Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Stawrowski jeszcze raz w obronie klapsa

Rzeczpospolita
Być może nasz skarcony klapsem agresywny podopieczny, kiedy będzie już duży, mężnie stanie w obronie kogoœ, kto stał się ofiarš agresji, i czynnie przeciwstawi się napastnikowi, zamiast biernie oczekiwać na policję.

Dawno chyba nie było tak goršcej, pełnej emocji dyskusji jak ta, którš wzbudził mój artykuł „Klaps jako imperatyw kategoryczny" („Plus Minus" z 17–18 wrzeœnia 2016 r.). Jej plusem, co warto podkreœlić, było to, że toczyła się niemal całkowicie poza partyjnymi sporami, które rozrywajš nasz kraj. Okazało się, że sš jeszcze ważne sprawy, o których można rozmawiać ponad politycznymi podziałami.

Obrona zdrowego rozsšdku

Dlaczego tak się stało? Zapewne dlatego, że w przeciwieństwie do œwiata polityki, gdzie skazani jesteœmy na poœrednictwo cudzych opinii i interpretacji, tu chodzi o kwestię, w której każdy z nas słusznie czuje się ekspertem, ponieważ zna sprawę z pierwszej ręki. Pamiętamy dobrze swoje dzieciństwo i to, jak wówczas odbieraliœmy postawy i zachowania naszych rodziców czy opiekunów. Wielu z nas ma też praktykę w wychowaniu własnych dzieci. To właœnie, a nie zdanie innych, stanowi dla każdego podstawowy punkt odniesienia.

W bliskiej mi tradycji filozoficznej ten sposób dostępu do rzeczywistoœci nazywa się doœwiadczeniem Ÿródłowym. Każdy z nas dysponuje wewnętrznym kryterium, które pozwala mu samodzielnie oceniać deklaracje na temat wychowania niezależnie od tego, czy pochodzš od ekspertów z dziedziny pedagogiki, psychologii, prawa, filozofii lub czegokolwiek innego.

Warto również zauważyć, że poruszamy się tutaj w przestrzeni szeroko pojętej humanistyki, gdzie nie ma miejsca na œcisłe dowody, ale chodzić winno przede wszystkim o pogłębienie rozumienia zarówno dyskutowanej kwestii, jak i prezentowanych w debacie stanowisk. I tu zaczyna się problem.

Psycholodzy i pedagodzy słusznie zwracajš uwagę, że w œwiecie cywilizacji obrazkowej szybko zanika umiejętnoœć czytania ze zrozumieniem. Trudno nie odnieœć wrażenia, że sporo głosów oburzonych moim tekstem stanowi ilustrację tego zjawiska. Oczywiœcie – autor mógł pewne rzeczy powiedzieć precyzyjniej, inne dobitniej, mógł sięgnšć po bardziej trafne przykłady, mógł też wyraŸniej wskazać powód i cel napisania artykułu. Czy to by wiele zmieniło? Nie wiem. W każdym razie tekst, który w gruncie rzeczy stanowi obronę zdrowego rozsšdku i mówi rzeczy doœć oczywiste, przez wielu został zrozumiany zupełnie opacznie.

Niestety, ma w tym pewien udział redakcja „Plusa Minusa", odpowiedzialna za obrazek, jakim upiększono mój artykuł. Przedstawia on osobnika, który bije dziecko rózgami, wymierzajšc mu nie klapsa, lecz po prostu chłostę, co dokumentnie wypacza to, o czym piszę w swoim tekœcie. Jego fundamentem jest bowiem wskazanie na istotnš różnicę między klapsem a biciem.

Zestawienie tytułu „Klaps jako imperatyw kategoryczny" z umieszczonym pod nim rysunkiem bitego dziecka, mogło spowodować, że wielu czytelników, jeszcze przed przeczytaniem tekstu, uważało, iż wie, co autor ma na myœli, a w czasie lektury szukało tylko potwierdzenia podpowiedzianej im obrazowo tezy.

Rzecz w tym, że choć uznaję klapsy niekiedy za usprawiedliwione – ze słów, że sš one czasem „warte pochwały" gotów jestem zrezygnować, ponieważ mogš sugerować zbyt wiele – żaden fragment mojego tekstu nie proponuje wymierzania klapsów – nie mówišc już o biciu – jako metody wychowawczej, ponieważ w ogóle nie zajmuję się rozważaniami nad wyższoœciš takiej czy innej pedagogicznej metody, ani też nie sugeruję własnej. Stawiam natomiast – pozostajšc w obszarze etycznej refleksji nad politykš – pytanie o zakres i moralny sens władzy rodzicielskiej oraz dopuszczalnej ingerencji władzy państwowej.

Miłoœć rodzicielska

Oburzonym psychologom i pedagogom zalecałbym nieco powœcišgliwoœci, bo, po pierwsze, ich terytorium wcale nie zostało przeze mnie naruszone, a po drugie, za ich oburzeniem widać mocne akty wartoœciowania: wyrokujšc o tym, co jest dobre, a co – jak rzekomo klaps – bezwzględnie złe, sami porzucajš obszar swoich zawodowych kompetencji i wkraczajš na obcy sobie teren filozofii praktycznej.

Podkreœlam: nie proponuję opartej na klapsie metody wychowania, ponieważ klaps to dla mnie wyjštek. Nie jest to żadna stała forma działania, którš konsekwentnie należy realizować i zalecać innym, lecz coœ, co czasem w nadzwyczajnej sytuacji – niezależnie od wszelkich stosowanych metod wychowawczych – może zostać przez rodziców uznane za najbardziej właœciwš reakcję. Ostatecznie to rodzice moralnie odpowiadajš za wychowanie swoich dzieci i z tego obowišzku nikt – żaden ekspert – zwolnić ich nie może.

Dotyczy to zarówno sytuacji normalnych – codziennego troskliwego towarzyszenia dziecku i wspierania go krok po kroku na drodze do dorosłoœci, jak i sytuacji wyjštkowych, gdzie ta wynikajšca z rodzicielskiej miłoœci troska bynajmniej nie znika, ale wymaga od rodziców nadzwyczajnych działań i œrodków.

Symboliczny klaps, o którym pisałem, jest przejawem takich właœnie absolutnie wyjštkowych reakcji. Wymierzany regularnie, np. kilka razy dziennie, przestałby pełnić swojš funkcję i nie byłby już w tym sensie klapsem, lecz trwałym elementem bardzo wštpliwej praktyki wychowawczej.

Co więcej – klaps rozumiany jako znak, że pewnych rzeczy bezwzględnie robić nie wolno, nie przekazuje jeszcze dziecku żadnych pozytywnych wskazówek, jak powinno w danej sytuacji postępować. Także w tym sensie jego wymierzanie nie może być rozumiane jako program wychowawczy, który przekaże dziecku właœciwe pozytywne wzorce zachowania.

Wielu moich polemistów starało się mnie przekonywać – jakbyœmy rzeczywiœcie się w tej sprawie różnili – że w wychowaniu najważniejsza jest uważna obecnoœć rodziców, emocjonalny kontakt, budowanie wzajemnego zaufania, uczenie dziecka nie tylko słowem, ale przede wszystkim własnym przykładem.

Owszem, to, co wprost mówię o wychowaniu, pozostaje na poziomie filozoficznej ogólnoœci – wychowanie opisuję jako „moralny obowišzek troskliwej miłoœci, której celem jest doprowadzenie dziecka do momentu, gdy stanie się ono wolnš i w pełni odpowiedzialnš za siebie i swe czyny osobš". Jednak uważny czytelnik, który nie ma na nosie ideologicznych okularów, bez trudu odnajdzie podpowiadanš mi pedagogicznš wrażliwoœć w całym moim tekœcie.

Powiem mocniej: obrona dopuszczalnoœci klapsa w sytuacji wyjštkowej da się pomyœleć i sensownie przeprowadzić tylko przy założeniu takiej właœnie pełnej troski i empatii postawy wychowawczej! Pozornie identyczne – zwłaszcza w oczach zewnętrznego obserwatora – uderzenie rękš w pupę może być bowiem czymœ, co dokonuje się w przestrzeni troskliwej miłoœci jako wyjštkowa reakcja na sytuację nadzwyczajnš – wtedy jest właœnie klapsem; gdy jednak tej postawy miłoœci i troski brakuje, może się faktycznie okazać przypadkiem bicia – jednym z wielu podobnych, albo mocniejszych ciosów, które regularnie spadajš na dziecko.

Powtarzam: klaps jako coœ istotnie różnego od bicia da się zrozumieć, usprawiedliwić tylko wtedy, gdy znajdujemy się w przestrzeni rodzicielskiej miłoœci. Czy przynajmniej częœć z tych, którym tak trudno to pojšć i którzy z uporem głoszš, że każdy klaps to bicie, przypadkiem nie mierzy innych miarš swoich własnych niezbyt miłych dziecięcych doœwiadczeń?

Przemoc usprawiedliwiona

Powrócę do elementarnych rozróżnień pojęciowych, które przywoływałem w tekœcie, bo wiele tutaj nieporozumień zwišzanych z wpływem języka potocznego. Mówišc precyzyjnie: przemoc to użycie „przemożnej" siły (niekoniecznie fizycznej) wobec kogoœ, kto – będšc słabszy – musi się jej poddać. Tak rozumiana przemoc sama w sobie wcale nie musi być zawsze czymœ złym i pełnym agresji. Jest raczej pojęciem neutralnym, a o jej kwalifikacji moralnej decyduje cel, w którym zostaje użyta.

Z jednej strony, bywa przemoc nieusprawiedliwiona, agresywna (np. bicie), a z drugiej – przemoc usprawiedliwiona, taka, która stanowi reakcję na agresję. O ile jednym z głównych zadań państwa jest właœnie stosowanie reaktywnej przemocy (kontrprzemocy) usprawiedliwionej potrzebš obrony obywateli przed agresjš, o tyle do istotnych prerogatyw władzy rodzicielskiej należy możliwoœć stosowania wobec swoich podopiecznych adekwatnych form przemocy, stanowišcych reakcję na agresję dziecka albo na jego działania, które dla niego samego mogš się okazać niebezpieczne.

Taka usprawiedliwiona przemoc rodziców w stosunku do dzieci występuje dużo częœciej niż nam się wydaje. Jest niš odcišgnięcie dziecka siłš od kontaktu (w œwiecie dorosłych nazywa się to prewencyjnym zastosowaniem przymusu bezpoœredniego), odebranie mu ulubionej zabawki (czasowa konfiskata mienia), zakaz wychodzenia z domu (areszt) i wiele innych podobnych zachowań.

Nie widać powodu, by z listy dopuszczalnych działań, zwišzanych z używaniem przemocy usprawiedliwionej rodzicielskš troskš, wykluczony został klaps. Nie jest on bynajmniej agresjš – agresja wyrażona w postaci nawet lekkiego uderzenia w pupę, nadal pozostaje agresjš, a nie klapsem – lecz reakcjš na agresywne lub niebezpieczne (także dla samego siebie) zachowanie dziecka.

Tym zaœ, którzy pytajš, „jak biciem, można uczyć dzieci, że nie wolno bić innych?", odpowiem: po pierwsze: nie biciem, lecz klapsem, a po drugie: należy uczyć, że nie wolno uderzyć nikogo, oprócz wyjštkowej sytuacji, gdy mamy do czynienia z agresorem. Nasz skarcony klapsem agresywny podopieczny, który właœnie uderzył inne dziecko, powinien takš naukę bez trudu zrozumieć.

A kiedy będzie już dostatecznie duży, być może pozwoli mu to mężnie stanšć w obronie kogoœ, kto stał się ofiarš agresji, i czynnie przeciwstawić się napastnikowi, zamiast jedynie dzwonić na policję i biernie oczekiwać, aż ta się pojawi i podejmie często spóŸnionš interwencję.

Potężniejsze demony

Tyle moich uzupełnień i wyjaœnień skierowanych do osób, które chcš i potrafiš rozmawiać. Natomiast nie sšdzę, abym mógł przekonać tych, którym żadne wyjaœnienia niczego nie rozjaœniš, bo i tak a priori przyjmujš, że każdy klaps to bicie i znęcanie się nad dziećmi. Do nich należy także duża grupa najbardziej zażartych polemistów, którzy w imię walki z wszelkš przemocš najchętniej by mnie zatłukli.

Ci, którzy wierzš, że absolutny zakaz i penalizacja klapsa to najlepszy œrodek w walce z faktycznymi przypadkami znęcania się nad dziećmi, nie chcš lub nie potrafiš dostrzec, że niebezpieczeństwo agresywnej przemocy wcale nie zostanie w ten sposób zmniejszone.

Wręcz przeciwnie. Faktycznych agresorów, których przed pastwieniem się nad dziećmi nie powstrzymujš dziœ nawet zapisy zawarte w kodeksie karnym, zakaz klapsów raczej nie zmieni i nie wzruszy, bo ani nie wiedzš, co to klaps, ani zapewne – w przeciwieństwie do ciosów – nigdy go nie wymierzali. Otwarta zostanie natomiast szeroko furtka dla stosowania agresywnej przemocy przez instytucje państwowe wobec normalnych rodzin – rodziców i dzieci – borykajšcych się z ich zwykłymi codziennymi problemami.

To, że legalna przemoc, za którš stoi przemożna siła państwa, uzyska nowe, szersze pole działania, wcale nie gwarantuje, że będzie ona uzasadniona i usprawiedliwiona. Tym bardziej że perspektywa miłoœci rodzicielskiej zostanie tutaj zastšpiona przez widzimisię urzędników, zaœ ktoœ, kto wierzy, że urzędnicy lepiej od rodziców znajš się na wychowaniu i szlachetniejsze kierujš nimi motywy, musi być bardzo naiwny.

Wprowadzajšc zakaz klapsów, wydajemy rodzinę, a więc przede wszystkim należšce do niej dzieci, na pastwę Lewiatana. Ci, którym bliska jest liberalna – w sensie klasycznym – wizja państwa ograniczonego majš powód, by bić na alarm.

Artykuł „Klaps jako imperatyw kategoryczny" nie był wcale spekulacjš oderwanego od życia filozofa, lecz zrodził się w wyniku konkretnych doœwiadczeń – spotkania z legalnš, ale głęboko niemoralnš i tylko pozornie usprawiedliwionš przemocš państwa.

Zasadnicza częœć tekstu powstała już w 2011 roku, kiedy – wkrótce po wejœciu ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie – troskliwa i kochajšca rodzina moich przyjaciół wpadła w tryb przewidziany tš ustawš. Miałem okazję obserwować, jak na różnych etapach postępowania zaciskajš się szczęki państwowego Lewiatana oraz dramat i bezsilnoœć ludzi, którzy wobec zajmujšcych się ich sprawš urzędników znaleŸli się w sytuacji Józefa K.

Choć można by powiedzieć, że wszystko zakończyło się szczęœliwie, bo sšd rodzinny umorzył postępowanie, nie dopatrujšc się żadnego wykroczenia, to jednak ciosy, które ze strony walczšcych z przemocš urzędników spadały przez wiele miesięcy na całš rodzinę – zarówno na rodziców, jak i dzieci – spowodowały rany, które nie zagoiły się do dzisiaj.

Znajmy więc proporcje i nie demonizujmy klapsa, gdy zagrażajš nam inne, potężniejsze demony. Pisałem w swoim tekœcie: „w obliczu działań ideologicznie zaœlepionych urzędników, przekonanych, że to oni sš władni ustalać zestaw dozwolonych œrodków wychowawczych, bo z samej definicji swojego urzędu sš najbardziej kompetentni i lepiej od rodziców potrafiš zatroszczyć się o ich podopiecznych, to właœnie zagrożonym prawom rodziców i w konsekwencji również prawom samych dzieci, dla których te rodzicielskie prawa stanowiš pierwszš i podstawowš linię obrony, należy się dzisiaj wsparcie". Takie właœnie było najważniejsze przesłanie mojego eseju, które zresztš przez wielu zwolenników rozszerzania państwowej kurateli nad rodzinš zostało doskonale zrozumiane – stšd tak gwałtowna ich reakcja.

Zaœlepiony rzecznik

Chodzi tu przede wszystkim – powiedzmy wprost – o rzecznika praw dziecka oraz grupy i organizacje, które z jego liniš się identyfikujš. Warto przypomnieć, że gdy w 1997 roku œrodowiska lewicowe wpisywały do ustawy zasadniczej tę instytucję, ze strony opozycji padały zaniepokojone głosy, że ma ona charakter polemiczny wobec uprawnień rodziców i może służyć programowi osłabiania roli rodziny. Może, ale – moim zdaniem – wcale nie musi.

Pytanie o sens istnienia i zadania instytucji rzecznika praw dziecka – patrzšc szerzej: również pytanie o rzecznika praw obywatelskich, o wzajemnš relację obu rzeczników oraz o ich odniesienie do innych organów państwowych – to kwestia niezmiernie ważna i zasługujšca na osobny artykuł.

Instytucję rzecznika da się z pewnoœciš obronić, jeżeli jest rozumiana i sprawowana w duchu klasycznego liberalizmu jako dodatkowy organ samoograniczajšcego się państwa wolnoœci, œwiadomego nadużyć, jakie mogš spotkać obywateli ze strony jego funkcjonariuszy. W takiej perspektywie podstawowym zadaniem rzecznika praw dziecka (podobnie jak rzecznika praw obywatelskich) będzie obrona osób i ich praw, ale naruszanych nie tyle przez inne jednostki – od tego sš przecież policja i sšdy – ile przez urzędników i instytucje państwowe!

Jest jednak również możliwa odwrotna sytuacja, gdy rzecznik sam staje się zagrożeniem dla praw jednostki i rodziny – kiedy, zapominajšc o swojej właœciwej funkcji, usiłuje wpływać na politykę i system prawny państwa tak, aby wychowywać i kształtować obywateli zgodnie ze swoim ideologicznymi preferencjami.

Gdyby obecny rzecznik praw dziecka mocš swojego urzędu bronił rodziny przed arbitralnoœciš władzy, jego działalnoœci należałoby przyklasnšć. Niestety, skupił się on wyraŸnie na tropieniu w rodzinach patologii, jakš jest według niego wymierzanie klapsów. Co więcej, uznajšc za swš misję doprowadzenie do ich penalizacji, podejmuje próby instytucjonalnych nacisków – co jest również formš stosowania przemocy – na tych, którzy sš innego zdania.

Pisałem już, z jakim oburzeniem zareagował w lutym 2015 r. na wyrok warszawskiego sšdu, że „jednorazowe czy nawet kilkukrotne skarcenie dziecka tzw. klapsem (...) nie jest równoznaczne z biciem". Na szczęœcie próba forsowania przez niego odwrotnej interpretacji, że każdy klaps to bicie, rozbiła się o zdrowy rozsšdek urzędników Ministerstwa Sprawiedliwoœci pod kierownictwem min. Cezarego Grabarczyka.

Na to, że szlachetnym deklaracjom rzecznika towarzyszy w tej sprawie ideologiczne zaœlepienie, wskazuje coœ jeszcze. Otóż rzecznik praw dziecka to jedyny wymieniony w konstytucji organ naszego państwa, który w ustawie okreœlajšcej jego zadania ma zapisane czarno na białym, że „dzieckiem jest każda istota ludzka od poczęcia". Ma również wpisane w zakres swych obowišzków „działania zmierzajšce do ochrony dziecka przed przemocš, okrucieństwem" oraz to, że „szczególnš troskš i pomocš otacza dzieci niepełnosprawne".

Gdyby więc los kilkuset dzieci z zespołem Downa, corocznie masakrowanych i mordowanych w majestacie prawa jeszcze przed ich narodzeniem, stał się przedmiotem równie gorliwej troski rzecznika co doprowadzenie do całkowitego zakazu klapsów, jego zaangażowanie w tę drugš kwestię wyglšdałoby dużo wiarygodniej.

Piekło czy raj

Jest zastanawiajšce, dlaczego ci, którzy myœlš podobnie jak rzecznik, zatroskani o to, by dzieci nie dostawały nigdy klapsów, nie potrafiš dostrzec, że interwencja państwa w rodzinę zawsze wišże się z przemocš o wiele bardziej dotkliwš i dewastujšcš niż klaps. Zapewne wielu z nich ma jak najlepsze intencje, ale takimi intencjami wybrukowane jest piekło, którego kształt przybliża choćby publikowany niedawno w „Plusie Minusie" (1–2 paŸdziernika 2016 r.) fragment ksišżki Macieja Czarneckiego „Dzieci Norwegii. O państwie nadopiekuńczym".

Nie mam zresztš złudzeń. Dla niektórych to, co się dzieje z dziećmi, i co stało się już z rodzinami w Norwegii czy Szwecji – czy w ogóle można je jeszcze tak nazywać, skoro władza i piecza rodzicielska zaczyna być tam zupełnš fikcjš? – to wcale nie piekło, lecz wręcz wymarzony raj.

PS. Chciałbym też wyrazić wdzięcznoœć tym wszystkim, którzy podjęli ze mnš uczciwš, merytorycznš dyskusję i – starajšc się najpierw odczytać i zrozumieć moje intencje – przedstawili swoje zastrzeżenia i krytyczne uwagi. Spoœród autorów tekstów publikowanych w „Plusie Minusie" nr 40, dziękuję Agnieszce Rzewuskiej-Pacy za wyjštkowš zdolnoœć empatii – mam nadzieję, że niektóre z podniesionych przez niš wštpliwoœci udało mi się powyżej wyjaœnić; Annie Czepiel za wštpliwoœci co do interpretacji Kanta, na które odpowiem osobiœcie; Adamowi Hernasowi natomiast, z którym łšczš mnie podobne doœwiadczenia Ÿródłowe, dzieli zaœ filozoficzny spór dotyczšcy trafnoœci ich opisu, obiecuję – już na innym forum – kontynuację debaty.

Autor jest filozofem polityki, pracuje w Instytucie Politologii UKSW

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: rp.pl

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL