Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Plus Minus

Potęga mitu

Taka gmina: Malownicze, kresowe błoto w latach 30.
Muzeum Literatury/East News
Na dawnych Kresach żyją obecnie inne narody, z których większość nie pamięta polskiej obecności, a jeżeli pamięta, to stara się ją – czasami brutalnie – z pamięci wymazać. Należy to traktować z zimną krwią – jako sprawy drugorzędne, mimo że emocje mówią coś innego. Bo Kresy to przede wszystkim źródło kultury koniecznej do samoidentyfikacji Polaków.
W literaturze angielskiej najwięksi patrioci to ci urodzeni na brytyjskich „Kresach", od Indii (Rudyard Kipling) po Szkocję (Arthur Conan Doyle).  We Francji, pomimo flirtu z marksizmem, urodzony w Algierii Albert Camus pozostał przez całe życie zdecydowanym frankofilem. W Niemczech Prusacy (pisarze i zwykli obywatele) byli i są o wiele bardziej patriotyczni, żeby nie powiedzieć szowinistyczni, niż mieszkańcy Nadrenii.

Podobnie jest w Polsce. Do wieku XX polska literatura toczy się głównie na Kresach. To tam żyli i walczyli Kmicic i Skrzetuski, Pan Tadeusz i Pan Wołodyjowski, Beniowski i Salomea ze „Srebrnego Snu...". Niektórzy Polacy odbierają to neurotycznie, jak gdyby wstydząc się tego, że reprezentują pod tym względem europejską normę. Ale nic w tym dziwnego ani gorszącego, że kultury ekspansywne (a do takich należała kiedyś kultura polska) mają swoich wybitnych przedstawicieli właśnie na „Kresach" lub traktują „Kresy" jako centrum swoich powieściowych narracji. Dla Polski istnieją dodatkowe powody, aby pamiętać o Kresach. Są one, jak to ujął Timothy Snyder, ziemiami „skrwawionymi" – skrwawionymi w znacznej mierze polską krwią.  Wprawdzie niektórzy Francuzi urodzeni w Algierii doświadczyli straszliwego barbarzyństwa przed śmiercią z rąk swoich byłych podwładnych, a wycofywanie się z kolonii angielskich też nie obyło się bez zabójstw byłych kolonizatorów – jednak procent Polaków wymordowanych na Kresach przekracza wielokrotnie procent Francuzów czy Anglików, którzy stracili życie w byłych koloniach. Tu trzeba się pochylić nad nieprzyjemną prawdą. Nie bez kozery Kresy kojarzą się z kolonializmem. Po rozbiorach Polski, gdy polska kultura przestała przyciągać Ukraińców, Litwinów i Białorusinów, gdy było już za późno na pełną polonizację Kresów, te budzące się do życia narodowości zaczęły patrzeć na Polaków jak na wrogich zaborców – „kolonialistów", jak nauczono ich mówić w wieku XX. Ale ci kolonialiści sami zostali skolonizowani – rozbiory Polski były klasycznym przykładem europejskiego kolonializmu „białych przeciwko białym".  Podczas gdy Francuzi i Anglicy wycofali się z kolonialnych terytoriów i powrócili do swoich zamorskich ojczyzn, Polacy nie mieli dokąd się wycofywać. Kolonie były ich jedyną ojczyzną.
Pod tym względem Polacy na Kresach przypominają Burów w Afryce Południowej: to już nie byli Holendrzy, lecz Afrykanie holenderskiego pochodzenia, których ojczyznę stanowiła Południowa Afryka. Dlatego tak zawzięcie bronili Transwalu i Wolnego Państwa Oranii, w czasach gdy imperium brytyjskie próbowało im tę ojczyznę odebrać. Zwyciężyli Anglicy, łasi na złoto i diamenty. To, co się stało z Burami w Afryce, można porównać do sytuacji Polaków na Kresach – stracili niepodległość. Duża liczba ich kobiet i dzieci zmarła w obozach koncentracyjnych pobudowanych przez Anglików. Tak jest, „wynalazcami" obozów śmierci nie byli Niemcy czy Sowieci, lecz Anglicy – zdjęcia szkieletowatych i umierających dzieci burskich do niedawna można było oglądać w muzeum w Bloemfontein, stolicy Wolnego Państwa Oranii.

Chusteczki do nosa

Nietrudno zrozumieć, dlaczego po skolonizowaniu Polski przez sąsiednie kraje stosunek nie-Polaków do Polaków na Kresach przybrał na wrogości. Kto nie doświadcza satysfakcji na widok upadku możnych? Trzeba być wyjątkowo zdyscyplinowanym moralnie człowiekiem, aby nie cieszyć się z poniżenia tych, którzy przedtem sami poniżali – nawet jeżeli robili to nieświadomie. Tak więc konflikty polsko-ukraińskie i polsko-litewskie były nieuniknione. Państwo polskie albo nie istniało, albo było zbyt słabe (jak to ma miejsce dzisiaj), aby nieść „swoim" pomoc, jak to robiły i robią Niemcy, Wielka Brytania i Francja. Piszę o tym, bo w Polsce czasem patrzy się na Kresy wyłącznie jako na unikatowy produkt polskiej historii, niepodobny do niczego na świecie – terytoria względnie słabo zaludnione i kiedyś pokryte siatką dworów i dworków, arystokratycznych pałaców i barokowych kościołów. I po cichutku mówi się, że Polska niosła tym terytoriom cywilizację. Muszę przyznać, że we wczesnym dzieciństwie doświadczyłam prawdy tych legend; najprzyjemniejsze wspomnienia z przedszkolnego dzieciństwa, mimo że właśnie toczyła się druga wojna światowa, mam właśnie z ziemi kowieńskiej, gdzie mieszkała moja rodzina, zanim została wysiedlona do PRL. Wszystko to bezpowrotnie znikło i zbyt długie pochylanie się nad tą nieobecnością jest moim zdaniem szkodliwe dla Polski i fatalne psychologicznie dla angażującej się w to osoby. Na tych ziemiach żyją obecnie inne narody, z których większość nie pamięta polskiej obecności, a jeżeli pamięta, to stara się ją z pamięci wymazać. Od czasu do czasu słyszy się o wyjątkowo brutalnych metodach tego wymazywania, czy to na Litwie, czy na Ukrainie. Jestem zdania, że należy to traktować z zimną krwią jako sprawy drugorzędne, mimo że emocje mówią coś innego. Dyskryminowanych Polaków należy zachęcać do emigracji do Polski – to przez opuszczenie ziemi ojczystej Anglosasi osiągnęli tak wiele. Czymś zupełnie innym jest kultywowanie tego wspaniałego dziedzictwa, które pisarze kresowi Polakom zostawili. Nie tylko powieściopisarze, ale przede wszystkim teoretycy „dobrego państwa", od Stanisława Orzechowskiego i Augustyna Rotundusa (którego tak chętnie przymierzają do litewskości Litwini), do Piotra Skargi i XVII-wiecznych autorów traktatów o tym, jak być dobrym szlachcicem i dobrym obywatelem, takich jak Wacław Kunicki. W wieku XIX, gdy państwa europejskie na gwałt budowały sobie wspaniałą przeszłość (Terence Ranger pisał o „wynalezieniu tradycji"), polscy zaborcy dokładali starań, aby Polacy o swoim dziedzictwie intelektualnym, zwłaszcza tym kresowym,  zapomnieli.  Tego zapomnienia nie da się odrobić przez ronienie łez nad obrazkami romantycznej Litwy czy Ukrainy. Wpatrywanie się w przeszłość to rozrywka; czytanie dzieł przeszłości to akt dorosłości i odwagi. Prawdziwym polskim dziedzictwem jest słowo pisane, myśl polityczna, zasady moralne – a nie Ikwa, Niemen, błota Polesia czy ukraińskie stepy. Trzeba wreszcie schować chusteczki do nosa.

Naiwność szlachty

Z drugiej strony nieporozumieniem wydaje mi się rzucanie kamyczków na polski ideał życia wiejskiego, ukształtowany w znacznej mierze przez pisarzy kresowych. Takie rzucanie odbywa się m.in. w ciekawej skądinąd książce Jana Sowy „Fantomowe ciało króla". Wprawdzie jej autor pisze o Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a nie o Kresach jako takich, lecz rzut oka na mapę pokazuje, że to „fantomowe ciało" miało być (nie)obecne głównie na terytoriach, które dziś nazywamy Kresami.  Sowa cytuje Marksa bluzgającego na „idiotyzm życia wiejskiego" (str. 226). Ejże! Dzisiaj, gdy mieszkańcy miast cierpią z powodu niszczącego słuch hałasu, gdy dostają chorób nerwowych z powodu sadystycznego zagęszczania zaludnienia w mrówkowcach – czy rzeczywiście można serio mówić o idiotyzmie życia wiejskiego? A co by Sowa powiedział o ideale życia angielskiego, reprezentowanego przez takie pisarki jak Jane Austen? Przecież angielski „manor house" to odpowiednik polskiego dworku,  „country cottage" zaś to wiejska chałupa i do dzisiaj pozostały one przez nikogo niekwestionowanym symbolem tego, co w Anglii najlepsze. I dalej: Sowa z  mściwością pisze o szlachcie i magnatach, dla których najważniejsze były raczej lojalności grupowo-rodzinne niż państwowe (str. 255). Ja tu raczej widzę naiwność polskiej szlachty, która zbyt dosłownie rozumiała słowa modlitwy: „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj". Ta naiwność szlachecka przejawiała się też w beztrosce, z jaką kresowi Polacy traktowali sprawy związane z pieniądzem. A przecież to nie Marks, ale Tomasz z Akwinu zauważył, że najpierw się je, a potem się filozofuje. Ci, w czyich rękach był kapitał i handel, odgrywali w historii Kresów większą rolę niż jakiś tam hrabia czy książę. Sowa myli się, twierdząc, że przywileje na Kresach posiadała tylko szlachta. Wolność od opłat celnych, o której wspomina, otrzymywali od poszczególnych królów czy arystokratów także prominentni Żydzi.  Jak również zwolnienie od podatków czy prawo do monopolu na zbieranie podatków na danym terytorium. Począwszy od roku 1649, Jan Kazimierz i jego następcy stopniowo przekazali w ręce przedsiębiorców żydowskich monopol na produkcję i sprzedaż napojów alkoholowych na całym obszarze Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Była to – bardzo zresztą udana – próba pomocy Żydom w odbudowaniu ich społeczności zdziesiątkowanej rebelią Chmielnickiego. W rezultacie procent Żydów na Kresach zaczął przewyższać znacznie ich procent w pozostałej części Rzeczypospolitej. Wprawdzie przytłaczająca większość Żydów, tak jak i ich katolickich czy prawosławnych sąsiadów, była uboga, ale Jozue Moszkowicz i niektóre żydowskie kahały (gminy wyznaniowe) stali się właścicielami wielkich fortun na Ukrainie. Koniec wieku XVI oraz wiek XVII, czyli okres Sarmacji na Kresach, to epoka często krytykowana przez historyków. Wtedy po raz pierwszy depozyty w kahalnych „bankach" przewyższyły pożyczki, udzielane przez Żydów głównie szlachcie (bo duchowieństwo i arystokracja trzymali w kahałach więcej, niż pożyczali). „Dzieje handlu żydowskiego na ziemiach polskich", opasła książka doktora Ignacego Schipera, wydana w 1937 roku, to w dużej mierze historia polskich Kresów, prawdziwsza od wielu sentymentalnych lub krytycznych dzieł na temat Potockich czy Wiśniowieckich. Jak to się stało, że wiedza tu zawarta nikogo z polskich historyków nie zainteresowała? Że nie stała się fundamentalną częścią wiedzy o Kresach? Jak wielu polskich historyków wyciągnęło wnioski z faktu, że Lazar Mojżeszowicz z Grodna był jednym z zaufanych Jana Kazimierza i że zgromadził niezłą fortunę? Że Jakob Becalel otrzymał od króla Jana III Sobieskiego monopol na zbieranie podatków na Ukrainie, a Icek i Szmerl Zelmanowicze otrzymali taki monopol na Litwie? Jacy to byli ludzie? Co królowi doradzali?

Monopol Żydów

Zksiążki Schipera wyłania się historia Kresów związana tylko pośrednio z wojnami, magnatami i chłopami. Autor pisze o żydowskim monopolu na przechowywanie i wypożyczanie pieniędzy. Dążenie ze strony Żydów do monopolu w tych dziedzinach gospodarki, w których uczestniczyli, potwierdza Bernard Weinryb w swojej historii polskich Żydów. Stereotyp głosi, że kresowa arystokracja, szlachta, duchowieństwo i wieśniacy byli zadłużeni u Żydów. Schiper natomiast twierdzi, że ważniejsza była odwrotna zależność, bo dotyczyła większych sum. Według niego kahalne „banki" były „zadłużone" u tych, którzy tam składali pieniądze, a więc przede wszystkim u arystokracji i duchowieństwa. Królowie, szlachta i biskupi trzymali swoje pieniądze w kahałach i w zamian otrzymywali od 7 do 10 procent rocznie. Tak więc kahalne „banki" były ekwiwalentem rentierstwa dla bogatszej części społeczeństwa nieżydowskiego. Wziąwszy jednak pod uwagę brak asymilacji Żydów w owych czasach oraz brak regulacji prawnych, trudno się nie zgodzić z opinią Schipera, że polityka ekonomiczna polskich królów i arystokracji była „na ogół bezplanowa".  Łagodnie powiedziane. Nieodparcie nasuwają się pytania. W jaki sposób monopol bankowy wpłynął na stosunki pomiędzy polskimi właścicielami ziemskimi a miejscową ubogą ludnością ukraińską, białoruską, litewską, żydowską? Może kluczowym problemem na Kresach nie były stosunki narodowościowe, ale nieumiejętność polskich królów, biskupów i arystokracji takiego ułożenia sobie stosunków ze starszeństwem kahałów, aby obie strony na tym zyskały? Śmiesznie tu wygląda deklaracja Sowy, że „regulacja z 1565 roku [zakazywała] polskim kupcom wyjazdu z kraju i prowadzenia handlu zagranicznego".  Takie regulacje miały już miejsce wcześniej. Według Schipera nie tylko na Kresach, ale i na terenie całej Rzplitej Żydzi zdobyli nieomal monopol na handel zagraniczny już w wieku XIV.

Duma Polaków

Wkońcowej części „Fantomowego ciała króla" Jan Sowa wspiera się lacanowską psychoanalizą, aby udowodnić, że polskiego państwa i tożsamości właściwie nie było. Mógł był również posłużyć się autorytetem Derridy, który starał się wykazać, że Logos nie istnieje – że jest to tylko, mówiąc słowami Ibsena, taka sobie cebula, którą wciąż obieramy z nadzieją, że w końcu znajdziemy coś w środku. Ale w środku niczego nie ma – cebula składa się tylko z łupinek, po otworzeniu ostatniej łupinki nie znajdujemy żadnego środka. Tak patrzą na rzeczy Derrida i Lacan. Otóż wydaje mi się, że jeżeli nasze przesłanki są takie, że nie mamy niczego znaleźć, niewątpliwie niczego nie znajdziemy. Podobnie jest z Kresami. Można je widzieć tylko jako miejsce wyzysku biednych Ukraińców przez bogatych Polaków, jak to czyni marksistowski badacz francuski Daniel Beauvois. Można karmić się resentymentem w stosunku do okresu polskiej prosperity, jak to często czynią polscy historycy. Tymczasem – jak starałam się tu naszkicować – rzeczywistość była skomplikowana. Jeżeli otworzymy się na możliwość innych przesłanek, zauważymy, że polskie Kresy miały i mają jeszcze jeden wymiar. Chodzi o siłę mitotwórczą. Kresy stanowią ważne źródło polskiego słowa pisanego. Odgrywają  rolę podobną do tych mitów, które są dumą Brytyjczyków, od króla Artura do obrony Chartumu. Dostarczyły Polakom dzieł koniecznych dla samoidentyfikacji. Mit Kresów jest odwrotnością tego, co przyniósł komunizm. Autorka jest wykładowcą literatury porównawczej i slawistyki na Rice University w Houston, redaktorem naczelnym kwartalnika „Sarmatian Review". W Polsce ukazały się jej książki: „Trubadurzy imperium. Literatura rosyjska i kolonializm" (2002) oraz „Witold Gombrowicz" (2003)
Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL