka. Młody wyjmował piłkę z siatki, złościł się, ale miał zwód tylko w jedną stronę, więc odebranie mu piłki nie stanowiło problemu. – A nie mówiłem – rzucił instruktor. W grze czterech na czterech byliśmy w jednej drużynie z Michałem Kołodziejczykiem. Siedzimy obok siebie w redakcji i teraz wspólnie wygraliśmy. Duża przyjemność. Szatnia piłkarska to jest najprzyjemniejsze miejsce na świecie. Powrót do niej po latach wyzwala niezwykłe emocje. Woda pita ze wspólnej butelki, porozrzucane korki, getry zdjęte na lewą stronę, ręczniki na biodrach, para docierająca tu spod pryszniców. Rozmowy. Zapach potu połączony z dezodorantem. Brakuje tylko maści kamforowej, a czułbym się jak dawniej. Przez resztę dnia nogi nie chcą się podnieść. Potem cudowna bezsenna noc, w której widzi się wszystkie swoje zagrania i walczy ze skurczami mięśni. Tak samo jak wtedy, gdy debiutowałem w Falenicy przeciw Józefovii. Pierwszy raz z numerem na koszulce (8) i w starych, ale prawdziwych, czarnych, skórzanych korkach po Mańku Wróblu, który poszedł do wojska albo siedzieć. Nie pamiętam, miałem wtedy 15 lat. Fajna ta Brazuca.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL