Kapitał społeczny w sektach

aktualizacja: 20.08.2013, 19:28
Mateusz Fałkowski
Mateusz Fałkowski
Foto: materiały prasowe

Samo zagrożenie referendum wymusiło pozytywne zmiany w warszawskim ratuszu. To dowód na to, że protesty i mobilizacja są przydatne dla poprawienia jakości rządzenia, a 2 mln złotych na referendum to dobrze wydane pieniądze – pisze socjolog.

Coraz częściej słychać opinie, że poziom konfliktu w Polsce przeszkadza w reformach i modernizowaniu państwa, a obok „dobrej i pożądanej aktywności obywatelskiej” istnieje mobilizacja „zła” („narodowa”, „radiomaryjna”, „związkowa” lub „smoleńska”), która przeszkadza w dobrym rządzeniu. Opinie te prowokują do sformułowania hipotezy odwrotnej: cały czas poziom i zakres protestów oraz mobilizacji społecznej w Polsce jest niski, marsz rodzin Radia Maryja jest tak samo „dobry” jak Parada Schumana, w interesie dobrego rządzenia zaś byłoby mniej spokoju społecznego.

Nowe źródła niepewności

Jako punkt wyjścia do przedstawienia takiego argumentu wykorzystałbym zamieszczony ostatnio w „Rzeczpospolitej” wywiad Elizy Olczyk z Jackiem Kucharczykiem na temat reform i dialogu społecznego w Polsce („RZ”, 27–28 lipca 2013). Jego przesłanie streścić można w następujący sposób: rząd potrzebuje spokoju społecznego, by reformować kraj, zaś nieodpowiedzialni partnerzy społeczni nie chcą mu tego zapewnić.
Dyrektor Instytutu Spraw Publicznych zgadza się wprawdzie, że rząd PO i PSL nie ma wizji i woli politycznej, by konsekwentnie prowadzić dialog społeczny, ale – sugeruje – rząd znalazłby w sobie niechybnie tę motywację, gdyby tylko otrzymał odpowiednie wsparcie od związków zawodowych i organizacji pracodawców. Premier Tusk nie prowadzi co prawda porządnych konsultacji, ale dzieje się tak dlatego, że „nie czuje wsparcia ani po stronie związków, ani pracodawców”, a partnerzy społeczni „lokują swoje priorytety nie tam gdzie trzeba”.
Ruchy społeczne – niezależnie od tego, czy to „mobilizacja smoleńska", „feministyczna", „Ratujmy maluchy", marsz 11 listopada, parada równości czy „obrońcy krzyża" – budzą rząd z uśpienia
Rząd zniechęcony postawą organizacji społecznych nie tylko zaniedbuje konsultacje, ale również porzuca wręcz swoje cele polityczne, gdyby bowiem – twierdzi Kucharczyk – pracodawcy realnie wsparli rząd, ten na przykład wprowadziłby euro. No cóż, wbrew mocnej krytyce skierowanej w stronę partnerów społecznych taką opinię dyrektora ISP odczytać można przede wszystkim jako wyraz całkowitej niewiary w Platformę, jej wolę polityczną i siłę sprawczą. Pozostawmy to jednak na boku i spróbujmy sformułować bardziej generalne pytania: gdzie leżą obecnie główne źródła niepewności? Oraz: ile spokoju potrzebuje rząd, by dobrze rządzić?
Po upadku komunizmu długi czas głównym źródłem niepewności była dla polskiej polityki i społeczeństwa sama transformacja: jednoczesna zmiana wielu instytucji i przekształcenia od komunistycznego państwa z centralnie sterowaną gospodarką w kierunku wolnorynkowej demokracji. Tymczasem, jak ostatnio pisze np. w „Więzi” prof. Andrzej Rychard, stopniowo sytuacja się zmienia: coraz częściej mamy do czynienia z nowymi źródłami niepewności, które nie są związane już z transformacją, a wprost z dynamiką sytuacji wewnętrznej w Polsce oraz sytuacji polityczno-gospodarczej w Europie. Dotyczy to zarówno pojedynczych obywateli próbujących różnych strategii adaptacyjnych (np. emigracji, zmiany wykonywanego zawodu, etc.), jak i rządu.

Zagrożenie mobilizuje

Tymczasem mam wrażenie, że rząd konsekwencji tych zmian do końca sobie nie uświadomił. Zmiany podstawowych źródeł niepewności powinny odzwierciedlić się w aktywnych strategiach rządu na nowo i ze zdwojonym impetem podejmującego dialog społeczny i obywatelski. Jacek Kucharczyk sugeruje, że PO nie ma interesu politycznego w prowadzeniu dialogu z tymi partnerami społecznymi i stąd naturalne, że dialogu nie prowadzi. Twierdzę, że taki interes polityczny istnieje, tylko wymagałby zdefiniowania nowego krajobrazu niepewności i spokoju, gdzie dialog społeczny mógłby znaleźć swoje nowe nisze i funkcje mające na celu redukowanie tych nowych czynników niepewności.
Zarzut Jacka Kucharczyka wobec związków, że zajmują się niewłaściwymi tematami, jak np. reforma emerytur, jest nietrafiony. To rząd ma możliwość kształtowania dialogu i aktywnych prób redukowania niepewności oraz zdobywania sojuszników dla zamierzonych reform. Priorytety w tradycyjnych stosunkach przemysłowych czy w innych formach dialogu nie są dane raz na zawsze.
Rząd może bowiem realizować poprzez dialog społeczny swój interes polityczny. Tylko ten interes polityczny musi najpierw mieć, a także wolę prowadzenia dialogu. Może wtedy nawet dokonać pewnej instrumentalnej manipulacji, tak jak zrobił to kiedyś Jerzy Hausner. Wówczas wicepremier, uznając, że rola związków zawodowych jest zbyt duża, próbował aktywnie wzmacniać innych aktorów i tradycyjny dialog trójstronny uzupełniać dialogiem obywatelskim. Z jakim skutkiem, to inna opowieść, ale rząd Tuska analogicznego pomysłu na to najzwyczajniej nie ma.
Źródłem niepewności dla partii rządzących jest też niewątpliwie polityczna mobilizacja np. wokół referendum warszawskiego. Tylko nawet Jacek Kucharczyk w cytowanym wywiadzie zgadza się, że samo zagrożenie referendum wymusiło pozytywne zmiany w warszawskim ratuszu. Jeśli tak, to dlaczego uważa, że referendum jest niepotrzebne? Dla mnie jest to dowód na to, że protesty i mobilizacja są przydatne dla poprawienia jakości rządzenia, „rządności”, a rachunek 2 mln złotych na tę procedurę to dobrze wydane pieniądze.

Potrzeba mniej spokoju

Sądzę więc, że jeśli chcemy reform, dobrego rządzenia i większej „rządności”, potrzebujemy nie więcej, a mniej spokoju społecznego. Każda mobilizacja, taka jak: ruch „Ratujmy maluchy” sprzeciwiający się sposobowi obniżenia wieku szkolnego, walka związków zawodowych o prawa pracownicze, ruch Anty-ACTA, mobilizacja „smoleńska”, mobilizacja „feministyczna”, marsz 11 listopada czy parada równości, „obrońcy krzyża” czy „obrońcy świeckości” – wszystkie te protesty (bardzo przecież różne i o postulatach idących często w przeciwnych kierunkach) potencjalnie budzą rząd z uśpienia i sprzyjają dobremu rządzeniu.
Jeśli analitycznie potraktować epitet niektórych publicystów o „sekcie smoleńskiej” i przyjąć podobne założenie i konwencję językową o „sektach” („feministycznej”, „narodowej” etc.), to otwiera to przed nami pytanie, jak owe „sekty” włączyć w politykę publiczną.
Nie jesteśmy bowiem skazani na zasugerowaną swego czasu przez prof. Radosława Markowskiego „instytucjonalizację podziałów” i budowanie odrębnych systemów instytucji dla członków odrębnych „sekt”. Jak pisze Charles Tilly w swych książkach „Demokracja” czy „Sieci zaufania”, jednym z podstawowych wyzwań dla demokracji jest włączanie różnego typu zamkniętych „sieci zaufania”, „sekt”, grup interesów i wspólnot oporu w instytucje demokratyczne i politykę publiczną.
„Sekty” te niosą oczywiście ze sobą różne partykularne interesy i zagrożenia, jednocześnie jednak ze swymi cennymi więziami stanowią również ważny kapitał społeczny, który rząd, jeśli chce i potrafi, może wykorzystać m.in. do poprawienia jakości rządzenia.
Autor jest socjologiem, pracuje w Instytucie Studiów Politycznych PAN, współprowadzi grupę badawczą „Solidarność: nowe podejścia do analizy ruchu społecznego” w Collegium Civitas

POLECAMY

KOMENTARZE