Muzyka

Energia Myslovitz

Myslovitz z wokalistą Michałem Kowalonkiem (z lewej). Obok Jacek Kuderski i Wojciech Powaga, z tyłu Przemysław Myszor.
Rzeczpospolita, Adam Burakowski Adam Burakowski
Po odejściu Artura Rojka zespół nagrał płytę z nowym wokalistą - pisze Jacek Cieślak
Sesja wydanego dwa lata temu albumu „Nieważne jak wysoko jesteśmy... " okazała się ostatnią próbą ratowania zespołu w składzie działającym od 1996. r., gdy wzmocnił go Przemek Myszor, kompozytor, gitarzysta, klawiszowiec. Można zadać pytanie, czy z Arturem Rojkiem nie warto było rozstać się wcześniej. Przecież między muzykami nie układało się od dawna. Zobacz na Empik.rp.pl
– Dziś mogę powiedzieć, że powinniśmy się pożegnać, kiedy w 2008 r. Artur chciał wziąć roczny urlop. Również dlatego, że nie podobał nam się sposób, w jaki to zrobił – mówi Przemek Myszor. – Ale mnie również potrzebny był roczny odpoczynek, bo byłem wypalony psychicznie. A kiedy wróciliśmy po roku, żeby nagrać płytę, naprawdę chcieliśmy się porozumieć. Czas po separacji potwierdził tylko konieczność rozwodu. – Powinien o tym mówić Artur, bo to on odszedł – kontynuuje Myszor. – A mógł myśleć o tym dużo wcześniej, od dawna budował swą niezależną pozycję.
Kiedy rozmawiałem z Rojkiem dwa lata temu, mówił o nagraniu drugiej części albumu „Nieważne jak wysoko jesteśmy... ", ale wątpił, że stosunki w zespole będą lepsze. Myslovitz, jak każdy zespół, nigdy nie był monolitem. – Bracia Kuderscy trzymają się ze sobą. Ja na początku byłem blisko z Arturem. Potem zaprzyjaźniłem się z Wojtkiem – mówi Przemek Myszor. – W dyskusjach, czasem konfliktach, różnie się grupowaliśmy.  Teraz staramy się zacierać podziały. Rozmowy o tym, co będzie dalej, instrumentaliści zaczęli prowadzić już w 2004 r., kiedy po tournée z Simple Minds grupa miała koncertować z The Corrs. – Artur nie chciał więcej grać na Zachodzie – tłumaczy Myszor. – Mieliśmy zobowiązania biznesowe, dlatego zastanawialiśmy się, czy nie zastąpić go innym wokalistą. Inny powód do rozstania stanowiła nieobecność Artura podczas nagrań płyty „Korova Milky Bar". Wyjechał wtedy na koncerty z Lenny Valentino. Odejście Artura stało się faktem w grudniu 2011 r. Ale muzycy postanowili dać sobie czas na aksamitny rozwód, granie koncertów, dające utrzymanie technicznym, i znalezienie nowego wokalisty, co okazało się trudne. Myslovitz należy do nielicznych zespołów, w którym trzeba umieć śpiewać. Lirycznie. Ale ani za twardo, ani za miękko. – Michał Kowalonek przyszedł mi na myśl jako jeden z pierwszych. Kiedy nagrywałem płytę pod szyldem No! No! No!, producent gościł wcześ- niej Snowmana, macierzysty zespół Michała Kowalonka – mówi Przemek Myszor. – Powiedział, że nadajemy na tych samych falach i powinniśmy kiedyś zrobić coś razem. Kiedy zdecydował się zadzwonić do Michała, zadrżały mu nogi. Wspomina: – W słuchawce odezwał się głos, który mnie ośmielił. Opowiedziałem, o co chodzi, i zaprosiłem na spotkanie, uprzedzając, że to jednak forma konkursu. Wtedy Michał powiedział podniesionym głosem: „Co?!". Przestraszyłem się, że go obraziłem. Ale dodał, że oddzwoni. I za dziesięć minut miałem zwrotny telefon. – Spędzałem ten wieczór z rodziną – wspomina Michał Kowalonek. – Kiedy padła propozycja, trochę zbladłem. Skonsultowałem się z żoną i ochłonąłem, bo pojawiły się fajne emocje. Każdy krok, który wykonuję, ma jeden cel. Chcę się czegoś nowego nauczyć. A Myslovitz ma gigantyczne doświadczenie. Oczywiście sława i pieniądze są też ważne, ale moim i żony priorytetem jest rozwój. Żona przygotowuje do egzaminów na ASP, ja gram z dzieciakami na bębnach. Nagrywam z nimi piosenki w Pracowni Artystycznej Lupa w Puszczykowie pod skrzydłami Stowarzyszenia Enter Art. Kowalonek zdecydował, że przejście do Myslovitz nie zakończy działalności Snowmana. Grupa przetrwała, choć  oczywiście on ma na nią mniej czasu. – Szczerze mówiąc, Michał na przesłuchanie przyjechał nieprzygotowany. Koledzy byli zaskoczeni – mówi Przemek Myszor. – Okazało się jednak, że kiedy śpiewa repertuar Myslovitz, kierują nim te same emocje, co nami. Pasował do nas, choć ma inny głos niż Artur – nieco nosowy, zdarty. Na pewno wniósł dobrą energię – słonecznego jogina. Zmienił też oblicze naszych koncertów. Nigdy nie rozmawialiśmy z fanami. Michał świetnie komunikuje się z ludźmi. – Kiedy spotkałem się z Myslovitz, miałem siłę czołgu, chciałem wnieść nową energię – potwierdza Kowalonek. – Taki jestem. Wiele zawdzięczam ojcu, który jest emerytowanym nauczycielem muzyki. Piosenki, które znalazły się na nowej płycie, skomponowała czwórka ze starego składu, jeszcze zanim pojawił się Kowalonek. Zostały przearanżowane, bo istniały tylko w wersjach klawiszowych, bez gitar. Teksty są o miłości, kryzysach uczuciowych, zagubieniu, ale niepozbawione nadziei. Brzmienie jest soczyste, muzyka bardziej słoneczna niż na poprzednich płytach, choć nie brakuje psychodelii – zwłaszcza w „Jaki to kolor", a także w gitarowej kakofonii finałowego „Być jak John Wayne" . Repertuar dopełnia radiowy przebój „Trzy sny o tym samym" i świetny „Telefon". – Fragment muzyki i tekstu przyniósł Michał – opowiada Myszor. – Od razu mi się spodobał. To oczywiste, że udział Michała w kolejnej płycie będzie większy. Tytuł zbiorczy: Posłuchaj piosenek z najnowszej płyty Myslovitz "Prędzej później dalej" "Koniec lata" "Telefon" "Być jak John Wayne"
Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL