Sarmacki bantustan

aktualizacja: 14.06.2013, 12:00
Filip Memches
Filip Memches
Foto: Fotorzepa, Magda Starowieyska MS Magda Starowieyska

W minioną niedzielę wydarzyła się podobno rzecz straszna. W Warszawie odbył się kongres Ruchu Narodowego, a więc istny spęd potworów, których powinna się bać cała cywilizowana Polska. I w ogóle cały cywilizowany świat.

Tak się jednak nie dzieje. Czyżby panowała jakaś gigantyczna znieczulica społeczna? Czyżby naród doświadczony przez koszmar Auschwitz zapadł na historyczną amnezję?
Tak się jednak nie dzieje. Czyżby panowała jakaś gigantyczna znieczulica społeczna? Czyżby naród doświadczony przez koszmar Auschwitz zapadł na historyczną amnezję?
Rozdzierają swoje szaty publicyści mediów, które stoją na straży polskiej demokracji. Od niemal ćwierć wieku próbują bowiem wtłoczyć do zakutych polskich łbów rozmaite prawdy wiary w to, co politycznie jest najświętsze, i nic z tego im nie wychodzi. Widmo jakiegoś nowego, bliżej nieskonkretyzowanego, ale przecież zawsze groźnego, faszyzmu nie robi na przeciętnym Kowalskim specjalnego wrażenia.
Rozdzierają swoje szaty publicyści mediów, które stoją na straży polskiej demokracji. Od niemal ćwierć wieku próbują bowiem wtłoczyć do zakutych polskich łbów rozmaite prawdy wiary w to, co politycznie jest najświętsze, i nic z tego im nie wychodzi. Widmo jakiegoś nowego, bliżej nieskonkretyzowanego, ale przecież zawsze groźnego, faszyzmu nie robi na przeciętnym Kowalskim specjalnego wrażenia.
A miało być już tak dobrze. Przecież w roku 2011, gdy znane były rezultaty ówczesnych wyborów parlamentarnych, najwyższy kapłan polskiej demokracji obwieścił triumfalnie wszem wobec, że ci, co głosowali na PiS, powinni się leczyć na głowę. Wtedy wygrała Polska fajna – Polska Marka Kondrata i Kuby Wojewódzkiego, osób beztroskich, uśmiechniętych, zadowolonych. Partia Jarosława Kaczyńskiego, Radio Maryja oraz cała zgraja smoleńskich i moherowych frustratów miały zejść do głębokiego podziemia. Oprócz partii rządzącej sukces odniósł Janusz Palikot, prawdziwy arbiter elegancji, miłośnik filozofii, literatury i dobrych win, plasując się ze swoją formacją na trzecim miejscu i wprowadzając ją tym samym do Sejmu. Oj, były powody do radości.
A miało być już tak dobrze. Przecież w roku 2011, gdy znane były rezultaty ówczesnych wyborów parlamentarnych, najwyższy kapłan polskiej demokracji obwieścił triumfalnie wszem wobec, że ci, co głosowali na PiS, powinni się leczyć na głowę. Wtedy wygrała Polska fajna – Polska Marka Kondrata i Kuby Wojewódzkiego, osób beztroskich, uśmiechniętych, zadowolonych. Partia Jarosława Kaczyńskiego, Radio Maryja oraz cała zgraja smoleńskich i moherowych frustratów miały zejść do głębokiego podziemia. Oprócz partii rządzącej sukces odniósł Janusz Palikot, prawdziwy arbiter elegancji, miłośnik filozofii, literatury i dobrych win, plasując się ze swoją formacją na trzecim miejscu i wprowadzając ją tym samym do Sejmu. Oj, były powody do radości.
Teraz, po blisko dwóch latach, okazuje się, że robi się coraz gorzej. Nie dość, że PiS cieszy się coraz większym poparciem społecznym, nie dość, że media ojca Rydzyka nie zostały zakneblowane, to jeszcze do głosu dochodzi jakiś Ruch Narodowy. A już się wydawało, że wraz z klęską wyborczą Ligi Polskich Rodzin w roku 2007 wszelki nacjonalizm został całkowicie zmarginalizowany.
Teraz, po blisko dwóch latach, okazuje się, że robi się coraz gorzej. Nie dość, że PiS cieszy się coraz większym poparciem społecznym, nie dość, że media ojca Rydzyka nie zostały zakneblowane, to jeszcze do głosu dochodzi jakiś Ruch Narodowy. A już się wydawało, że wraz z klęską wyborczą Ligi Polskich Rodzin w roku 2007 wszelki nacjonalizm został całkowicie zmarginalizowany.
Cóż, to nie tak miało być, przyjaciele. Stopa bezrobocia i deficyt budżetowy rosną, produkcja spada. Kiedy się sytuacja ekonomiczna pogarsza, to i ludzie odczuwają to na własnej skórze. Wtedy gospodarka zaczyna być postrzegana jako funkcja polityki, a polityka jako brutalne zderzenie interesów dzielących poszczególne grupy społeczne czy poszczególne państwa. Skoro tak, to już się nie da opowiadać bajek o zawartej na gruzach komunizmu powszechnej zgodzie między pojedynczymi ludźmi i całymi narodami. Chyba że prezydent będzie je opowiadał swoim wnukom na dobranoc.
Cóż, to nie tak miało być, przyjaciele. Stopa bezrobocia i deficyt budżetowy rosną, produkcja spada. Kiedy się sytuacja ekonomiczna pogarsza, to i ludzie odczuwają to na własnej skórze. Wtedy gospodarka zaczyna być postrzegana jako funkcja polityki, a polityka jako brutalne zderzenie interesów dzielących poszczególne grupy społeczne czy poszczególne państwa. Skoro tak, to już się nie da opowiadać bajek o zawartej na gruzach komunizmu powszechnej zgodzie między pojedynczymi ludźmi i całymi narodami. Chyba że prezydent będzie je opowiadał swoim wnukom na dobranoc.
Oczywiście, nie czarujmy się, Ruch Narodowy na razie nie jest inicjatywą, która mogłaby zamieszać w polskiej polityce. Obecność na jego kongresie celebryty Ziemkiewicza (nie obraź się, Rafał, to nie obelga, to stwierdzenie faktu) wiosny nie czyni. Mamy więc do czynienia ze zjawiskiem hałaśliwym, w dodatku atrakcyjnym dla mediów (pokazywanie politycznych ludożerców - niezależnie od tego, czy naprawdę nimi są, czy nie są – zawsze jest na topie), ale jednak niszowym. Naród polski nie jest bowiem nacjonalistyczną subkulturą młodzieżową (warto tu zwrócić uwagę na średnią wieku osób zaangażowanych w Ruch Narodowy), lecz zróżnicowaną wewnętrznie zbiorowością, która jednak w rezultacie drugiej wojny światowej została wykorzeniona: jej elitę dotknęła zagłada, a tereny będące matecznikiem historycznie kształtowanej przez wiele wieków wspólnotowej tożsamości zostały utracone.
Oczywiście, nie czarujmy się, Ruch Narodowy na razie nie jest inicjatywą, która mogłaby zamieszać w polskiej polityce. Obecność na jego kongresie celebryty Ziemkiewicza (nie obraź się, Rafał, to nie obelga, to stwierdzenie faktu) wiosny nie czyni. Mamy więc do czynienia ze zjawiskiem hałaśliwym, w dodatku atrakcyjnym dla mediów (pokazywanie politycznych ludożerców - niezależnie od tego, czy naprawdę nimi są, czy nie są – zawsze jest na topie), ale jednak niszowym. Naród polski nie jest bowiem nacjonalistyczną subkulturą młodzieżową (warto tu zwrócić uwagę na średnią wieku osób zaangażowanych w Ruch Narodowy), lecz zróżnicowaną wewnętrznie zbiorowością, która jednak w rezultacie drugiej wojny światowej została wykorzeniona: jej elitę dotknęła zagłada, a tereny będące matecznikiem historycznie kształtowanej przez wiele wieków wspólnotowej tożsamości zostały utracone.
Wobec tego Ruch Narodowy nie może być postrzegany jako kontynuacja międzywojennej endecji ani nawiązanie do niej, bo - wedle pewnego heglowsko-marksistowskiego schematu - historia powtarza się jako farsa. Dawni endecy należeli jednak do polskiego intelektualnego establishmentu. Chcieli Polskę modernizować. Tymczasem Ruch Narodowy kanalizuje głównie gniew wynikający z plebejskiego resentymentu. Resentyment ten wywołuje w dużym stopniu nieznośna dystynkcja okrągłostołowego salonu, który odrzucając komunizm, odrzucił zarazem takie kategorie jak dobro wspólne, pozostawiając znaczną część społeczeństwa na pastwę bezlitosnych mechanizmów postkomunistycznej transformacji.
Wobec tego Ruch Narodowy nie może być postrzegany jako kontynuacja międzywojennej endecji ani nawiązanie do niej, bo - wedle pewnego heglowsko-marksistowskiego schematu - historia powtarza się jako farsa. Dawni endecy należeli jednak do polskiego intelektualnego establishmentu. Chcieli Polskę modernizować. Tymczasem Ruch Narodowy kanalizuje głównie gniew wynikający z plebejskiego resentymentu. Resentyment ten wywołuje w dużym stopniu nieznośna dystynkcja okrągłostołowego salonu, który odrzucając komunizm, odrzucił zarazem takie kategorie jak dobro wspólne, pozostawiając znaczną część społeczeństwa na pastwę bezlitosnych mechanizmów postkomunistycznej transformacji.
Jeśli zatem gdzieś mielibyśmy szukać spadkobierców endecji, to moglibyśmy ich raczej znaleźć wśród polityków mainstreamu, ale tych występujących z innym przesłaniem niż przesłanie "Gazety Wyborczej", "Polityki" czy "Newsweeka". Weźmy chociażby szefa MSW Bartłomieja Sienkiewicza. Na pierwszy rzut oka trudno dopatrzyć się endeckości w kimś, kto za motyw przewodni swojego urzędowania uznał walkę z rasizmem. Pomińmy też tu całą groteskowość tej sytuacji – białostockie incydenty przemocy motywowanej rasizmem to jednak w skali tego, co się dzieje w Polsce, problem marginalny.
Jeśli zatem gdzieś mielibyśmy szukać spadkobierców endecji, to moglibyśmy ich raczej znaleźć wśród polityków mainstreamu, ale tych występujących z innym przesłaniem niż przesłanie "Gazety Wyborczej", "Polityki" czy "Newsweeka". Weźmy chociażby szefa MSW Bartłomieja Sienkiewicza. Na pierwszy rzut oka trudno dopatrzyć się endeckości w kimś, kto za motyw przewodni swojego urzędowania uznał walkę z rasizmem. Pomińmy też tu całą groteskowość tej sytuacji – białostockie incydenty przemocy motywowanej rasizmem to jednak w skali tego, co się dzieje w Polsce, problem marginalny.
A jednak Sienkiewicz, który dotąd nie brał chyba udziału w lewicowo-liberalnych rytuałach bojowania z faszyzmem, występuje z pozycji umiarkowanego konserwatysty, postulującego wzmocnienie władzy państwowej. Możemy to interpretować jako akt modernizacyjny, który ma podnieść Polskę na wyższy poziom rozwoju cywilizacyjnego, bo na razie jest ona bantustanem. A w bantustanie najlepiej się czują jednostki silne – i chodzi tu zarówno o siłę fizyczną, jak i siłę pieniądza (w sam raz coś dla potomków Sarmatów).
A jednak Sienkiewicz, który dotąd nie brał chyba udziału w lewicowo-liberalnych rytuałach bojowania z faszyzmem, występuje z pozycji umiarkowanego konserwatysty, postulującego wzmocnienie władzy państwowej. Możemy to interpretować jako akt modernizacyjny, który ma podnieść Polskę na wyższy poziom rozwoju cywilizacyjnego, bo na razie jest ona bantustanem. A w bantustanie najlepiej się czują jednostki silne – i chodzi tu zarówno o siłę fizyczną, jak i siłę pieniądza (w sam raz coś dla potomków Sarmatów).
Wystarczyłoby więc zrezygnować z antyrasistowskiej retoryki i otrzymalibyśmy neoendecką wizję modernizacji Polski. Co jednak z tego, skoro Platforma Obywatelska i tak do realizacji takiej wizji nie jest zdolna?
Wystarczyłoby więc zrezygnować z antyrasistowskiej retoryki i otrzymalibyśmy neoendecką wizję modernizacji Polski. Co jednak z tego, skoro Platforma Obywatelska i tak do realizacji takiej wizji nie jest zdolna?
Komentarz dnia
Żródło: Plus Minus

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE