Dialog katolicko-żydowski na manowcach

aktualizacja: 28.07.2013, 19:21
Magdalena Czyż
Magdalena Czyż
Foto: materiały prasowe

W środowisku dialogu katolicko-żydowskiego ujawnia się myślenie w kategoriach sprawców zła i ich ofiar. Po stronie katolickiej mamy nieustającą potrzebę bicia się w piersi, a po żydowskiej – potrzebę ciągłego lizania swoich ran – pisze publicystka.

Problem dialogu katolicko-żydowskiego w Polsce, ujawniony przypadkiem w wyniku konfliktu księdza Wojciecha Lemańskiego z arcybiskupem Henrykiem Hoserem, nie sprowadza się, jakby niektórzy chcieli, tylko i wyłącznie do przewin Kościoła katolickiego wobec Żydów. Trzeba tu też wskazać postawę społeczności żydowskiej. Najważniejsze jest jednak to, że odpowiedzialność za tę sytuację ponosi w zasadniczym stopniu samo środowisko dialogowe.
Jak twierdzi ksiądz Lemański, podglebiem jego konfliktu z arcybiskupem Hoserem jest to, że się zaangażował w szerzenie idei dialogu. Fakt ten świadczy o stanie, w jakim ów dialog się znajduje. To marazm, stagnacja, depresja. Widać tu również rzeczywisty stosunek hierarchii kościelnej do idei dialogu. Oczywiście to uogólnienie w przypadku takich wyjątków jak arcybiskup Stanisław Gądecki czy arcybiskup Henryk Muszyński jest niesprawiedliwe. Niemniej przyznać należy, że szczególnego entuzjazmu dla dialogu z wyznawcami judaizmu w polskim episkopacie nie widać.
Podobnie rzecz wygląda po stronie żydowskiej. Przyczyny takiego, a nie innego stosunku zarówno Żydów, jak i katolików do dialogu są niezmiennie te same: wielowiekowy antyjudaizm w nauczaniu Kościoła zniechęcający Żydów do otwarcia się przed katolikami, płytka interpretacja Pisma Świętego będąca przypadłością obu wspólnot, wreszcie to, co chyba najbardziej tu ciąży, czyli stale nie do końca wyjaśniona historia najnowsza wzajemnych relacji polsko-żydowskich.
Powtarzana ciągle myśl o korzeniach antysemityzmu w antyjudaizmie Kościoła staje się coraz cięższa do strawienia
W rozmowach z katolickimi hierarchami zaangażowanymi w dialog argumentem mającym wyjaśniać postawę Kościoła jest abstrakcyjność partnera, czyli Żydów. Nie było z kim dialogować – jednomyślnie tłumaczyli się arcybiskup Muszyński, arcybiskup Gądecki czy śp. arcybiskup Życiński. Faktem jest, że Żydów religijnych w Polsce ostała się garstka. A w okresie posoborowym – w latach 70. i 80. – nie było ich praktycznie wcale. Faktem jest również to, że pomimo tego braku zdarzały się zaproszenia rabinów z zagranicy (głównie z USA) na wykłady na KUL, ba, zdarzały się również szabatowe kolacje na tej uczelni. Świadczy to o tym, że można było jeśli nie dialogować, to przynajmniej zmieniać swój stosunek do wyznawców judaizmu i pomału się wobec nich otwierać. Brakowało jednak woli. Zaczęło się to zmieniać dopiero wskutek spotkań Jana Pawła II z przedstawicielami społeczności żydowskiej podczas jego pielgrzymek do Polski. Wtedy nastąpiło wzajemne otwarcie, ale nie na długo.
Jak już wspomniałam, nie tylko strona katolicka przyczyniła się do dzisiejszej sytuacji. Ignorancja, a także niechęć do tego, żeby dostrzegać zmianę nastawienia, jaka nastąpiła w Kościele, jest wśród społeczności żydowskiej powszechna. Chociaż i tu takie uogólnienie w odniesieniu do wyjątków, do których można zaliczyć Stanisława Krajewskiego czy Miriam Gonczarską, jest bardzo krzywdzące.

Ambiwalencja i obsesja

Stosunek Żydów polskich do Kościoła jest co najwyżej ambiwalentny. Z jednej strony mamy tu świadomość tego, że to w Kościele najczęściej szukano ze skutkiem pozytywnym ratunku przed nazistami, z drugiej zaś – występuje permanentne wykazywanie antysemityzmu w Kościele przedwojennym. Niestety, dla większości Żydów polskich szklanka pozostaje ciągle do połowy pusta. Z sobie tylko wiadomych powodów ciągle wolą wspominać przedwojenny antysemityzm w Kościele, niż cieszyć się z bądź co bądź rewolucyjnej zmiany soborowej, ustanowienia stosunków dyplomatycznych Izraela z Watykanem czy otwartej postawy ostatnich papieży.
Co więcej, to myślenie w kategoriach „my, ofiary – oni, sprawcy” jest nierzadkie w żydowskim środowisku zaangażowanym w dialog. I tak po stronie katolickiej mamy nieustającą potrzebę bicia się w piersi, a po żydowskiej – potrzebę ciągłego lizania swoich ran. To sprawia, że większość wspólnych dyskusji w środowisku dialogu zaczyna się od roztrząsania win katolików wobec Żydów albo wręcz do tego sprowadza. Nie bez słuszności zresztą. Jednak bardzo ciężko jest z tego zaklętego kręgu wyjść, by wspólnie zacząć działać, bądź co bądź, już w innej rzeczywistości. Rzeczywistości po katolickiej deklaracji „Nostra aetate”, zmieniającej całkowicie stosunek Kościoła do judaizmu, i po żydowskiej deklaracji „Dabru Emet”, która pokazuje tę zmianę i pod którą podpisali się najwybitniejsi myśliciele żydowscy.
Brakuje również zdolności oderwania się od obsesji antyjudaizmu. To ciąg dalszy błędów wynikających z koncentracji na historii, a prowadzących w konsekwencji do nieatrakcyjności intelektualnej prowadzonego dialogu. Powtarzana, niczym mantra, i rozwijana na każdym sympozjum, seminarium czy wykładzie dotyczącym dialogu, myśl o korzeniach antysemityzmu w antyjudaistycznym nauczaniu Kościoła staje się coraz cięższa do strawienia.

Instrumentalne podejście

Jednak jednym z dwóch najpoważniejszych popełnianych błędów środowiska dialogowego jest skłonność do hermetyzmu, jaką ono wykazuje, czyli zamykanie się wobec osób myślących inaczej, a więc tych, które mają inną wizję dialogu lub co do jego sensu wysuwają poważne zastrzeżenia. Tak jakby wątpliwości w tym zakresie były czymś karygodnym i niedopuszczalnym, niemal grzechem. Tacy „grzesznicy”, bez względu na to, czy chodzi o katolików czy Żydów, są potępiani i jednoznacznie odrzucani przez obie strony dialogu. I oczywiście zarzuca się im antysemityzm lub antypolonizm. Co więcej, wydaje się czymś niezrozumiałym odrzucanie przez to środowisko ludzi niezaangażowanych religijnie po żadnej ze stron. Można w dużej części pojąć argumenty mówiące o tym, że tylko osoby wierzące i praktykujące swoje religie są w stanie w pełni zrozumieć sens dialogu międzyreligijnego. Ale to wcale nie oznacza, że osoby niereligijne są aż tak zubożałe duchowo, że niczego nie są zdolne wnieść. Praktyka pokazuje, że tak nie jest. Niemniej zdeklarowany ateista bądź osoba poszukująca jest w najlepszym przypadku w tym środowisku marginalizowana.
Drugim błędem permanentnie popełnianym w tym kręgu jest postrzeganie dialogu katolicko-żydowskiego w kategoriach narzędzia do budowy wspólnego frontu przeciwko szerzącej się sekularyzacji i laicyzacji w społeczeństwie. To jedna z typowych odpowiedzi na pytanie: po co ten dialog? Tak sprawę stawia biskup Mieczysław Cisło, przewodniczący Komisji Episkopatu do spraw Dialogu z Judaizmem, o tym wspominał arcybiskup Muszyński podczas ostatniego sympozjum z okazji żydowskiego święta Simchat Tora i o tym mówił wybitny rabin Irving Greenberg podczas niedawnego spotkania w warszawskim KIK. Tego typu myślenie, przy całym szacunku dla wymienionych autorytetów, może mieć tylko i wyłącznie katastrofalne skutki dla idei dialogu i również prowadzących go obu wspólnot. Podstawową wartością idei nie tylko dialogu międzyreligijnego, ale dialogu par excellence jest działanie na rzecz ludzi, a nie przeciw komukolwiek czy czemukolwiek.

Nadzieja we Franciszku

Świadczy to o tym, że brakuje pomysłu na dialog na naszym polskim podwórku. Za granicą zresztą rzecz wygląda podobnie. Dlatego z wielką nadzieją środowisko dialogowe patrzy na Franciszka. Nadzieja ta ma swoje podstawy. Można też śmiało przypuszczać, że w swojej wizji dialogu z wyznawcami judaizmu papież Franciszek idzie o krok dalej niż tylko wyrażanie potrzeby pojednania między wyznawcami obu religii. Przewodniczący rzymskiej gminy żydowskiej Riccardo Pacifici po spotkaniu nowego papieża z przedstawicielami włoskich środowisk żydowskich oświadczył, że tym, co uderzyło go najbardziej, był fakt, że „w każdej kwestii poruszonej przez papieża Franciszka dostrzec można temat sprawiedliwości społecznej”. To może oznaczać, że czas głoszenia tylko idei dialogu już mija na rzecz wspólnej pracy wyznawców obu religii w dziedzinie wszelkich inicjatyw społecznych. Wydaje się, że papież Franciszek od dawna jest tego świadom i to w stopniu, który zdecydowanie przerasta wielu innych hierarchów Kościoła i liderów wspólnoty żydowskiej.
Pozostaje nadzieja, że środowisko zaangażowane w dialog katolicko-żydowski w Polsce zdobędzie się wreszcie na odwagę wyjścia poza błędny krąg bicia się w piersi i lizania ran i dostrzeże swoje możliwości wspólnej pracy na rzecz społeczeństwa, która będzie motywowana tradycją religijną obu wspólnot. Temu przecież właśnie te tradycje służą.
Autorka jest publicystką, członkiem Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów

POLECAMY

KOMENTARZE